historie

 

Siedzę przy wypełnionym słońcem oknie. Ciepło przelewa się przez jego futryny i miło głaszcze po włosach. Obok cicho szumi radio. Nagle głos mówi coś, co podrywa mnie natychmiast jak podmuch wiatru podrywa do lotu białe płatki kwitnącej wiśni.

„Historie przytrafiają się tylko tym, którzy potrafią je opowiedzieć”

Tak!!! – coś krzyknęło mi w głowie.

Zauważyliście? Są takie słowa, które wypowiedziane obok nas, wyrywają nas z głębokiego letargu. Są tak blisko prawdy, że przeszywają jakby były strumieniem prądu. Te dziewięć słów sprawiło, że nie tylko wokół mnie, ale i w środku zrobiło się jasno.

Tak. Historie przydarzają się tylko tym, którzy nie przepuszczą ich biernie jak stalowe rury, ale nadadzą im blask, szelest, kierunek, barwy, siłę, znaczenie. Jak koryto rzeki.

Po to są słowa, po to ich pisanie, mozolne dzierganie, dobieranie kolorów, gramatury. Bez tego historii nie będzie. Będzie tylko sucha relacja. A to zupełnie coś innego niż opowieść.

Bo prawda o mnie to coś więcej niż można zapisać w nekrologu. Urodziła się, żyła, czworo dzieci, mąż, zmarła. Kilka dat, garść frazesów.

Jestem zbiorem opowieści. Grubą księgą.

Moja historia to na przykład to popołudnie, gdy po pracy wracam po raz pierwszy nie na ulicę, na której mieszkam, ale tam, gdzie powstaje mój nowy dom.

Parkuję auto przed otwartymi na oścież szklanymi drzwiami. One też są historią. Opowieścią o tym jak długo trzeba czekać na spełnienie marzenia, by to naprawdę było spełnienie, a nie tylko zaspokojenie zachcianki.

Wchodzę przez białe ramy do środka, odwieszam torebkę na wieszak, przebieram się i wychodzę na mały taras w plamę słońca, zapachu tawuły i popiskiwań biegających dzieci. Siadam. Jestem na swoim miejscu. Jak zgubiony puzzel Laurki, który nagle dopełnia całości układanki.

To jest historia o tym jak dom staje się domem na długo przedtem nim zawiesi się w nim firanki i ustawi kanapę. Zresztą, firanki już wiszą, a kanapa – choć na razie w wyobraźni – stoi na swoim miejscu.

To jest też opowieść o tym, że można być szczęśliwym, nie będąc bogatym i nie mając niczego na pierwsze zawołanie. Nawet na drugie:)

I o tym też, że nie znajdziemy szczęścia, goniąc je, bo ono przychodzi kiedy samo chce, w najmniej oczekiwanych, zwyczajnych chwilach. Czasem tak krótkich jak jedno poruszenie motylich skrzydeł. Pomiędzy jednym a drugim wdechem.

 

Gdybym tego nie opisała, to popołudnie zgasłoby tak szybko jak świeczka na torcie. Teraz, zanotowane w kilku zdaniach, będzie historią i będzie mnie krzepić. Kiedyś, w jakiś zimny, smutny wieczór.

Dlatego trzeba pisać, snuć opowieści. Dziergać ścieg za ściegiem, pruć jeśli nie wychodzi i znowu wracać. Pleść oczko za oczkiem kolejne historie. Bez nich żyjemy tylko w połowie. Zrozumiałam to po raz kolejny:)

 

ukryte źródło

 

Nie piszę, bo…

Nie wiem. Nie mam wytłumaczenia.

Życie zintensywniało jak zawsze o tej porze roku, przelewa się dobrymi ciepłymi falami przez burty dni, a te coraz dłuższe, jaśniejsze.

Wszystko jest dobrze. Nie martwcie się.

Tyle jest rzeczy do opowiedzenia, ale chwilami brakuje słów, by je opisywać. Czasu też brakuje, a może go zwyczajnie szkoda na układanie czarnych liter w zdania, metafory, sensy.

Pisanie jest trochę jak dzierganie swetra na drutach. Oczko za oczkiem kolejne rządki, z wzorem widocznym na pierwszy rzut oka, z wzorem ukrytym, albo zupełnie gładkie. Nie lubię robić na drutach. Nuży mnie to i denerwuje.

Lecz- choć pisanie jest takie podobne – układanie słów było dla mnie zawsze wciągające jak magia. Bo słowa – nie wiem czy tego kiedykolwiek doświadczyliście – potrafią ożywać. Nie są martwymi dźwiękami ani graficznymi znakami, ani nawet symbolami. Potrafią żyć. Wprost spod końcówki długopisu wyskakują jak dzikie konie, spod rysika ołówka prężą się jak rasowe koty, wstukiwane na klawiaturze szumią jak drzewa. Czasami.

Ostatnio zabrakło mi mocy, by nadawać im życie, a kreślenie martwych liter nuży mnie tak samo jak robienie swetrów.

Czasem tak się dzieje pod koniec zimy, albo nawet niekoniecznie zimy. Czasem po prostu nagle czujemy jakby wyschło w nas źródło.

Nie wyschło – to pewne. Jest dokładnie tak jak w pieśni Kaczmarskiego: „źródło wciąż bije”, tyle tylko, że czasami przepływa tak głęboko, że na powierzchni nie wyczuwamy jego pulsu. Pewnie po coś są te pustynie. One zawsze są po coś, ale to odkrywamy dopiero na ich skraju.

Kiedyś jednak skorupa pęknie i uwolniona woda znów zaśpiewa. Może niedługo.

 

miłość poza grób

 

Cały dzień zmartwychwstania, cały Wielki Tydzień jest tylko po to, żebyś się zakochał. (…) Tak jak zakochali się uczniowie uciekający z Jerozolimy. Zakochali się w swoim Panu i wtedy Go odnaleźli, wtedy uwierzyli. (…) /Jezus/ woła: „Przyjdź, bo chcę rozgrzać twoje serce, jestem chory z miłości do ciebie”.

 

ks. Krzysztof Porosło, Tajemnica śmierci i zmartwychwstania

 


Świątecznie

 

Nie ominął nas i tym razem. Krzyż Wielkiego Tygodnia. Jak co roku.

Ale chyba już się trochę przyzwyczailiśmy. Tak musi być, Bóg to dopuszcza po coś. On wie po co. Tym razem i tak był to ledwie symboliczny krzyżyk gorączki, rotawirusa, strachu, że nie wydobrzejemy na egzamin Dusia. I jak zawsze udało się.

Kiedy ma się świadomość, że doświadczenia są do Boga, to i jednocześnie pokój serca, że wszystko skończy się dobrze. Najlepiej jak to jest możliwe.

Dziś już jesteśmy na prostej. Pakujemy walizki, czekoladowego baranka i wyjeżdżamy do dziadków.


Wam wszystkim – bliskim i dalekim, znanym i anonimowym – życzymy błogosławionych świąt. Niech krople światła wypływające z pustego grobu Chrystusa obmyją wszystko, co jest jeszcze ciemnością w naszym życiu. Niech nowe, nieprzemijające życie wykiełkuje w nas wraz z budzącą się wiosną. Nadziei, miłości, pokoju i wiele dobra .

 

Rut z rodzinką:)