nawiasy dni i lat

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Ostatnio moje dni zamykam w dwie
klamry, dwa rytuały, które spinają każdą dobę.

Pierwszy poranny to chwila, gdy
zamykam się w Nusiowym pokoiku, który był kiedyś moim dziewczęcym pokojem.
Uchylam okno, niezależnie od aury za nim, wtykam nos w szczelinę i pozwalam
płucom napełnić się chłodnym powietrzem. Oczom pozwalam zawiesić wzrok na
drzewach w sadzie, na gołębiu szarym przycupniętym jak mała grudka na
chropowatej gałęzi jabłoni, wodzić za podobnym do błyskawicy lotem wróbli,
dystyngowanym spacerem wyfraczonych czarnych kawek. Potem siadam na córeczkowym
łóżeczku i czytam psalmy i Ewangelię na dany dzień. Oczywiście w tym czasie
wybuchają już w dalszej części domu odgłosy świadczące o panicznym poszukiwaniu
mamy vel żony:)

Ale – tak czy owak – jest to
chwila zupełnie dla mnie; czas, kiedy łapię oddech na cały nadchodzący dzień.
Chłód poranka obmywa moje senne jeszcze ciało, a Słowo przelewa się przez serce
cienką szemrzącą stróżką.

To trwa kilka minut, a potem
otwieram drzwi i wychodzę. Czasem drzwi same się uchylają cichutko za sprawą
małej rączki uczepionej do klamki z drugiej strony rzeczywistości:) Czasami? Może raczej "zwykle" niż "czasami".

Klamra jednak już powstała,
została otwarta.

 

Cała treść, jaka się w niej pojawi,
zależy od bardzo wielu rzeczy; jest zbyt bujna i nieprzewidywalna, by próbować
ją opisać inaczej jak w krótkich scenkach, które zwykle tu umieszczam.

A potem nadchodzi wieczór,
wszystko znów cichnie. Laurka po standardowym zestawie bajek wymyślonych przez
mamę, z których pierwsza musi być o Wiewiórku, druga – o Tygrysku, a trzecia –
o Żyrafie  (zawsze w tej samej kojącej
kolejności) przetacza się bliżej tatusia i usypia głaskana po pleckach. Dusio
przez chwilę jeszcze pali lampkę w swoim pokoju ( czyta lub myśli), o czym
świadczy ścieląca się na podłodze smuga światła. A potem wszystko gaśnie,
zamyka oczy, wyrównuje oddech.

Wszystko poza mną i choinką. 

Z głową na mojej ukochanej
poduszce z napisem „Merry Christmas”, patrzę na jej roziskrzoną, magiczną
postać, pochyloną nieco w kierunku nocy za balkonowymi drzwiami. Wszystko , co
w niej piękne, jest piękniejsze niż zwykle; wszystko co ciepłe, staje się
cieplejsze; blask lampek więdnący nieco w pełni dnia, teraz jest podobny
światłu gwiazd.

Wtedy, pod koniec dnia, moje serce podmywają fale wdzięczności.
Pomiędzy senne widziadła wplątują się ciche głosy:

Dziękuję za choinkę, za dzieci,

Dziękuję za męża, jego miłość,

Dziękuję za takie życie, za każdą
chwilę dzisiejszego dnia,

Dziękuję za ciepłą kołdrę i miękką
poduszkę,

Dziękuję za to, że dajesz ile
potrzebujemy,

Dziękuję za noc, za odpoczynek,
ale i za trud i smutki dziękuję,

Dziękuję, dziękuję, dziękuję…

Nie nazywam tego modlitwą, choć
pewnie nią jest.

Te głosy odprowadzają mnie na
drugi brzeg.

Pyk.

Nim zasnę, wyjmuję wtyczkę z
kontaktu. Choinka gaśnie.

 

Klamra zamknięta.

 

 

 

Klamry.

 

Niech Stary Rok odejdzie spięty
klamrą wdzięczności, a Nowy zacznie od głębokiego wdechu nadziei i zaufania.

 

Tego i nam i Wam kochani życzę:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

cioś fajnego

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Co robimy na Sylwestra? – pyta Miś rozciągnięty wygodnie na podłodze w
pobliżu choinki.

– Cioś FAJNEGO!!! – wykrzykuje z entuzjazmem najmłodsza latorośl zajęta
odrysowywaniem obrazków według szablonów, które dostała jako podarunek
pod-choinkowy.

Rut siedzi pomiędzy małym stolikiem okrytym obrusem w serduszka, a
kolorową jak arabskie baśnie choinką. Siedzi z plecami przy grzejniku i na
chwilę odchyla książkę od nosa żeby się uśmiechnąć do scenki rodzajowej,
rozpostartej na dywanie.

Rodzinność i ciepło kipi z każdego kąta.

Gdzieś w tle Nusia gra na keyboardzie zwariowane wariacje własnej
kompozycji, Dusio słucha zwiewnej jak mgła Eny’i, Ala i Kora toną tragicznie w
swoich lekturach i są już stracone dla świata zupełnie. Ciepło bijące od
grzejnika porusza bibułkowe ozdoby, mieniące się łańcuchy, sprawia, że
pierniczki wirując rozsiewają swój zapach zmieszany z wonią igliwia.

Za oknem ani krztyny śniegu, ale dach małej drewnianej szopki okryty
szydełkową serwetą wygląda jak przysypany girlandami białego puchu. Trzy
aniołki czuwają nad Małym i Mama wpatrzona weń oczami jak bławatki.

I jeszcze herbata gorąca z cytryną grzeje myśli, a ciepły sweter w kolorze
gorzkiej czekolady resztę bytu.

 

 

Nusia rysuje na podłodze.

– Już wiem, co zrobię na mamy urodziny. – dzieli się informacją spod
spływających na kartkę ciemnych fal włosów.

– Ja teś dam plezient dla ciebie. – słodzi Laurka wspinając się mamie na
kolana. Dała sobie  zrobić króciutkie
warkoczyki i wygląda z nimi jeszcze bardziej filuternie niż zwykle. Z kolan
rozgląda się po pokoju jak majtek z pokładu. Nagle w morzu przedmiotów
dostrzega coś wartego upolowania. Zeskakuje i łapie jednego z aniołków
strzegących stajenki, potem owija go prędziutko w szaro-srebrny papier ( ten
sam, z którego dzień wcześniej zrobiliśmy aniołkom giezełka) i podaje krasząc
podarunek czekoladowo wymazanym uśmiechem.

– To dla ciebie. – mówi. – Pleziencik. Na ulodziny.

– Będzieś zie mną śpiewać? – natychmiast dorzuca istotne dla sprawy
pytanie.

– Na urodzinach?

– Tak.

– Będę – zgadza się przyszła jubilatka – I będziemy tańczyć.

– Nie, tańcić nie. Tilko śpiewać.

Wszystko zaplanowane.

 

 

Zapach bigosu przenika aż do najdalszego pokoju, w którym Rut odpisuje na
maila od koleżanki Słowaczki. Nie sposób o tym nie wspomnieć w liście. Bigos
jest ze szlachetnym dodatkiem udźca sarniego i przywodzi na myśl czasy
sarmackie. Aż bulgocze szlachecka krew w żyłach:) Max- ornitolog przywiózł
sarninę na święta i cała familia po raz pierwszy w życiu skosztowała tego
specjału. Teraz – to co zostało – zmarnować się nie mogło i Miś z Rut wpadli na
pomysł końcoworocznego bigosu. Wszystkie resztki roku można w nim utopić,
wszystkie żale i kwaśne jak kapusta smutki, wspomnienia jak suszone grzyby.
Odgotować, odlać , doprawić winem jak krew czerwonym, wytrawnym – wprost
stworzonym dla wytrawnych graczy w grze zwanej życiem. Taki bigos to sama
metafora, czysta alegoria i poezja.

 

Dziś mija piętnasty rok ze złotą obrączką na palcu. Rocznica
wcześniejszego niż ten kwietniowy ślubu cywilnego. Do reszty wina Miś wsypuje
biały kryształ. Sypie się słodycz przez lejek do szmaragdowej butelki z napisem
Cabernet Sauvignon. Szlachetny szczep. Ksawery zawsze się z nich w takich
razach śmieje, że profanują królewski trunek. Może i tak, ale podobnie usiłują
każdy dzień wytrawny dosłodzić, więc to nawet nie kwestia smaku, ale znów
poezja.

 

Poezja to także siedzieć przy gorącej kozie na letnisku, słyszeć jak
strzelają płomienie w jej żeliwnym brzuszysku, grzać stopy i dłonie, a za oknem
mieć widok, którego nie powstydziłby się Rembrandt. W jednym momencie wszystko w
głowie płonie, huczą pomysły, którymi oboje z Misiem przerzucają się naprędce. Tu
trzeba zrobić to, a może uda się i tamto. Dzieci biegają po sadzie zaprzątnięte
swymi własnymi marzeniami.


 

Dlaczego dopiero na Sylwestra?

Od dziś niech życie będzie FAJNE!!!


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

szukanie pod choinką

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Ale mieliśmy dziś szczęście. –
wyznaje z kocim uśmiechem Nusia.

Klęczą z Lalą na kolanach pod
choinką i zadzierają głowy. Oczy świecą im się od lampek kolorowo.

– Jakie szczęście? – pytam.

– Spadł dziś różek piernika z
choinki i mogliśmy sobie zjeść.

 

Różek piernika. Kawałeczek. Wielka
radość. Wesoła nowina.


 

– I źnowu nie ma plezieńcików. –
uskarża się Lalunia. Z samego rana, jeszcze w pidżamce zagląda pod dolne
gałązki bożonarodzeniowego drzewka.

 

Oczekiwanie coraz bardziej
przenikliwe. Poszukiwanie darów coraz bardziej naglące.

 

A tymczasem…

 

Nie kawałek pierniczka, a…

 

 cały Bóg spadł z nieba i możemy go zjeść. Mamy
wielkie szczęście.

 

Nie podarunek owinięty w kolorowy
papier, a…

 

Syn Boży w pieluszkach, na sianku
cały dla nas.

 

           *                          *                       *

 

 

Wesołych świąt dla Was wszystkich.

 

Niech różek nieba oderwie się i spadnie w Wasze
życie, niech nasyci Wasze serca.

Niech najlepszy z podarunków
odmieni Wasze dni.

 

Oczekujmy Go po dziecięcemu, z
fantazją, szaleńczą tęsknotą, drżącymi rękoma rozpakujmy to, co daje Bóg. A daje wiele. Wszystko.

 


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

twardy dotyk drewna

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Tato, masz nowennę do Charbela?
– pyta półgłosem poważny syn.

– Mam. – odpowiada Miś i wraz z
Rut zaczynają szperać na parapecie między książkami.

– Tutaj. Z tyłu. – pokazuje tata
podsuwając Dusiowi książkę o świętym.

Syn bierze i wychodzi do swego
pokoju. Rodzice nic nie mówią, choć ich twarze wyrażają więcej niż słowa.

– Pewnie będzie się modlił o zdrowie
Laurki. – szepce Rut już w kuchni swe domniemanie.

                                        *                  *                      *

Bo, żeby tradycji stało się
zadość, dokładnie na tydzień przed wigilią, wirus zagościł w naszym domu.
Rotawirus, a wraz z nim niemiła wizja szpitala i kroplówek, bo malutka szybko
się odwadniała.

Na szczęście udało się.

Gdy pisałam niedawno, że jest
trudno, sądziłam, że osiągnęliśmy apogeum i będzie już tylko z górki. Nie było
i – choć wchodzimy już w czas bardzo przedświąteczny – wciąż nie jest.

Ogromny stres w pracy,
niekompetencja i ludzka głupota, zmartwienie chorobą córeczki, zbyt wiele spraw
na głowie i jeszcze halny, który ponoć gdzieś tam duje i jeszcze dojmujący brak
słońca. Czuję bardziej dotkliwie niż zwykle każdy słój drewna, z którego zrobiony jest mój krzyż.

Z trudnością zbieram się w całość,
reanimuję pogodne myśli, leczę się piosenkami SDM – u, kilkoma wersami z
książki Gruna zaklejam zadrapania na duszy, łapię oddech recytując psalmy, odławiam
drobne perełki z domowej codzienności.

Świat może kruszyć się na kawałki,
ważne, że Laurka zażyczyła już sobie sukienki z kogutkiem i tańczy na środku
pokoju. Mała, osłabiona chorobą istotka śmieje się i awanturuje jak dawniej.

Serce zaklinowane gdzieś w gardle,
na nowo wraca na swoje miejsce, gdy Dusio modli się za siostrzyczkę, a Ala swym
wibrującym altem śpiewa „Maleńką miłość”.

Nusia i Laucia na wniosek tej
drugiej postanowiły „pociastolinować” na taborecie.

– Ty potfola, a ja bułke ś maśłem.
– planuje Laurka, zagniatając żółtą masę. Uśmiecha mi się serce.

Siadam przy grzejniku, zamykam
oczy.

Czasem nagle smutniejesz, to
jakby dnia ubywa…
” – śpiewa mój ulubiony zespół.

 

Jutro stanie choinka w rogu
pokoju, wielobarwne ozdoby wysypią się z pudła, zapłoną nasze ulubione czerwone
lampki. Zapachnie żywicą i piernikami.

Znajdzie się tysiące powodów, by poczuć
się lepiej, wyplątać jak Guliwer z maleńkich sznureczków, które tłumią ruchy. Powoli
ustanie straszna gonitwa. Na chwilę, na dwie wszystko zastygnie i przez moment
znów zobaczę na horyzoncie tylko rzeczy najważniejsze z ważnych, najjaśniejsze
z jasnych, najprawdziwsze w    huczącym morzu
iluzji.

Jak Bóg w twardym żłobie.

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

mikroskopijne gesty

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

Ranek.

Stoję na środku pokoju gotowa
wyruszyć do pracy.

Choć, gdybym tylko mogła, to bym nie ruszała się nigdzie.
Poziom stresu ostatnio osiągnął takie wyżyny, że aż kręci mi się w głowie na
myśl, co się będzie działo za godzinę czy dwie. Stoję. Ciało mam jak wyciosane z
marmurowego bloku, a na szyi zaciska się metalowa obręcz. Zastanawiam się tylko
czy zejść dziś na zawał czy na wylew. Nawet w takich chwilach mam myśli
humorystyczne:)

 

Podchodzi mężulek i oplata mnie
ramionami, kładę mu głowę na ramieniu i oddycham płytko. Na głęboki oddech mam zbyt marmurowo ścięte ciało.

Nagle dolatuje z dołu świergotanie:

– Tata i mama się kochają.

Spoglądamy w dół.

Przy naszych nogach stoi Lalunia i
patrząc na nas przez okular lupy, wyraźnie widokiem się delektuje. W swoim
białym włochatym polarku wygląda jak kotek. Słodki szeroki uśmiech pod czarnymi paciorkami oczu.

Obręcz z kratni popuszcza uścisk.

– Chodź do nas.- mówimy i bierzemy
maluszka wysoko w nasze ramiona.

– I ciebie kochamy. – mówimy wtykając nosy w miękki polarek.

 

I już.

Nagle czuję odwagę, by zmierzyć
się z nadchodzącym dniem cokolwiek się zdarzy.

 

Przeczucie mnie nie myliło. Dzień był
bardzo trudny.

Ale mikroskopijne gesty tego
poranka dodały mi sił.

Gesty tak małe, że trzeba
wrażliwości lupy, by je dostrzec.

 

albo… wrażliwości dziecka.

Kto wie – może dzięki takim drobnym gestom miłości – wciąż żyjemy. Mimo ciosów, jakie co dzień nam zadaje życie.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

mimochodem

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

 

Zupełnie mimochodem, jakby od
niechcenia dom obrasta w miłe szczegóły.

Wieniec był kamieniem milowym, a
pierwszy biały puch za oknem poruszył lawinę znaczeń. Na półeczce – tej
drewnianej, grubej, z sękami – nagle rozdęły się dwie mandarynki najeżone
goździkami i zapachniało aż świat zawirował. Potem same się znalazły piękne
karki świąteczne i zupełnie nie wiedzieć kiedy, zawisły na sznurku pomiędzy
gałązkami tui, tworząc girlandę nad oknem kuchennym. Czerwona świeczka została
wetknięta w ozdobną butelkę i czuwa na parapecie kiwając przechodniom złotą
rączką płomienia.


Pieczenia pierniczków nie sposób już dłużej przekładać. Nagle
przeludniona kuchnia wypełniła się ciepłym zapachem korzeni zza mórz dalekich. Mężulek
wałkuje, małe kuchciki wykrawają i na blachach układają, a Rut z wielką
niebieską rękawicą czuwa nad piekarnikiem. Dziesięć minut i rumiane ciasteczka
z szelestem spadają na ściereczkę na stole. I znowu dziesięć minut. Kilkanaście
blach. Niby nic, a jednak pracy co niemiara. Zmrok zapada biały od śniegu, nim
wszystko będzie pomyte i do pierwotnej harmonii doprowadzone. Za tydzień
dekorujemy lukrem i posypkami.

Dwa płomienie na wieńcu.

Czas zakrada się bliżej żłóbka. 
W żłóbku Malutki gipsowy z obitym noskiem:)


Dom wypełnia się znaczeniami.

Znowu na  wszystkim lśni brokat. Śledź pływa w słoiku.
Pachnie kiszoną kapustą. Wszędzie nowe prezenty od Mikołaja. Lista z wigilijnymi daniami sporządzona. Przydział
prezentów pod-choinkowych z Korą ustalony. W torebce scenariusz jasełek 
z Herodem i Śmiercią i całą masą Aniołów. Choinka na działce namierzona.
Dzieci coraz częściej proszą: „Mamo, włącz kolędy.”

Zupełnie mimochodem stają się nam
święta.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

zwyczajna Niezwykła

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Kiedy myję patelnię z wczorajszej
jajecznicy myślę o Niej. Przecieram zlew, gotuję potrawkę z kurczaka. Dusio i
Ala obierają ziemniaki na obiad, Lala miesza śmietanę z mąką do sosu. Co z
tego, że niedziela. Codzienne obowiązki nie pytają jaki jest dzień tygodnia.

 Otwieram okno skrzące się od śniegu i rozszczepionego
nań blasku słońca, wypuszczam kuchenne aromaty na świąteczną ulicę, wciągam kilka
razy mroźne powietrze.

Myślę o Niej.

 Ile takich samych zwyczajnych drobiazgów co
dzień oplatało jej życie jak powój. Ile garnków, ile miseczek umytych, ile obiadów
ugotowanych, dziur zacerowanych, okruszków zmiecionych z podłogi, ile włosków
ugłaskanych na główce, łez małych otartych , kolanek opatrzonych, świergotania
codziennego z dzieckiem.

Widziałam ostatnio gdzieś w
gazecie zdjęcie obrazu. Ona bez aureoli zupełnie zwyczajnie rozwiesza małe i
duże ubrania na sznurze, On – malutki golasek siedzi na piasku obok i bawi się
dwoma patyczkami złożonymi w znak krzyża. To On jest na pierwszym planie.

 

Nie jestem maryjna.

 Najczęściej moje oczy wznoszę na Chrystusa. To
On jest epicentrum mojego życia. To Jego wołam w chwilach trudnych, to On
przychodzi mi pierwszy na myśl, to Jego imię błąka się na moich ustach, to w
Niego wpatruję się jak w gwiazdę. Mój przyjaciel, oblubieniec. Ona jest na
drugim planie. Tam, gdzie zawsze była i być chciała. Statystka stojąca w cieniu
Syna.

Ale dziś nie mogę nie myśleć o Niej.

O tym, że dzięki niej zwyczajne
rzeczy przestają być zwyczajne. Drobne gesty są istotne. Niezauważone przez
nikogo podniesienie zabawki, złożenie ubrania i położenie go w szafie,
przetarcie lustra podtrzymuje świat w posadach. 
Wszystko, co ludzkie staje się piękne i nie ma niczego, co trzeba by
wstydliwie skrywać i o czym nie warto pisać.

Pupcia niemowlaka, pampers zużyty,
nocniczek, jajecznica zastygła na patelni, garnek przypalony, nosek usmarkany,
krzyk porodu, okruchy pod stołem, bielizna męża wieszana na sznurze, zapachy
niesione wiatrem z okna, żar z piekarnika…

Myślę dziś o Niej i każda z sekund
zaczyna jaśnieć jak płomień świecy.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

świt jak dywanik

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Mamo, chodź.- nawołuje szeptem
Dusio.

Jest bardzo wczesny ranek. Na tyle
wczesny, że Lala śpi jak susełek zagrzebana w kołdrę, na tyle jednak późny, że
wszyscy inni już obudzeni szykują się do szkoły. Dusio i Rut tradycyjnie są w
peletonie, który umknął innym zawodnikom z oczu, czyli ubrani, wyszykowani,
umalowani, pomodleni i po śniadaniu.

– Mamo. – niecierpliwi sie syn,
gdy Rut guzdrze sie z zapinaniem na ręku zegarka.

– Już. –  mama melduje gotowość w chwilę potem.

– Zobacz jakie niebo. – wskazuje
na wschodnie okno tropiciel nieb wszelakich.

Jeden rzut oka – myśli
Rut – bo przecież czas, zegarek cyka.

Odchyla firankę, spogląda na niebo
utkane z barwnych pasów jak te dawne dywaniki babcine.

 

Piękne i niewiarygodne.
Wdzięczność budzi się na dnie myśli.

 

Potem oboje biegną dalej, bo
jeszcze zęby, coś tam dopakować, bluzę założyć, zegarek wszak tyka.

Ale po chwili Rut wraca. Niebo
wytropione przez syna nie daje się przepędzić z głowy, więc sięga po aparat i
uchyla okno.

Żeby żadna smuga z szyby nie
drasnęła piękna.

Najpierw jak co dzień jeden haust
powietrza w płuca. Mroźnego, pachnącego delikatnie dymem i ciastkami. Czasem ma
– nie wiadomo dlaczego – aromat migdałów. Święta muszą być już bardzo blisko.

 

Cyk-cyk.

 

To nie zegarek. Aparat w rękach
Rut zatrzymuje piękno i czas.

 

Świt ze wschodniego okna dnia 4
grudnia 2013 roku.



/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}