ocalanie dni

 

„…nazwać czyli ocalić.

Nie wolno cudu życia

oddać na pastwę milczenia.”

x. J. Szymik.

 

Dlatego opisuję takie kruszyny: o lampkach na choince, uśmiechach, dyndaniu hamaka, drobnym maczku słów rzucanych w rozmowach, zapachu cynamonu, gołębiach za oknem.

Tylko tak mogę ocalić chwile w mojej pamięci i Waszej.

Tylko tak mogę stanąć w szranki z przemijaniem.

Szuraniem końcówką długopisu o kartkę, stukotem klawiszy laptopa. Kocham słowo i Słowo. Jego kruchość i siłę. Słowo stało się ciałem, a ja odwracam proces – ciało życia zamykam w słowa.

Uwieczniam.

U-wieczniam.

Sprawiam – chcę w to wierzyć – że drobiazgi dni staną się jak wieki, a ich znaczenie będzie uniwersalne, ważne nie tylko tu i teraz i nie tylko dla mnie.

Zwyczajne sznury lampek na naszych choinkach splatają się z odwiecznymi konstelacjami gwiazd, a nasze kroki wpisane są w ciągi logiczne historii.

 

Mija rok, kolejny rok, który u-wieczniam kruchym słowem. Ile jeszcze lat tak się uda, czy sił starczy i woli? Dni jak białe kartki leżą przede mną i łaszą się, by je nazwać… czyli ocalić.


Nie wolno cudu życia oddać na pastwę milczenia.

 

więc… biorę długopis i piszę, układam wieczorami palce na klawiaturze.

 

 


 

 

Rut, a nie Dickens

 

– Ojciec Wigiliusz ucy dzieci swoje… – wyśpiewuje Laurka huśtając się na hamaku rozwieszonym w drzwiach kuchni ( rewelacyjny wynalazek!!! nasz własny!!!nie tylko do huśtania jak ktoś popuści wodze wyobraźni:)

– Ojciec Wigiliusz… – rozbrzmiewa po raz kolejny i świetnie komponuje się z atmosferą przed-wigilijną: z oparami smażonej ryby, których więcej w powietrzu niż tlenu, wodoru i azotu, z zapachem udekorowanych już na kolorowo pierników, z krzątaniną wszelaką i kolędami płynącymi z radia na parapecie.

A za oknem, wpółuchylonym ze zdumienia, chlupot ciepłego deszczu i dyndające na choince figurki gołębi jakby ulepione z szarej glinki. Śniegu ani grama, ani deczka, choć wciąż nadzieja w sercu żywie, że jutro obudzi nas świat polukrowany jak nasze pierniki.

Spływają ciepłą strugą maile i sms-y z życzeniami i serdecznościami. Listonosz wciska mokre koperty w skrzynkę na furtce. Kurier jak święty Mikołaj przybywa po zmroku i wręcza mężulkowi zdumionemu wielką pakę. Małe rączki pomagają nam rozrywać opakowanie i po chwili pokój zmienia się w sezam pełen skarbów. Przyjaciele lepsi są niż św. Mikołaj, bardziej zaskakujący:)

Wieczorem lampki na choince wplątują się w konstelacje gwiazd za oknem, zapach piernika czuję przy każdym poruszeniu głowy. Cała nim nasiąkłam jak gąbka. I słowami kazań z rekolekcji adwentowych  słuchanych na You Tube. I miłością szeptaną mego męża i wylewną miłością malutkiej Laurki, która co wieczór, gdy odmawiamy nowennę przed Bożym Narodzeniem krąży jak satelita między nami klęczącymi i ściska ile sił w rączkach każdego.

Kolejny rok, kolejna wigilia, jeszcze jedna choinka, opłatek, stos prezentów, tupanie stadka małych stópek na schodach, droczenie się z rodzeństwem, wspomnienia z dzieciństwa odgrzewane po raz kolejny na salwach śmiechu.

Nie ma tylko Amelii, bo mieszka daleko, ma małą córeczkę i do tego kaszlącą. Pozostali są. I Kora i Max i Leon, Lena i Felix. Wszyscy dorośli, większość okrzepła w swoich rolach, nic nikomu nie musimy udowadniać, bo wiemy kim jesteśmy i z grubsza – po co. Przynajmniej ja tak to czuję.

Życzenia przyjmuję z uśmiechem jak miłe słowa niosące życzliwość . Wiem – nie mają mocy sprawczej i wcale tego nie oczekuję. Są miłymi słowami, a co będzie dalej zależy głównie od Boga i ode mnie. I znowu – jak rok temu – dociera do mnie, że mam wszystko. Naprawdę wszystko. Wszystko, czego potrzebuję, choć nie wszystko, czego pragnę, ale to dwie różne sprawy i coraz lepiej idzie mi ich rozróżnianie.

Laurka ściska i całuje poduszkę. Zupełnie tak samo jak wcześniej ściskała nas podczas nowenny.

– Laura jest tak wypełniona miłością, że sama już nie wie komu ją dać. – śmieje się Kora ponad białym obrusem wigilijnego stołu.

Potrzebuję właśnie takich chwil. Pokoju na dnie serca rozesłanego jak serwetka śniegu, miłości najbliższych, śmiechu, bliskości, szczypty samotności, która dodaje smaku jak cynamon piernikom. Potrzebuję takich rzeczy i wszystkie je mam. A nowsze auto czy drzwi z łukiem na letnisko to tylko zachcianki.

Oto moja „Opowieść wigilijna”.

 

Gloria

 

 

 

 

 

 

 

 Niech groty naszych serc, tak często na co dzień zimne i twarde, tej nocy staną się jasnym i ciepłym domem dla Boga i ludzi.

Niech w te święta w Was i wokół Was dzieją się cuda, po ujrzeniu których będziecie chcieli wraz z Aniołami zaśpiewać: „Gloria!!!”

Niech wszystko stanie się nowe wraz z nadejściem Dzieciny.

 

Rut z rodzinką:)

 


deficyt rozumności

 

Wieczór.

Laurka nie chce się myć. Protest podnosi niemal codziennie. Tym razem odpuszczam i pozwalam przebrać się w pidżamkę bez mycia.

Maluch natychmiast bezwstydnie chwali się siostrze:

– Ja się dziś nie myyyyję!!!

– To ja też się nie myję. – buntowniczo oznajmia Nusia.

– Nie, ty musis, bo jesteś lozumna, a ja jestem mała i jesce nic nie lozumiem. – ripostuje Laucia.

 

Homo nie-sapiens:)

 

 

z braku

 

Zanim otworzę oczy, słyszę plusk wody w rynnach.

– Ach, to już wiem dlaczego wczoraj ramię nie dało mi zasnąć. – myślę.

Wygrzebuję się spod kołdry i napotykam futerko Laurkowej różowej owieczki -torebki. Tej samej, z którą wczorajszego wieczoru szalałam po scenie jako zadziorny pastuch Maciej w jasełkowym przedstawieniu.

– Rut, byłaś rewelacyjna. Zakładajcie kabaret. Tak się uśmieliśmy. – słyszałam pomiędzy świątecznymi życzeniami.

Opłatek strzelał w dłoniach i osiadał na podłodze jak śnieg.

– Nie wiedziałam, że jesteś taką świetną aktorką.

Śmieję się ugrzana w swoim długim kożuchu i wycieram swój wymalowany zarost w twarze kolegów i koleżanek z pracy.

– Dobrze, że ja to wiem. – myślę ubawiona.- Od dziecka jestem komikiem.

 

Nie można nie być aktorem, gdy ma się tak liczne rodzeństwo – publikę, w genach – rubaszność swojej babci, a jako motywację do występów – konieczność rozładowania konfliktowych sytuacji między rodzicami.

Deszcz zamienia szybę okna w błyszczącą taflę wody.

– Jeszcze raz się przekonuję – mówię mężowi przy zaspanym jeszcze kuchennym stole – że kiedy Bóg coś nam odcina, to tylko po to, by bujniej urosło coś innego.

– To jak z drzewem. – znajduje porównanie Miś.

– Właśnie – podchwytuję jego myśl – Pamiętasz tę choinkę o dwóch czubach? Musieliśmy odciąć jeden, by zaczęła normalnie rosnąć. Kłótnie moich rodziców to był dla mnie pewien brak, ale dzięki temu rozwinęło się we mnie wiele dobrych cech i talentów.

 

Musiałam przeżyć 40 lat, by zrozumieć, że brak, niezawiniony brak, to najczęściej puste miejsce na coś innego, nowego. Taki jest jego sens.

Dlaczego odkrywałam to tak długo?

Bo widzi się to dopiero po fakcie. Gdy brak już zarośnie, zasklepi się i nie boli. Gdy widzisz co w miejscu odcięcia wyrosło i zbierasz owoce.

Pewnie wszystkie moje braki kiedyś zafalują bujnym łanem jak pola na wiosnę. Trzeba tylko poczekać, często sycząc z bólu.

 

Był pastuszek bosy, na fujarce grał:)

 

Teodor Axentowicz, Pastuszek z owcami

 

Może z braku butów też coś urośnie:) Może z braku zdrowia, może z braku pieniędzy, braku męża czy urody… Brak to wolne miejsce na coś.

 Deszcz skrzy się za oknem. Może z braku śniegu…  🙂

 

 

 

 

 

uzależnienie

 

Jakiś czas temu Laurka chorowała. Trzy razy dziennie dostawała porcję syropu przeciwwirusowego.

– Dałeś jej drugą porcję? – pytam mężulka po obiedzie.

– Nie, jeszcze nie.

– Jesce mi nie dał dlugiej polcji – podchwytuje skwapliwie córka, wbijając wzrok w pudełko z ptasim mleczkiem spoczywające – jak to u nas – w nieosiągalnych rewirach szczytu lodówki.

Jedni nazywają to porcją, inni – DZIAŁKĄ:)

 


poetycko

 

Układam pasjansa na podłodze. Laurka obok pracuje twórczo.

– Co to tak szeleści? – pytam – Deszcz?

– Nie. Wiatl. – odpowiada córeczka – Wiatl sumi żeby spłosyć mój oblaz. – tłumaczy wiatrowe poczynania i przykleja kolorowe kuleczki z plasteliny na kartce.

 

Spłoszony obraz czmycha chyżo:)

 

Jak poetycko.

 

Inną razą:) słyszę jak czyta książkę, improwizując na bieżąco. Jest w tym dobra.

– I wznosili się niebiesko w gólę … – kończy zawieszając teatralnie głos.

Ile myśli od razu zbiega się do głowy, gdy się pomyśli o „niebieskim wznoszeniu się”.

 

Od tylu lat jestem matką, a wciąż tyle rzeczy w dzieciach mnie zaskakuje.

 

 

ps. Tak, święta tuż tuż, a u nas wiosna. Siedem stopni, deszczyk i świat pachnący „powietrzem” – jak mawia Laurka. Ale dom już pachnie jak trzeba: pomarańczą, buraczanym zakwasem, żywicą i światłem świecy.

 


 


bądźcie jak one

 

– Przyszła do mnie – opowiada moja mama półszeptem, opierając się o stół i oglądając na śmigającą wokół Laurkę – I tak poważnie ze mną rozmawia. Takie małe dziecko, a mówi jak dorosły i w końcu mówi do mnie: „Wiesz babciu, ja kiedyś pójdę do nieba”.

Tak po prostu.

Jak się mówi: „Pójdę do sklepu” albo „pójdę do kina”. Bez strachu, egzaltacji…

***           ***           ***

Przysiadłszy na piętkach wycina obrazki ze starych podręczników Nusi.

– Może już starczy tego wycinania? – proponuję spod sterty papierków, bo akurat leżę obok zapracowanej córki.

– Nie mamo, musę wam splawic psyjemność. Chcę wam splawic wielką psyjemność.- tłumaczy – Tlochę mnie bolą nogi od wycinania, ale musę.

Altruistka:)

 

Żyjemy pośród świętych „nauczycieli”. Czasami im się ulewa. Czasami wpadają w histerię. Czasami przytulają się do nas, całują nas i kochają. Zarówno wtedy, kiedy jest dobrze, jak i wtedy, kiedy jest źle, formują nasze serce, kształtują duszę i zachęcają nas do tego, byśmy inaczej, głębiej doświadczali Boga.

Gary Thomas „Święte rodzicielstwo”

 

 

zmiana zawodu

 

Czesze mnie i paple.

Przypina spinki, a każdą koronuje stęknięciem, bo dusi z całej siły. Zakłada opaskę jednym końcem prawie celując w oko i paple. Wytrzymuję wszystko, bo uwielbiam jak ktoś mi przekłada włosy, nawet gdy jest to na pograniczu ich wyrywania:)

– Mamo, chciałabyś być flyzjelem? – pyta.

– Chyba nie.

– Ale flyzjezy są fajni – przekonuje – Mają dużo zecy do pracy. – dodaje mało przekonujący argument i wciska kolejną spineczkę.

– Aaa – przypomina sobie najważniejsze – I nie musą codziennie wstawać.

– Nie muszą? – jestem zaskoczona – A co wtedy robią?

– Nic. Po plostu śpią i śpią i śpią cały dzień.

 

A, to odwołuję. Chcę być fryzjerem:)

 


wdzięczność i tęsknota

 

Laurka ma zwyczaj często i za wszystko dziękować. Nawet za to, za co dziękować nigdy by nam nie przyszło do głowy.

– Mamo, jakiego to jest kololu? – pyta.

– Niebieskiego.

– Dziękuję ci mamo, ze to jest niebieskie.

 

I wtedy nie wiem co powiedzieć, bo nie chcę przyjmować nienależnych mi hołdów:)

Ale dziękuję Ci jak moje dziecko, że świat jest pełen cynobrów, ochry, paryskiego błękitu i indyga. Dziękuję, choć z trudnością odróżniam te barwy, a wiele z nich jest niedostępne memu zmysłowi wzroku i pojmowaniu.

Że się tak wysiliłeś, by utkać każdy z wielu tysięcy liści na jednym tylko drzewie mojej działki, że zbudowałeś niepoliczalne przez nikogo kolumny lasów i podparłeś nimi nad ziemią czaszę nieba. A ja nie umiem wydziergać na szydełku aniołka na choinkę z białej nici i zawstydzają mnie miliardy gwiazdek śniegu sypiące się na moją głowę.

Za to, że przewyższasz mnie we wszystkim, a mimo to jestem dla Ciebie ważna. Mrówka z jej mrówczą historią, krótką jak igła świerku. Mrówka zagubiona we wszechświecie i wszechczasie.

Za obrębione perłowo serwety chmur, za myśli, których nie wyrażą żadne słowa w żadnym języku.

Za to, że wystaję tak mocno poza ramy swej cielesnej skóry i pragnę czegoś, czego tu nie znajdę. Ta tęsknota nie daje spać po nocach, podważa posady kolein, którymi toczy się moje „teraz”, rozsadza skały namacalnej materii.

– Tato, jakiego koloru jest tęsknota?

– Niebiańskiego.

– Dziękuję Ci, że jest niebiańska.