poranna refleksja

 

Lubię tak siedzieć na porannym skraju dnia, zanim pobudzą się ludzie i zamilkną ptaki. Słońce przesiewa się przez lampion lasu, chłodny powiew powietrza jeszcze pamiętającego noc, krople rosy na trawie i cisza. Kubek kawy grzeje ręce, a dobre myśli serce. Bo wciąż – mimo wielu trudnych zdarzeń – mam mnóstwo dobrych myśli i wiary, że wszystko będzie dobrze. Może to nigdy nie wyparowuje z człowieka jeśli już porządnie zakorzeni się w sercu. Może trzeba dni szarych, mglistych, sztormowych żeby to, co się ukorzeniło wyrosło nie na mikrusa, lecz na solidny pęd. A wtedy, w takie poranki jak dziś – świetliste, rzeźkie – wypuści listki. A jeszcze potem zakwitnie i wyda owoc.

* * *

My już poniekąd jesteśmy drzewem, które owoc wydało, dojrzało go i upuściło na ziemię.

Nasze dzieci jedno po drugim opuszczają gniazdo. Jeszcze wracają regularnie, ale już z własnymi parami próbują wić swoje osobne życie. My jeszcze im towarzyszymy w tych zmaganiach, bo to zawsze jest trud i wysiłek budować relacje, fundamenty domu i życia. Bo to zawsze wymaga odwagi i brania się za bary z losem, bo to zawsze sprawdza wytrzymałość serca i kręgosłupa. Słuchamy więc, radzimy a najbardziej omadlamy wszystko, pamiętając, że w życiu potrzebne są i dni słoneczne i deszczowe, i cichy śpiew ptaka i huk piorunu, i śmiech i płacz, i odpoczynek i trud. Wszystko to dopiero razem połączone buduje każdego z nas.

A diament to zwykły węgiel, który wytrzymał olbrzymie ciśnienie i dał się przekształcić w coś cennego.

Innego losu dla nas i dla naszych dzieci nie chcemy. Bo wcale nie musi być łatwo. Musi być dobrze i szlachetnie.

* * *

Gołąb tuż nad naszym dachem wydał gardłowe potwierdzenie. Właśnie budują w mozole gniazdo z patyków na chwiejnej gałęzi jednej z sosen.

Kubek z kawą grzeje ręce, a dobre myśli wiją sobie gniazdo w mojej głowie.

 

 

przepraszam…

 

Przepraszam Was.

Tych, którzy pisaliście tu jakieś komentarze. Dziś dopiero zauważyłam, że czekały sobie grzecznie w sekcji: „komentarze do zatwierdzenia”. Inne w sekcji: „spam”.

Trochę mi wstyd, że po tylu latach blogowania, takie niedopatrzenie. Ale na tej platformie jestem od stosunkowo niedawna, a tutaj są takie zasady, że muszę komentarz zatwierdzić.

Niby wiedziałam, ale zapomniałam.

Więc przepraszam tych, których komentarze nie ujrzały światła dziennego i nie dostali żadnej odpowiedzi.

Postaram się poprawić:)

Z częstszym pisaniem też:)

 

pocałunek

 

Dziś dzień cichej zdrady Judasza.

Nikt o tym jeszcze nie wie, ale on już podjął decyzję: wyda przyjaciela przy pierwszej nadażającej się okazji. Warunek jest tylko jeden: jeśli się to będzie opłacać.

Jutro wieczorem weźmie 30 srebrników i pocałunkiem wskaże oprawcom zbawiciela, a potem skryje się bezpiecznie w ciemności. Nikt się nie dowie, nikt nie będzie ścigał.

Nikt poza własnym sumieniem.

Judaszu, pocałunkiem wydajesz przyjaciela? – echo tej cichej skargi będzie go gnało przez pustkowia.

*  *  *

A ja i ty?

Jeśli za intratną posadę, szemraną umowę, podwyżkę, awans, stanowisko, garść pochlebstw czy lepsze perspektywy jesteśmy w stanie wyrzucić zasady do kosza, wyprzeć się wiary, złamać przykazania, oddać głos na kogoś, kto walczy z Kościołem, poprzeć mordowanie niewinnych, a potem…

przyjść i przyjąć Komunię…

Tak po prostu.

Pocałunkiem wydajesz przyjaciela? – echo tej cichej skargi powinno rozedrzeć nam serce na pół.  Jak zasłonę Przybytku.

Tyle razy w naszym życiu powtarzamy wydarzenia Wielkiej Środy.

 

cierpliwość króla

 

Więc uznali Cię dzisiaj. Uznali i uwielbili jako Pana i Króla.

A potem… pięć dni później odrzucili.

 

Jak musiłeś być smutny. Zamyślony Król jadący na źrebięciu oślicy. Witany przez tłumy na hollywodzkim dywanie z liści i kwiatów. Prawdziwy celebryta.

A Ty patrzyłeś na uśmiechnięte twarze wokół i widziałeś je już w niedalekiej przyszłości – wykrzywione szpetnym grymasem wściekłości. Słyszałeś wiwaty i hołdy oddania, ale w uszach już dźwięczały Ci nienawistne: „Ukrzyżuj Go!!!” i syczące drwiny: „Innych wybawiał, niechże sam się uratuje”.

Chcieli dotknąć choć frędzli Twego płaszcza, a potem zdarli wszystko co miałeś na sobie, razem z kawałkami skóry i ciała. Prosili byś został ich królem, a uczynili cię godnym pogardy złoczyńcą. Dałeś im wino z wody, a oni octem i żółcią Cię napoili.

Ale teraz cieszą się i bawią. Trwa kolorowy karnawał, pełen miłych słów i pochlebstw, są gotowi służyć Ci i nosić Cię na ramionach. Nikt nie pluje w twarz i nie każe nieść krzyża. Nie przerywasz im tej zabawy.

Radosne „Hosanna” wypełnia powietrze. Nie słychać jeszcze świstu biczy, ani uderzeń młotka.

*  *  *

Ile razy ja Ciebie uznałam, ile razy uradowałam się Tobą jak oni, a potem Cię opuściłam, udałam, że nie znam albo odrzuciłam i uśmierciłam w swoim życiu?

Bo stałeś się nagle niewygodny jak drzazga w oku, niezgodny z oczekiwaniami, uwierający ze swym przenikliwym wzrokiem na dnie jasnych oczu.

Ile razy jeszcze to zrobię?

Nawet kamienie przy drodze szybciej by skruszały niż moje serce.

 

A Ty mi nie przerywasz radosnego korowodu.

 

produkty z B… polecają się na święta:)

 

Nasi panowie wracają z montażu od klientki. Owa jest kontrolerką jakości w słynnej w Polsce sieci hipermarketów z nadobnym uśmiechniętym stworzonkiem na logo.

No i ww panowie przywożą przedwielkanocne newsy, że pani kotrolerka poleca chleb z chrzanem. Nowość.

– No i mówiła, że degustowała – rozwodzi się Miś – kiełbasę białą z tymiankiem. Mówi, że rewelacyjna.

– Z jakim Jankiem? – dopytuje Laura.

– Jakim Jankiem? – nieco zbity z pantałyku powtarza jak echo tatuś.

– No mówiłeś, że degustowała kiełbasę z tym Jankiem – przypomina usłużnie córka:)

 

Także tak😄 Polecamy na święta👍

Ale tylko jeśli do wielkanocnego stołu zasiądzie z wami „Ten Janek”.

 

takie, jakie jest

 

Im dłużej żyję, tym bardziej się przekonuję, że…

nie trzeba latać na koniec świata, by życie było fascynującą podróżą,

i nie trzeba skakać na spadochronie, by było wielką przygodą,

ani nie jest konieczne wspinanie się na ośmiotysięczniki, by życie było wyzwaniem,

i nie jest wymagane zdobycie pucharu, by być zwycięzcą.

Zwyczajne ludzkie życie dostarcza nam tego wszystkiego i jeszcze więcej. Nadaje sens drobnym rzeczom, powszednim dniom, prozaicznym zajęciom, syci nasze największe pragnienia.

Jest skrojone na naszą miarę, na miarę człowieka. Nie zbyt ciasne, nie zbyt obszerne. Życie jak ulał dopasowane do nas. Zwyczajne jak my. I jak my niezwykłe.

 

 

po prostu kocham ( wersja rozszerzona

 

„Modlitwa nie polega ma tym, aby dużo myśleć, ale na tym żeby bardzo kochać”

(św. Teresa z Avila)

*  *  *

Gdybym kiedyś powiedziała mojemu chłopakowi: „wierzę, że jesteś, ufam, że jesteś dobry i chcesz dla mnie dobra” i na tym skończyła, nie bylibyśmy dziś małżeństwem.

Bo wierzyć komuś czy ufać to dopiero połowa drogi. Jej celem i spełnieniem jest miłość.

To dlatego Jezusowi nie wystarczyło wyznanie wiary Piotra gdzieś z połowy Ewangelii, lecz na samym końcu tej historii bierze przyjaciela na osobistą rozmowę i pyta:

„Piotrze, czy ty mnie kochasz? Bo mi nie wystarczy, że wierzysz i że uważasz mnie za Mesjasza. I tobie też to nie wystarczy, gdy przyjdą sztormy. Przekonałeś się już o tym tam, na dziedzińcu pałacu Arcykapłana, gdy się wyparłeś, że mnie znasz.”

Na samej wierze nic się nie zbuduje. To za mało.

„Szatan też wierzy i drży” – jak pisze św. Jakub w swoim liście. I nic z tej wiary nie wynikło. Bo można wierzyć i nienawidzić. Można wierzyć i odejść. Kochać i odejść jest naprawdę trudno.

„Bo jak śmierć potężna jest miłość” i „w miłości nie ma lęku”, bo „prawdziwa miłość wydoskonala wszystko”. Ona tylko zostanie, gdy wiara i nadzieja już zgasną jak niepotrzebne gwiazdy. Bo są tylko gwiazdami przewodnimi, które prowadzą do celu. Ona – miłość jest celem.

Więc naprawdę nie wystarczy w Boga wierzyć, ani Mu zaufać. Boga trzeba kochać. Wtedy dużo rzeczy staje się prostszych.

Karol Wojtyła w jednym ze swych wierszy napisał: „Miłość mi wszystko wyjaśniła”.

Ona rzeczywiście tłumaczy rzeczy niewytłumaczalne przez rozum. Logika serca jest inna. Widzi w ciemności, ufa wbrew wątpliwościom, idzie bez nóg, mówi w milczeniu, słyszy w zgiełku, trwa po śmierci, czerpie moc z bezsilności, tracąc życie zachowuje je. Jest poniekąd szaleństwem.

Kto raz przeżył miłość, wie o czym piszę.

Przecież szaleństwem było też pójść na krzyż. Ale miłość wszystko wyjaśnia. Nawet zgorszenie krzyża.

* * *

Myślę więc, że popełniamy błąd mówiąc o „wychowywaniu dzieci w wierze”, a nie wychowując ich do miłowania Boga. Dlatego wiele z nich później odchodzi. „Bo ksiądz zachował się nieprzyzwoicie, bo zgorszenie, bo Kościół za bogaty, bo msze zbyt rozwlekłe, przykazania zbyt wymagające, znajomi żyją inaczej…” Jeśli tylko wierzysz, to będą wystarczające powody, by odejść.

Nigdy nie zapomnę rozmowy mojej zmarłej parę lat temu przyjaciólki Ewy z jej dorastającym synem. Był wychowywany w wierze, do chodzenia na mszę, uczony modlitw i formułek, był ministrantem i pewnego dnia porzucił wszystko, a potem… kpiąco zaczął mówić o wierze, Kościele, Bogu. Ewa tłumaczyła, broniła, uzasadniała, ale on był równie elokwentny i nie ustępował w dyskusji. W końcu spojrzała na niego i powiedziała tylko jedno zdanie: „Po prostu kocham”. Zamilkł. Na takie wyznanie nie znalazł odpowiedzi.

Do dziś mam w uszach dźwięk tych jej słów: „Po prostu kocham.” Ta miłość prowadziła ją później przez ciemności ciężkiej choroby aż do śmierci.

* * *

Bo wiara to tylko drewno do rozpałki, a miłość to ognisko. Kto chciałby siedzieć nocą przy stercie suchego drewna? Kiedy zimno i ciemno i niewygodnie i strasznie jakoś. A nasze życie często jest nocą. Pragniemy wtedy ognia, który płonie, ciepła w sercu, światła, przyjaźni.

Więc może lepiej zrobimy jeśli dzieci rozmiłujemy w Bogu, pokażemy Go im jako żywą, bliską osobę, a nie obiekt wiary, sprawimy, że ich serca zapłoną chęcią przytulenia się do Niego z miłością. Wtedy, nawet gdy przyjdzie mrok, łatwiej im będzie odnaleźć ogień i przy nim pozostać. Wbrew wszystkiemu i mimo wszystko.

Bo taka jest logika serca i miłości.

 

pierwsza i ostatnia

 

Gdybym kiedyś powiedziała mojemu chłopakowi: „wierzę, że jesteś, ufam, że jesteś dobry i chcesz dla mnie dobra” i na tym skończyła, nie bylibyśmy dziś małżeństwem.

Bo wierzyć komuś czy ufać to dopiero połowa drogi. Jej celem i spełnieniem jest miłość.

To dlatego Jezusowi nie wystarczyło wyznanie wiary Piotra gdzieś z połowy Ewangelii, lecz na samym jej końcu bierze przyjaciela na osobistą rozmowę i pyta:

„Piotrze, czy mnie kochasz? Bo mi nie wystarczy, że wierzysz. I tobie też to nie wystarczy, gdy przyjdą sztormy. Przekonałeś się już o tym tam, na dziedzińcu pałacu Arcykapłana, gdy się wyparłeś, że mnie znasz.”

Na samej wierze nic się nie zbuduje. To za mało. „Szatan też wierzy i drży” – jak mówi Biblia. I nic z tego nie wynikło, bo można wierzyć i nienawidzić. Można wierzyć i odejść. Kochać i odejść jest naprawdę trudno.

„Bo jak śmierć potężna jest miłość” i „w miłości nie ma lęku”, bo „prawdziwa miłość wydoskonala wszystko”. Ona tylko zostanie, gdy wiara i nadzieja już zgasną jak niepotrzebne gwiazdy. Bo są tylko gwiazdami przewodnimi, które prowadzą do celu. Ona – miłość jest celem.

Więc nie wystarczy w Boga wierzyć. Boga trzeba kochać. Wtedy dużo rzeczy staje się prostszych.

Karol Wojtyła w jednym ze swych wierszy napisał: „Miłość mi wszystko wyjaśniła”.

Ona rzeczywiście tłumaczy rzeczy niewytłumaczalne przez rozum. Logika serca jest inna. Widzi w ciemności, ufa wbrew wątpliwościom, idzie bez nóg, mówi w milczeniu, słyszy w zgiełku, trwa po śmierci, czerpie moc z bezsilności, tracąc życie zachowuje je. Jest poniekąd szaleństwem.

Kto raz przeżył miłość, wie o czym piszę.

Szaleństwem było też pójść na krzyż. Ale miłość wszystko wyjaśnia.

Nie wiara.

Miłość.

 

 

żebracy

 

Wydaje nam się, że mamy wszystko, a naprawdę nie mamy nic. Dobrze ubrani i świetnie wyglądający żebracy. Taki jest nasz status.

„Nagi wyszedłem z łona matki i nagi powrócę” – mówił Hiob, gdy wszystkie zaszczyty i dobra odpadły od niego, gdy odpadało chore na trąd ciało.

Taki sam sens mają te słowa, które wczoraj usłyszeliśmy „Pamiętaj człowieku: z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”.

A razem z tobą wszystko, co uważałeś za swój skarb i własność. Wszystko odpadnie, jedno tylko przetrwa.

Bo serce nie przestanie wołać. Ono pragnie Boga samego. Ono wie, że nic innego nie nasyci.

Bo – cóż zyskasz, gdybyś nawet cały świat posiadł, a na duszy szkodę poniósł i Boga utracił? ( parafrazując św. Pawła)

 

Więc… naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy osiągnęli mądrość serca.

 

nasionko brzozy

 

Nie jesteśmy skłonni do wierzenia na słowo.

Za dużo zawodów, za wiele zranień i straconych nadziei. Blizny po nich zniekształcają serce. Włączają się zapory mechanizmów obronnych. Nie dać się więcej nabrać, nie położyć już w nikim nadziei, bo ona jest bardziej płonna niż kawałek suchego drewna, nie okazać się znowu naiwnym, nie być łatwowiernym w świecie, w którym o kłamstwo potykasz się co krok, nie ma już autorytetów, którym można zaufać i nieustannie rozbijasz głowę o sztucznie wygenerowane fakty.

Dziś – jak Tomasz – chcemy dotknąć żeby uwierzyć, a i wtedy wciąż jeszcze mamy wątpliwości czy to aby napewno. Więc sprawdzamy w nieskończoność lub – co łatwiejsze – wszystko podważamy. ” Nic nie jest prawdą”, „wszyscy kłamią”, „wszystko to fikcja”,

„oszukują nas”- twierdzą niektórzy, a w ich głosie pobrzmiewa ta sama nutka cynizmu, która jak cierń tkwiła w pytaniu Piłata:

” Cóż to jest prawda?”

Jak więc może przebić się do naszych serc Ten, Który jest Prawdą? Do pokolenia ludzi bombardowanych co dzień tysiącami fakenewsów, karmionych filmami i zdjęciami tworzonych na poczekaniu w technologii AI, otoczonych sztucznym światem, sztucznymi wartościami, sztucznymi problemami. Ludzi, którymi próbuje się sterować i manipulować pociągając za przeróżne sznurki.

Dziś już nawet „zobaczyć” nie jest dostatecznym powodem, by „uwierzyć”. Za dużo widzieliśmy i zbyt wiele z tego runęło jak domek z kart.

Ów drugi uczeń przy grobie Jezusa był w naprawdę dobrej sytuacji, gdy w wielkanocny poranek „ujrzał i uwierzył”.

Czy dziś kogokolwiek przekonałby pusty grób i chusty? Ile teorii spiskowych powstałoby natychmiast, a żadna z nich nie brałaby pod uwagę możliwości zmartwychwstania. Zwyczajna mistyfikacja, jakich wiele dzisiaj.

Ilu upadłoby na kolana wyznając jak św. Tomasz: „Pan mój i Bóg mój” tylko na widok ran na rękach i nogach? Czy nie wszczęto by dochodzenia nt. czy to aby prawdziwe rany i czy nie powstały w wyniku samookaleczenia? Czy nie tak było w przypadku ojca Pio czy Natuzzy Evolo? Czy nie za wariatów miano takich, którzy twierdzili, że widzieli? Faustynę, ojca Dolindo, Bernadetę Soubirous, dzieci z Fatimy?

A mimo to Bóg – w swej mądrości – nie zmienia metod.

Mnożą się objawienia Maryi we wszystkich zakątkach świata, co chwila słyszymy o nowym cudzie eucharystycznym, muzułmanie nawracają się spotykając Jezusa we snach, słyszymy o cudownych uzdrowieniach i znakach obecności nieba na ziemi.

On wie, że gdzieś w głębi naszych serc tli się jeszcze mała iskra wiary, która gotowa jest zapłonąć żywym ogniem przy delikatnym dotknięciu nieskończoności. Zmieniają się czasy, okoliczności życia i sposób myślenia, ale natura ludzka jest niezmienna. Jest w nią wpisane pragnienie kontaktu z wiecznością i dążenie do niej. To jak ukryta karta w środku księgi. Nawet, gdy wszystko zostanie zamazane czy wytarte – ona jedna przetrwa.

Ktoś uwierzył, bo wyjrzał przez okno i zobaczył przechodzącą pielgrzymkę, ktoś inny, gdy znalazł strzęp Biblii na półce w więziennej celi, jeszcze ktoś upadł na kolana na widok monstrancji, dla innego znakiem był uśmiech na twarzy wierzących przyjaciół. Był taki, którym wstrząsnęło zdjęcie ze śmiertelnego wypadku kolegi, obrazek Miłosiernego na szpitalnej szafce, widok modlącej się na różańcu matki…

Ujrzał i … uwierzył.

Bóg wciąż osiąga sukces posługując się tą starą jak świat metodą.

Może dlatego, że – jak powiedział o. Henrique Porcu „w sercu każdego człowieka jest pustka wielkości Boga” i ta pustka domaga się wypełnienia. To jak olbrzymi magnes, który przyciąga wszystko, co ma związek z Bogiem.

Kiedyś napisał o tym tak pięknie psalmista: ” Głębia przyzywa głębię hukiem swych wodospadów”( Ps. 42)

A jeśli tak… to o istnieniu Boga i Jego miłości przekona mnie nasionko brzozy wplątane w moje włosy czy gałąź starej jabłoni w miękkim pokrowcu z mchu.

Więcej znaków nie trzeba.