opowiastka budująca

 

W drodze między zakupami a zakupami odwiedza nas Moni z córeczkami.

– Ja to chyba muszę twojej Nusi jakąś nagrodę kupić, bo ona moje dziewczyny zupełnie odmieniła. – mówi z zachwytem pojadając ciasto z malinami i popijając go drugim już kubkiem herbaty.

– A za co? – chcę wiedzieć, bo wszak jestem matką tego sukcesu, który Nusia się nazywa:)

– Bo kiedy ona u nas nocowała, zawsze do śniadania życzyła sobie szklankę mleka. Więc moje dziewczyny – choć do tej pory mleka tknąć nie chciały – też poprosiły i … – tu Moni zawiesza głos, słusznie budując nastrój tej jakże „budującej” opowiastki – i WYPIŁY!!! I od tamtej pory co dzień piją mleko. Piją go tyle, że już nie nadążam kupować. Nawet do kanapek z kiełbasą!

– Oooo. To naprawdę cudowna przemiana. – zauważam, biorąc na kolana zasłuchaną Laurkę.

– I płatki na mleku codziennie teraz jedzą. – dodaje koronny argument szczęśliwa mama Werki i Domusi.

Dzień później.

Tym razem my w odwiedzinach u Moni i jej czeladki. Krótkich, dwugodzinnych odwiedzinach, których głównym celem był odbiór Nusi. Przy okazji udaje się jednak wymienić przepisami, skosztować wafelków, popasteryzować wspólnie słoiki z pomidorkami, posnuć rodzinne opowieści, wyłudzić od Muszka ( Moniowego męża) whisky na malinową nalewkę, obiecać darczyńcy klamkę do bramki…

No i zaczęło się ściemniać, a komary gryźć bez miłosierdzia nijakiego, więc Laurka zagaiła nieśmiało:

– Ciociu, a ja tes piję dużo mleka i kakałeczko. I płatki tes jem.

– Oooo, to dobrze. – pochwaliła ciocia, lecz zupełnie nic nie zrozumiała.

 

Jeśli i wy nie zrozumieliście, jeszcze raz przeczytajcie od początku.

A najlepiej przeczytajcie sam początek:)

 

sposoby na gradową chmurę

 

Deszczowo.

Grzyby rosną jak po deszczu, ale i chandra porasta myśli jak mech sztachety płotu.

U Lali chandra objawia się w bardziej spektakularnych formach złego humoru, a bywa, oj bywa, że i furii:)

Są różne metody rozładowania elektryczności z małej gradowej chmury. Jedną z jest przejście się po świeżym powietrzu.

Czasem wygląda to tak.

– Chodź, pójdziemy na spacer po deszczu. Założymy żółte płaszcze: ja ten duży, a ty – ten malutki.

– Nie!!! On ma za długie lękawyyyyy!!!

– To nic. Tu są takie spinki. Zobacz. Zapniemy i już jest dobrze.

– Nie jest dobze!!!

– Założymy kaptur.

– Nic nie widzeeee!!!

Itd.itp.

W końcu udaje się. Założywszy sztormiaki i ja – pantofle, Lala – kalosze z Dorą, wychodzimy pod szumiące firany srebrnego deszczu. Wyglądamy jak dwaj rybacy, którzy wyszli na połów dorszy. Tylko kutra brak:)

– Ja chcę na lence. – zgłasza tuż po wyjściu na płynącą ulicę młodszy rybak.

– Nie. Nie dam rady. – opieram się twardo, po marynarsku.

– Eeeeeee… – rozlega się przeciągłe z dołu, a kalosze z Dorą stawiają opór.

– To zostań. Ja idę. – decyduję i głębiej naciągam żółty kaptur, bo woda zaczyna ciurkać mi za dekolt.

– Eeeeeee… – idzie w ślad za mną szlapiąc po kałużach.

– Eeeeee… – jest bardziej intensywne niż wyjące silniki mijających nas samochodów.

– Eeeeee… – ciągnie się przez długość jednej ulicy i połowę następnej, gdzie nagle się urywa i zgłasza wskazując paluszkiem – Nosek, nosek!!! Nosek zaiste jest mokry od łez i zasmarkany. Obcieram czym nie-bądź, tzn. kantem dłoni i kontynuujemy.

– Eeeeeee – wlecze się nóżka za nóżką już po drugiej ulicy i skręca wraz ze mną w trzecią – już ostatnią.

Zszokowane lub rozbawione twarze wyglądają do nas zza mokrych szyb mijających nas aut. Łzy kapią równie gęsto jak krople deszczu. Jak już być mokrym to na całego. Wracamy do domu siąkając, chlipiąc i zawodząc tak, że żadna nawałnica się z nami równać się może.

Podsumowując : Czasami wyjście na spacer nie przynosi żadnego efektu, gdy idzie o rozładowanie gradowych chmur.

A czasem wręcz przeciwnie.

 

Znów pada.

Tym razem kapuśniaczek.

Gradowa chmura uwięziona w domu prawie rozsadza go od środka, więc…

– Może pójdziemy nazrywać gruszek. – proponuję – Weźmiemy koszyczek.

– Dobze!!! – wykrzykuje gradowa.

Bez zbędnych ceregieli zarzucamy kurtki, łapiemy pleciony koszyczek i wychodzimy do ogrodu. Lala z uśmiechem podtrzymuje koszyk i plecie jak najęta. Ja zrywam mokre gruszki, strząsając z gałęzi kaskady zimnych kropli.

– Mamo, dobla wlózka powiedziała nam zebysmy jedli gluszki, bo są zdlowe – opowiada Lalunia, gdy zasiadamy przy stole w kuchni.

– A gdzie była ta wróżka? – pytam.

– Na dzewie. Tam, gdzie są jabłka.

– A o jabłkach nic nie wspomniała, że też są zdrowe?

– Wspomniała. – przyznaje rozmówczyni – Mówiła zebysmy jedli i gluski, i jabłka i… batoniki.

Wygłosiwszy tę mądrość ludową, rozjaśnia się w szerokim uśmiechu i wbija ząbki w zieloną gruszkę. Front niżowy zanikł.

 

Jeśli więc ktoś ma w domu zbuntowanego prawie czterolatka gorąco polecam spacery i… równie gorąco je odradzam:)

 

przewrotność życia

 

Magda, nawet gdy się uśmiecha w jej uśmiechu jest więcej smutku niż w niektórych łzach. Skąd ten smutek? – myślę – każde jej słowo jest jakby matowe, jej drobna ładna twarz jakby przysypana popiołem. Mój śmiech i próby żartowania są w jej towarzystwie prawie nieprzyzwoite.

– Zobacz – pokazuję wokół, a siedzimy na ukwieconym, owiniętym dzikim winem patio – Tutaj kiedyś była obórka. Było tu ciemno i strasznie. Dziadek chował w niej byka, który ryczał i kopał w ściany i drzwi. Jako dziecko bardzo bałam się tego miejsca. Unikałam nawet podchodzenia tutaj, bo wyobrażałam sobie, że to kawałek piekła. – opowiadam mocno gestykulując – A teraz popatrz: wystarczyło trochę pracy i to straszne miejsce stało się słonecznym, miłym tarasem, na którym odpoczywamy i czujemy się jak w niebie.

Patrzę na Magdę rozpromienionym wzrokiem. Może się uśmiechnie. – myślę.

Nie mylę się. Magda uśmiecha się lekko swoim smutnym uśmiechem.

– Widzisz Rutko. Życie naprawdę potrafi być przewrotne. – dodaje swoją puentę i jeszcze bardziej gorzko się uśmiecha.

Oniemiałam.

Zupełnie nie o to mi chodziło!!! – krzyczało mi w głowie.

Zmieniać to co jest piekłem w skrawki nieba, wywodzić światło z miejsc najciemniejszych, wznosić coś na gruzach, na podwalinach bolesnej historii budować zdrową przyszłość. Mieć w sobie siłę, wizję, hart, opierać się swoim lękom i mieć wiarę, że po ciężkiej pracy kiedyś zasiądziemy w słońcu.

Mam nadzieję, że Magda jest po prostu zmęczona, zapracowana, niewyspana, bo córeczkę odstawia od piersi, pewnie też samotna, bo mąż pracuje za granicą i zatroskana o starszą córkę, która się buntuje i zaniepokojona czy nie straci pracy i zdenerwowana niektórymi zachowaniami teściowej. Mam nadzieję, że to właśnie to kładzie się szarym popiołem smutku na jej twarzy.

Nasze babcie były rodzonymi siostrami. Prawie nie utrzymywały kontaktu, choć nie mieszkały od siebie daleko. Rozplotły się więzy, rozsypały, pamięć rozwiała jak obłok smagany wiatrem czasu.

Z Magdą spotkałyśmy się przypadkiem, tak jak się wpada na kogoś u wylotu ulicy. Zupełnie niespodziewanie dowiedziałyśmy się, że jesteśmy siostrami. Nasze córeczki chodzą do jednej klasy. Postanowiłam, że więzy znowu zaplotę.

– Nasze babcie prawie o sobie zapomniały – powiedziałam kiedyś Magdzie – Ale my możemy sobie przypomnieć.

Wywodzić światło z lamp, które zgasły.

 

Jeśli to jest „przewrotność życia”, lubię być przewrotna:)

 

nieustanne świętowanie

Książka wpadła mi w ręce. Nic dziwnego w domu, gdzie książki wyzierają z każdego kąta:) Niektórzy mogliby dojść do zgorszonego wniosku, że są tu wręcz w poniewierce, bo czasem jakiś słupek się obsunie i literatura ściele się na podłodze.

Tym razem jednak zielona książka Gruna leżała – jak Bóg przykazał – na półce.

Minęłam ją raz i drugi przechodząc przez pokój córki.

W końcu – nie wiedzieć jak – znalazła się w moich rękach, a karki rozchyliły się same.

Czytałam ją już nie raz. Koślawe podkreślenia świadkiem. Tym razem otworzyła mi się na tej stronie…

 

Nie bądźcie zgorszeni. Książki traktuję jak przyjaciół – lubię z nimi wymieniać myśli:)

Życie jest świętem, nie przykrym obowiązkiem. – powtarzałam sobie potem gryząc jabłko prosto z jabłoni. A potem jabłko dałam Laurce. Tego chcę nauczyć moje dzieci.

Ukochania życia.

Wdzięczności za nie.

Celebrowania chwil małych i dużych.

 Oprawiania sekund w najlepsze wspomnienia.

 

 

 

 

 

drzewa się śmieją

 

– Kto się z nas śmieje? – zapytała najmłodsza córka uczepiona mojej ręki.

Szłyśmy ostatnim spacerkiem przed spaniem zwiedzić naszą działkę. Nazywam to po swojemu: „obchodem”.

– Idę zrobić obchód – mówię i ruszam dokoła budynku, zatrzymując się przy kolejnych ogródkach i skalniakach jak przy stacjach drogi krzyżowej lub łóżkach pacjentów. Tutaj kogoś podeprę, tam uszczknę listek porażony grzybicą, innego uwiędłego – podleję, a rozkwitłego zabieram czasem ze sobą do wazonu, dojrzałego zaś – do koszyka.

Tym razem jednak to nie był obchód. Po prostu spacer w gasnącym żarze dnia, ze świerszczeniem świerszcza w tle i… czymś jeszcze. Przenikliwym dźwiękiem, który raz po raz rozbrzmiewał nad głową.

– Kto się z nas śmieje? – jeszcze raz zapytała Laurka.

– Nikt. – odpowiedziałam mądrze, choć jeszcze kilka lat temu, słysząc ten dźwięk, sama miałam podobne skojarzenia.

– Ktoś się śmieje. – nie dawała za wygnaną mała towarzyszka spaceru.

– To tamte drzewa – wyjaśniłam, wskazując przytulone do siebie sosnę i dęba – Ocierają się o siebie, gdy wiatr wieje i tak skrzypią.

Przenikliwy dźwięk, ni to jęk, ni śmiech na nowo wybrzmiał za naszymi plecami.

– Nie. Śmieją się. – stwierdziła stanowczo Laurka.

 

Przez chwilę to sobie wyobraziłam. Tam wysoko w górze, pomarszczone brunatne twarze śmieją się nad nami.

 

Gdyby drzewa chciały, mogłyby się z nas śmiać rzeczywiście. Wielkie olbrzymy nad takimi mróweczkami jak my. Wyprostowane i sięgające nieba nad nami – którzy tak często biegamy z nosem przy ziemi. Ich życie podobne naszemu, ich śmierć zawsze gwałtowna, a jednak nie drżą z trwogi, stają w szranki z takimi potęgami jak wiatry, zamiecie, burze.

Dąb, który się śmieje, ma skórę zdartą do żywego z jednego boku. Niemal co nawałnica obrywa piorunem. Wciąż stoi. Jego towarzyszka – sosna stoi i broczy żywicą od lat. Tylko czasem, gdy wiatr wieje,oboje ocierając się o siebie wydają coś, co przypomina przenikliwy jęk.

A może jednak to śmiech.

Nade mną kołującą wokół spraw drobnych i błahych, syczącą z bólu przy powierzchownych zadrapaniach. Jakbym z ziemi wyrosła, na ziemi chciała skończyć.

Gdyby drzewa chciały, mogłyby się z nas naprawdę śmiać. Miałyby z czego. Ale drzewa nie chcą. A jeśli już się śmieją, to raczej DO nas.

Nawet ten młody kasztan od lat umierający na swoją kasztanią chorobę, uśmiecha się do mnie bladym uśmiechem.

 

Wszystko się do nas uśmiecha.

 

 

koktajl malinowy

 

– Trzeba wziąć dużo malin – słyszę głosik Weroniki – Potem je opatrzyć…

– Jak to opatrzyć? – przerywa zdziwiona Nusia – Zawinąć bandażem?

– Oj nie!!! No, po prostu zobaczyć czy nie ma robaków. – tłumaczy koleżanka.

Leżę na błękitnej kanapie w letniskowym pokoju i prawie wybucham śmiechem słuchając rozmowy przez otwarte okno. Dziewczynki siedzą na naszym patio, pojadają świeże maliny nakładając je sobie na opuszki palców jak czapeczki z czerwonej włóczki.

Nusia i Wera znają się od niepamiętnych czasów. Dosłownie „niepamiętnych”, bo znają się od czasu, którego nie pamiętają, czyli od wtedy, gdy jeszcze były w brzuchach swoich mam i jedyne dialogi jakie prowadziły, to stukot małych serduszek dobiegający z aparatów KTG. Ja i Moni poznałyśmy się bowiem na oddziale patologii ciąży i jak widać znajomość owocuje do dziś.

– No i dodajesz dużo cukru do malin – kontynuuje złotowłosa Wercia połykając kolejny czerwony owoc – I miksujesz. Macie mikser?

– Mamy!!! – wykrzykuje Laurka, która zna mikser od nie najlepszej strony i zawsze ucieka z kuchni, gdy tylko mikser wyjmujemy z szafki.

– No to miksujecie i dodajecie mleka i gotowe. – kończy przepis złotowłosa.

– Jest pyszne. – dodaje na zachętę – Pamiętasz, piłyśmy to na otwarciu domku?

Nusia potakuje skwapliwie.

Tak, tak, otwarcie „domku na drzewie” Werci było huczne. Z przecinaniem wstęgi, koklajlami, lodami, ciastem i balonami, które nie były w stanie najwyższego napompowania, bo zdążyły się rozmyślić przez noc wisząc na sznurkach:) Ale nie umniejszyło to radości niczyjej. Fakt, że domek na drzewie stoi na trawniku, a nie jak jego nazwa głosi, też nie stanowił żadnej przeszkody. Miał za to najprawdziwsze firanki, najprawdziwsze okno zamykane na haczyk i najbardziej prawdziwe półeczki i dywanik w środku. Radość też była z tych najprawdziwszych na świecie.

Leżę na letnisku i wspominam ubiegające lato, pełne rzeczy prawdziwych i nie do podrobienia przez najlepszego nawet fałszerza.

Prawdziwa radość i autentyczne zmęczenie, prawdziwa miłość i prawdziwy niepokój o dzieci, prawdziwa bliskość i wielkie oddalenie, prawdziwy gwar i zastygła cisza, prawdziwa zabawa i rozkosznie prawdziwy odpoczynek, prawdziwe wybuchy i głęboki kojący spokój, prawdziwe rozmowy i mistyka milczenia, prawdziwe, niewydumane problemy i ich rozwikłania. Prawdziwe smaki życia.

Siadam na schodkach wiodących na poddasze. To jedno z moich ulubionych miejsc , w którym sama ukryta przed światem, widzę go jak na dłoni. Patrzę na zielone podwórko, na zielone słupy pewnie podtrzymujące zielony balkon, na zielone drzwi, na kapliczkę z Maryją spowitą w zieleń krzewu leszczyny.

Patrzę i jem czerwone maliny. Odkrywam w nich delikatny smak dzikości – to dzięki niemu wiem, że to prawdziwe maliny. Moje stopy są ciemne od ziemi, która przywarła mi podczas pielenia w ogrodzie, ręce zazielenione od zrywania ogórków.

Cieszy mnie, gdy życie nie udaje życia. Gdy jest nim naprawdę z całą swoją gracją i ułomnością.

Koktajl malinowy. Przyrządziłam go wczoraj wieczorem. Chłodzi się w lodówce.

 

Nie wiem czy jest smaczny, ale wiem, że jest prawdziwy:)

 

 

 

garniec pełen życia

 

Nasz garniec w tym roku.

Jest coraz starszy, ale nigdy pusty. Mimo dziurawego dna.

– Wstawiało się go płycej lub głębiej w dziurę w fajerce. – zaczęła tłumaczyć jego dziwny kształt moja mama.

I od razu rozbłysło mi światełko w głowie.

Fajerki!!!

Pamiętam ich metaliczny stukot, gdy babcia przy pomocy pogrzebacza zdejmowała lub wkładała kolejne usmalone obręcze. Gdy chciała by coś zawrzało szybko, fajerka była tylko jedna, ta największa; a wtedy, gdy miało pyrkotać tylko- zakładała wszystkie. Nawet tę maleńką w kształcie krążka z dziurką ułatwiającą wsuwanie weń haczyka pogrzebacza.

A więc były jeszcze specjalne garnce, które można było wsunąć głębiej w ogień i doczekać się szybciej strawy.

Kiedyś ludzie nie mieli wszak pokręteł regulujących wielkość płomienia ani możliwości ustawiania temperatury. A jednak radzili sobie. W sposób równie genialny co prosty.

Więc kiedyś byłeś garncem pełnym zupy, potem może – jak głosi rodzinna legenda – skrywałeś złote monety. Dziś jesteś pełen kwiatów.

Chciałyby się mieć tak bogaty życiorys jak ty i  być równie kwitnącym kiedyś emerytem:)