Ktoś napisał traktat o łuskaniu fasoli. Wiesław Myśliwski chyba.
Więc dlaczego – pomyślalam dziś, siedząc na stołeczku na naszym tarasiku – nie można by napisać czegoś o obieraniu marchewki?
Bo właśnie tym są zajęte teraz moje ręce. Lewa delikatnie przytrzymuje smukłe pomarańczowe warzywo, a prawa – równie delikatnie i z wyczuciem chwili i sytuacji oraz miejsca akcji przesuwa obieraczką od góry do dołu. Cichutki chrzęst jakby ugniatanego piasku, lekki opór skórki i cieniutkie soczyste wiórki lądują do miski odsłaniając wnętrze.
Opór jest naprawdę delikatny, ale jest. I przy każdym przesunięciu nożyka dostarcza malutkiej jak ten opór satysfakcji. Seria maleńkich zwycięstw powoli nanizuje się na nitkę chwili i staje się prawie wieńcem laurowym zwieńczającym zadowolone czoło.
I tak sobie myślę, gdzieś w głębi tego czoła, na tym stołeczku, w to letnie spokojne przedpołudnie, na zacienionym tarasie, że gonimy naprawdę nie wiadomo za czym, nie w tym kierunku i często niepotrzebnie.
Chcemy wielkich zwycięstw, sukcesów szumnych jak falbany sukien hollywodzkich sunących w blasku fleszy po czerwonym dywanie, lawiny braw, pokonywań wielkich niebotycznych przeszkód, zdobywania szczytów, a przecież…
Życie to suma naprawdę małych dokonań, które dobrze przeżyte i zauważone, sprawiają, że nasz los jest płodny i wartościowy.
Moja babcia, gdy plewiła zagon truskawek, co jakiś czas rozginała bolące plecy i spoglądała wstecz za siebie, by ujrzeć jak wiele uczyniły jej ręce. Odczuwała wtedy tak ogromną radość, jakiej my dziś nie umiemy poczuć nawet po wygranej w maratonie. Jej ciemna twarz rozjaśniała się wtedy i mówiła: „Lubię tę ziemię”. Ona nie potrzebowała listu gratulacyjnego, ani orderu za zasługi. Sama widziała, że jej staranie ma sens i to staranie aż do ostatniego oddechu kontunuowała. Drobne codzienne kroczki.
Odszorować piaskiem przypalony garnek, ujrzeć znowu jego srebne dno, podlać warzywa w ogrodzie po upalnym dniu, wyciągnąć parę wiader wody ze studni, wlać je w koryto i widzieć jak piją spragnione konie, wykosić jeden pokos trawy, uzbierać słoik jagód, obrać garnek ziemniaków na obiad, rozwiesić pranie na sznurku, pozamiatać podwórko, udoić pół wiadra mleka, przecedzić je przez ściereczkę, pomalować framugę okna świeżą farbą, wyjąć z prodiża bułeczki z jabłkami, zasypać cukrem truskawki w dużym słoju, postawić na rozgranym od słońca parapecie i widzieć co dzień jak zbiera się na dnie coraz więcej soku.
A największym ze zwycięstw było, gdy udało się zebrać zboże przed burzą, albo zwieźć siano z łąki przed ulewą, przechować ziemniaki przez zimę.
Dziś daliśmy sobie wmówić, że wszyscy mamy być zwycięzcami podobnymi do gladiatora, który pokonał armie. Że to jest dostępne dziś dla każdego z nas. Że nam się należy. Ba, że to jest konieczne, by być naprawdę szczęśliwym i wieść satysfakcjonujący żywot.
Nie liczą się drobne paciorki dni dobrze przeżytych. Nie ma znaczenia, że po prostu dobrze wykonujesz swoją pracę. Nie wybitnie, nie robisz coś ponad, nie wyprzedzasz reszty kolektywu w zaangażowaniu, nie razisz innych w oczy swoim geniuszem. Po prostu dzień po dniu robisz, co do ciebie należy, pokonując w sobie nie raz i nie dwa ten lekki opór „niechciejstwa”.

Nożyk ślizga się po marchewce, wiórki wiją się jak pomarańczowe wstążeczki, pachnie marchewkowo. Zaraz pójdę nazbierać szczawiu na trawniku. Dziś będzie szczawiowa, jutro ryba po grecku. Zwyczajnie. Bo nie trzeba jeść z wszystkich garnków świata, by być sytym. Nie musisz mieć wszystkich pieniędzy świata, by być bogatym. Nie muszą cię wszyscy podziwiać, żebyś był ważny. Nie musisz wygrać wojny, by nadać życiu sens.
Nie musisz być wszędzie, ani zawsze, ani najlepiej. Te przysłówki nie są domeną człowieka.
Gladiator już to wiedział. Gdy wracał do domu. To nie zwycięstwo na wojnie było sensem życia. I nie wieniec laurowy zdobiący skronie, lecz falujący łan zboża, który trzeba będzie ściąć i zemleć na chleb dla dzieci, śpiew skowronka nad głową towarzyszący dzień po dniu w codziennym staraniu, rodzina, śmiech dziecka, droga do domu, którą teraz będzie przemierzał cierpliwie wracając z pracy, miska zupy zamiast chwały bohatera.
Marchewka obrana. Myję nożyki, wlewam wodę do miski z warzywami, wyrzucam obierki, sprzątam taras. Teraz idę po szczaw.
Takie życie jest dobre. Po prostu dobre. Lepszego nie trzeba.