o psieplasianiu i nie tylko

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Koniec roku szkolnego.

W niedzielę starsze dzieciaki
wyjeżdżają do dziadków, ale – nim to nastąpi – rozstrzygamy jeszcze pilne
kwestie natury moralnej.

– Mamo, a co to są wyrzuty
sumienia? – pyta Nusia przy kolacji.

– To taki głos, który, gdy zrobisz
coś źle to ci mówi : „źle zrobiłaś, przeproś go, to nieładnie”. – tłumaczę
obrazowo – Słyszysz czasem taki głos? – dorzucam pytanie diagnozujące.

– Nie, nie słyszę. – zupełnie
szczerze przyznaje się córka.

– Ale – Ala czuje się w obowiązku
wtrącić słówko – to nie jest taki głos jak my mówimy, tylko słyszysz go w
swojej świadomości.

W oczach Nusiowych bynajmniej nie
pojawia się błysk zrozumienia po siostrzanym wykładzie.

– To teraz wyjaśnij jej co to jest
świadomość. – postuluję śmiejąc się.

– Eeee – zachłystuje się Alusia – Może
jak będzie starsza.

No właśnie. Jak wytłumaczyć ciemne
przez mętne?

 

– A dlaczego pytasz? – usiłuję
sięgnąć do źródła moralnego dylematu naszej prawie siedmiolatki.

„To powinno kwestię nieco
rozjaśnić” – myślę naiwnie w duchu.

– Bo w bajce jedna pani miała
chorą nogę i jej wyleczyli i ona wtedy powiedziała, że będzie miała wyrzuty
sumienia, bo nie jest zbyt bogata… – truchcikiem zdaje sprawozdanie pociecha.

– Eeeee….- tym razem mamie
zabrakło przysłowiowego „języka w gębie”.

 

Sprawa sumienia to jednak kwestia
zbyt zawiła, by ją rozstrzygać przy kolacji i to wakacyjnej.

 

– Ja psieplasiam. – oznajmia
Laurka, włączając się do dysputy.

 

Przeprasza, przeprasza i to po
tysiąc razy dziennie, bo straszny z niej ostatnio rzezimieszek. Ale
rzezimieszek z  sumieniem, które działa
bez szwanku:)



/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

ogrodzisko

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– O, masz ogródek! Pokaż! –
bratowa Rut jest taką samą fascynatką roślin jak ona sama.

– Nie. Ja nie mam ogródka –
prostuje gospodyni – Ja mam ogród.

Choć „ogrodzisko” byłoby bardziej
adekwatnym określeniem – myśli sobie w duchu.

 

– Na początku tu miały być tylko
dwa rzędy truskawek – tak do pojedzenia dla dzieci – zaczyna opowieść Rutka –
No i rządek malin, tych co to owocują aż do przymrozków.

Aaaa, no i oczywiście przedszkole
dla śmierdziuchów zwanych powszechnie aksamitkami. Tu sobie rosną na dobrej
ziemi w karnych rządkach, a jak podrosną, przesadzam krzaczki po całej działce.
No i tyle. Taki miał być ogródek, bo po co komu większy. – tłumaczy bratowej, która kiwa ze zrozumieniem głową.

– Ale Miś zaproponował, że może by
w tym roku znowu posadzić pomidory, więc wyhodował sadzonki no i posadził. I
oto są. Dwadzieścia kilka krzaków. Potem mama powiedziała, że zostało jej
rozsady sałaty, więc co ma się zmarnować? Posadziłam sałatę. Przy okazji
znalazły się nasiona papryki. Jak już są, to szkoda wyrzucić. I tak oto kolejny
zagonek zasiedliły paprykowe krzaczki. Aaaa – przypomina sobie Rut – i jeszcze
ogórki. Trzy odmiany. Zawsze pewniejsze, że wyjdą. Jak ogórki to i trochę
koperku. Moni miała resztkę nasion. No i tradycyjnie patisony na sos do
spaghetti. Ale patisony sadzimy od trzech lat to się nie liczą. Podobnie georginie. Trzynaście
krzaków. Rabarbar, kilka kukurydz i dyń to już zupełnie przy okazji. No i
jeszcze tydzień temu na tym ostatnim skrawku posiałam białą rzodkiew.

I tak z hobbystycznego ogródka
zrobił się mega ogród. – kończy się relacja.

 

Niech nikt jednak nie ma złudzeń: tylko
dlatego się kończy, że zabrakło areału do obsadzania, bo inwencji ogrodniczej
starczyłoby jeszcze na długo:)

 

 

 

PS. Oprócz tego na działce są dwa
skalniaki , pięć ogródków kwiatowych różnej wielkości oraz stara studnia
przerobiona na mega – donicę kwiatową. Szaleństwo w najczystszej postaci. Na
szczęście szaleństwo mało szkodliwe dla życia i zdrowia:)

Ps 2. z ostatniej chwili – przybyły cztery krzaki pomidorów koktajlowych;) a lato jeszcze się nie kończy.

 

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

szukanie poziomek

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Kiedyś już pisałam o tym zakątku
na skraju naszej działki.

Zadomowiły się tam dzikie leśne
poziomki. Zadomowiły się na tyle dobrze, że co roku plantacja się rozrasta i
swą najbardziej wysuniętą falą sięga już ławeczki pod brzozą. Tej samej
ławeczki, którą Dusio własnoręcznie zrobił dla ciężarnej mamy, której sił
starczało by dotrzeć do tego miejsca i ani kroku dalej.

Mama urodziła Laurkę, a ławeczka
stoi jak stała i jest świadkiem trudnej historii i przypomnieniem jej
szczęśliwego zakończenia.

Tymczasem poziomkowe morze obmywa
już prawie przyszarzałe nogi ławeczki.

Rut wędruje tam kilka razy w
tygodniu, zwykle z Laurką. Zbierają malutkie czerwone kropelki , malutka szybko
wsuwa je do buzi i prosi o jeszcze. Niewiele tego jest, ale czasem wystarczy
jeden dojrzały owoc, by poczuć się jak w niebie. Nic na świecie nie smakuje tak
jak dzikie poziomki czy maliny.

Tym razem mamie udało się wymknąć
do sadu samej. Przyjemność równie rzadka jak smak poziomki. Zawędrowała do
zakątka, nachyliła się w poszukiwaniu czerwonego runa. Jedna, dwie poziomki
ukryte pośród liści. Nic więcej.

– Widocznie dzieci wyzbierały –
pomyślała rozczarowana i poszła w kierunku ławeczki.

Usiadła i zapatrzyła się na las
brzozowy za siatką. Wzrok błądził w zielonych koronach, ślizgał się po wiotkich
gałęziach aż zsunął białymi pniami na zieloną trawę. I nagle coś zabłyszczało
jak rubin. Rut wytężyła wzrok.

Jeden, dwa, trzy… Poziomki jak
rozrzucone drogocenne kamienie lśniły pośród liści.

– Jak to możliwe? – myśli Rut
zbierając je na dno dłoni – Takie duże i czerwone. Dlaczego nie zauważyłam ich
wcześniej?

– Perspektywa – odpowiada głos z
głębi głowy – Ot, cała zagadka.

Teraz Rut obchodzi zieloną falę
roślin z każdej strony i … znajduje kolejny i kolejny owoc. I jeszcze jeden. Dojrzałe,
nasycone słońcem, nigdy nie odkryte, przegapione owoce.

– Perspektywa Rut, sposób i kąt
patrzenia . – szepce głos rozbawiony jej zdziwieniem.

 

Rut niedługo wkroczy w tę drugą
połowę życia. Czasem myśli, że wszystko co najlepsze już pewnie za nią,
niezrealizowane marzenia na zawsze pozostaną snami, niewiele już do odkrycia,
po najsmaczniejszych owocach zostaną niedługo szypułki… Czasem tak myśli.

 

A tymczasem…

Może życie to taki
poziomkowy zakątek. Wystarczy popatrzeć z innej strony.

Czasem z góry, czasem z prawa,
czasem z lewa, z ukosa, zza ramienia, ukradkiem… Usiąść na ławeczce, dać sobie
czas…


I nagle tam, gdzie już nie
widzieliśmy nic, można znaleźć jeszcze bardzo wiele dobra.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

wybieranie rzepów

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Wstaję razem z ptakami, choć nie
śpię już od dawna. Troski i kłopoty, obawy i smutki wplątane we włosy jak
rzepy, nie dają zasnąć.

Siadam przy moim ulubionym
wschodnim oknie. Uchylam je. Chłód poranka otula nagie ramiona. I szczebiot
ptasi wlewa się do pokoju. Najpierw tylko ćwierkanie wróbli, potem zaczynają swe
modły dzikie gołębie. Modlą się dostojnie, monotonnie, prawie judaistycznie.

Sama sięgam po moją książeczkę z
fragmentami biblijnymi na każdy dzień. Po moje „święte” – jak nazywa to Laurka.

Czytam.

Dowiaduję się, że dziś jest
pierwszy dzień lata, a potem, że lilie na polu przezeń ubrane, a ptaki za oknem
jedzą z Jego dłoni.

Rzepy z włosów wybieram, patrząc
na jaśniejące niebo.

„Dosyć ma dzień swojej biedy –
mówi do mnie – Zaufaj.”

Kogut zapiał, wrona zakrakała przeciągle,
drzewa w sadzie strącają krople nocnego deszczu.

Zaufanie to nie tania naiwność.

Wiem, że różnie może się życie
potoczyć, ale w tej jednej chwili, na rogu dnia i nocy, o słynnej czwartej nad
ranem mogę Mu powiedzieć:

„cokolwiek…będzie dobrze, bo Ty
jesteś dobry.”

 

Zza rozdartego płótna nocy
prześwituje bochen słońca.

Starczy go dla wszystkich.

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

szczyty absurdu

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– To nie w poziątku – stwierdziła
Laurka maczając truskawkę w białych kryształkach cukru.

– Co jest nie w porządku? – chce
wiedzieć mama.

– Źe lośliny się musią ziegnać. – tonem
wykładowcy uczelnianego kontynuuje dwulatek.

Truskawka ląduje pomiędzy słowami
w sam środek buzi.

Mamusia nie jest bynajmniej
zaskoczona takim toczeniem się pogawędki.

Najmłodsza latorośl rodzinna znana
jest jako mistrzyni  wypowiedzi
absurdalnych.

 

Krótkich bajeczek o zaskakujących
wątkach też.

– Opowiedz bajkę o lisku. – prosi
brat układając się obok maluszka.

– Dobzie – zgadza się uprzejmie
poproszona osóbka i z miną zdradzającą głęboki namysł zaczyna:

 Ludy Felek nie móg źlobić kupy, poniewaś… – tu
– dla zbudowania napięcia bajarka zawiesza głos w próżni i po chwili dodaje-
kupa była twalda.

 

Rude Felki tak już mają:)

 

– Ala obierz cebulę i pokrój. –
uprasza się najstarszą pociechę.

Krótkie zdanie jest jak iskra
padająca na stóg siana i stanowi zarzewie kolejnej opowieści.

– Andzielinka pokloiła ciebuli … –
zaczyna dwulatek i dla kurażu popija truskawkowego kompociku – ciebuli takiej
wygolonej i takiej więksiej .– kończy zaskakująco jak zwykle.

 

Czy ktoś słyszał o wygolonej
cebuli?

My tak.

 

Dzięki Laurce i jej opowieściom
wciąż wspinamy się na coraz wyższe gałęzie abstrakcji. A na tych gałęziach
musimy wykonywać coraz bardziej karkołomne wygibasy myślowe:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

szał twórczy


Nasze dzieci należą do gatunku "homo rysujący".
Są w nieustannym – rzec by można – szale twórczym.
Stąd też kartek nie kupujemy na bloki, lecz na ryzy, a kredek nie usiłujemy okiełznać w pudełkach, pędzelki i farby wciąż gotowe stoją na parapecie okna, a różnorakie dzieła w przeróżnych fazach "dokonania" zdobią podłogi, ściany, lodówkę i półki.

Nieprzeliczony ocean dzieł wiekopomnych nieogarniony żadnym umysłem

Wśród nich zdarzają się prawdziwe gratki dla prawdziwych koneserów sztuki, które trafiają do specjalnego pudła ( bo nie pudełka) z pamiątkami.

Oto dwa z nich – najświeższe dokonania.

Projekt gry Nusi o szokującej nazwie "Księżniczki na cmentarzu".
Proszę zwrócić uwagę na strzałki w dole ekranu, którymi – zgodnie z zamysłem twórcy – należy rzucać w pojawiające się duchy. Strzałek jest na szczęście aż 109, więc zapas wystarczający jak na jeden książęcy spacer po cmentarzu:)

A to jeden z sympatycznych potwórków Laurci. Ten jest z rozwianym włosem i marzycielską miną:)

Zupełnie niegroźny typ mimo szponiastych pazurów u lewej reki.

przywilej

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Mamo, a czy ty jeszcze urodzisz
kogoś? – rzuca nagle Nusia.

Zachłystuję się tym pytaniem.

Nagłe zrozumienie tajemnicy danego
mi przywileju.

Jak to niesamowicie brzmi –
urodzić kogoś.

Dać komuś życie.

Mieć władzę powoływania KOGOŚ do
istnienia.

 

Ludzie piszą książki, dokonują
wielkich odkryć, konstruują nowe wynalazki, patentują innowacje, zdobywają K2,
przekraczają granice swoich możliwości, budują fortuny…

 

A ja urodziłam czworo KTOSIÓW.

Biegają jak szalone po domu, kłócą
się i rozrzucają klocki, przechodzą swoje małe i duże bunty i są KIMŚ nieporównanie
większym od wszystkiego, co istnieje na świecie.

więc…

– Nie wiem. – odpowiedziałam Nusi, bo jak można powiedzieć "nie" na tak sformułowane pytanie.

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

religijne inspiracje

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

Niedziela.

Wszyscy ustawiają się w kolejce do
tatusia.

Każdy z wyciągniętą łapką.

Kieszonkowe.

Na dno każdej łapki ląduje 5 złotych.

Na najmniejszą – 5 groszy.

 

– Dziętuje tato. – odpowiada na
dar łapka najmniejsza.

 

– Wszyscy dostali, a tylko jeden
podziękował. I to ten, który dostał najmniej. – zauważam głośno.

– No – reflektuje się Ala – to tak
jak z tymi trędowatymi i Jezusem:)


Grunt to umieć odnieść Ewangelię
do swego życia:)

 

 *********

Laurka dostaje gumę rozpuszczalną,
wkłada ją do buzi, robi błogą minkę i – by dać upust swej wielkiej radości –
śpiewa:

– A potój na ziemi!!!

 

Rzeczywiście. Gumy używamy dość
często w celach zapewnienia pokoju. No, może nie na całej ziemi, ale choć pod
własną strzechą:)

 

Polecam wszystkim politykom.

Czasem wystarczy odrobina
słodyczy.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

rodzaj nieba

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Oooo!!! – wzdycha z ulgą tata
Kurka, gdy cała dzieciarnia w liczbie sześć sztuk zostaje zapędzona do krainy
Morfeusza. Siedzimy wokół stołu otulonego nagłą ciszą i delikatnym światłem.
Panowie sączą bursztynowe piwo.

– Chipsy i piwo… – rozmarza się
znów Kurkowy tata – i nie będzie nam szkodzić. Tak sobie wyobrażam niebo.

Śmiejemy się.

– A w moim niebie będę brodzić w
kwiatach… – podejmuję się kontynuacji ciekawego wątku eschatologicznego.

 

Tych nieb będzie trochę:)

 

Gdybym miała wymienić moje
największe namiętności, rośliny byłyby jedną z nich.

 Nie tylko kwiaty.

Fascynują mnie pędy krzewów,
gałęzie drzew, kora na pniach, różnorodność owoców, pióropusze traw, faktura
nasion, rysunki na liściach, odcienie płatków, ząbkowane obrzeża, ostowatość
ostu, ulotność dmuchawca, paprocie jak małe smoki…


 

Wracamy z działki. Nie wrzucam
biegu wyższego niż trójka.

– Ja patrzę na prawo, mamo. –
komunikuje Dusio.

– Więc ja na lewo – odpowiadam.

Jedziemy wolniutko pomiędzy polami
zroszonymi niedawnym przelotnym deszczem. Obłoki suną po oceanie nieba jak dostojne
żaglowce. Ale tym razem niewiele poświęcamy im uwagi, bo wpatrzeni w pobocza i
skraje pól wyszukujemy rumianów, chabrów i dzikich koprów.

Co kilka, kilkanaście metrów mały
czerwony samochodzik zatrzymuje się na poboczu, otwierają się drzwi i wyskakuje
zeń chłopiec. Szczupły, śniady, z włosami po ramiona.

Wchodzi po kolana w mokrą trawę i
rwie kwiaty.

– Z długimi łodyżkami synu !!! –
krzyczę zza kierownicy.

Chłopiec wnosi do auta naręcze
ziela, podaje siostrom na tylnej kanapie.

– Jeście mi, jeście mi!!! – domaga
się najmłodsza , rozczochrana jak jeż.

Dziki zapach rozlewa się po
wnętrzu.

Wieziemy nasz łup.

Znowu pęki kwiatów będą stały w
każdym kącie domu.


 

Polne dzikusy obok rasowych
ogrodowych piwonii.

 

Moje niebo będzie pełne roślin.

 

– Psinośłam dla ciebie bukiet!!! –
podskakuje Laurka z garścią trawy w rączce.

 

Niebo moich dzieci też:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

nawałnica

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Ozon.

Jego zapach wdychany z rozkoszą.

Deszcz.

Rzęsisty, miotany wiatrem, nerwowo
stukający palcami o wszystkie napotkane przedmioty. Barierki balkonu, dachy,
chodniki, liście drzew.

Dusio wystawia nagie plecy pod
zimne olbrzymie krople. Krzyczy z radości.

Laucia patrzy zdumiona, bo w sumie
niewiele jeszcze deszczów widziała.

Wszyscy stoimy na balkonie.
Nasiąkamy stukotem kropli, chłodem, zapachem deszczu.

Daleko głuche mruczenie burzy.

Zawsze lubiłam burze.

 Zawsze je obserwowałam.

O dziwo – z fascynacją, choć od
wczesnego dzieciństwa byłam uczona strachu przed burzą.

Pamiętam moją mamę zwiniętą w
kłębek w kącie przedpokoju – jedynego pomieszczenia bez okna. Tuliła nas
panicznie na kolanach. Mnie i Amelię – dwie małe dziewczynki o oczach jak
węgle.

Mówiła: Bóg gniewa się na nas,
dlatego są pioruny.

Nigdy w to nie wierzyłam. Burze
mnie ciekawiły nie przerażały.

Coś głęboko we mnie współgrało z
ich melodią. Wszystkie wewnętrzne burze łączyły się z nawałnicą za oknem. Ona
wyrażała to coś , co noszę pod skórą.

Tego samego szukałam w muzyce
Szopena, w tych wszystkich jego nieokiełznanych, podartych na strzępy nutach.
Moja krew płynie dokładnie w takim tempie. Kaskadami, zrywami, z przytupem
gromu. Prawie nikt o tym nie wie, bo… na zewnątrz…

– Ty chyba nigdy się nie
denerwujesz. Jesteś taka spokojna. – wciąż słyszę stereotyp na swój temat.

Wszystkie moje burze noszę w
sobie.

 

Kiedy poczuję ozon w powietrzu,
krew burzy się i pieni jak w górskim wodospadzie.



/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}