galaretkowo

– Lalciu, pomożesz tacie w warsztacie, bo Adaś się uczy?

– No – zwięźle odpowiada dziecię i wyłania się u szczytu schodów, po czym kulejąc schodzi w dół.

– Czekaj – wzdycha – Bo sobie nogę odsiedziałam – tlumaczy.

– Acha – wykrzykuję – Skutki uboczne siedzenia „na komórce”.

Uśmiecha się znacząco.

– Nogę mam teraz jak taki ŻELEK – ujawnia, śmiejąc się.

Grunt to trafne metafory. Jakże osładzają ludzki los:)

 

 

pojemność dni

 

Obiektywnie dni skracają się, słońce zapada w sen coraz rychlej, zmrok zakrada się coraz wcześniej.

Ale tak jest tylko obiektywnie, bo naprawdę nasze dni stają się coraz większe, obszerniejsze, pełniejsze, wyładowane pokaźnymi wydarzeniami i drobnymi wydarzonkami jak wagoniki węglem.

Dni jak tygodnie, godziny jak lata, sekundy nabrzmiale jak dojrzałe owoce…

Gdy wieczorami patrzę za siebie z kołyszącej się łodzi snu, trudno mi nawet wyliczyć wszystko, co zdarzyło się minionej doby. I nie wiem: czy to my za duże tempo sobie narzuciliśmy, czy też życie samo nas wkręciło?

A wolniej nie będzie. Bo oto rok szkolny przebudza się i poziewuje rozgłośnie.

*  *  *

Oto dopiero godzina 7 rano, a mój mąż już odbył daleką podróż na wizytę kontrolną i badania( drugi miesiąc już bierze chemię i czuje się bardzo dobrze), a ja siedzę i czekam na murarza, który dziś po tygodniowej przerwie wraca na naszą budowę.

Za chwilę wszystko się rozkręci, świat zawiruje… Tyle zaplanowane, a pomiędzy tym przewidzianym pojawi się jeszcze tyle niespodzianek i zdumiewających wolt akcji.

Gołębie modlą się monotonnie nad naszym zielonym dachem, spadają jabłka z drzewa, z łopotem lecą w dół olbrzymie jak skrzydła liście paulowni, kawa stygnie na dnie kubeczka…

Muszę łapać takie drobne krople rosy, ułamki czasu, ćwierć- oddechy, by dojść, gdzie dojść powinnam.

*  *  *

Gdzie to się wszystko mieści? W jednym malutkim dniu, który jest jak mrugnięcie Bożego oka?

Gdzie to się wszystko mieści? W jednym ludzkim życiu, tak krótkim jak istnienie kwiatu na polu i trawy na łące?

 

 

 

zatańczyć nocą

 

Tańczymy z mężem na patio, jedenasta w nocy. Ktoś daleko, za lasem puszcza głośno muzykę, „Dziewczyny z Albatrosa”,  jakiś festyn chyba, raz po raz strzelają sztuczne ognie.

Nad nami ognie prawdziwe – gwiazdy jasnymi oczami patrzą w nieodgadnioną noc. Przytulamy się i tańczymy parę chwil, kilka taktów, potem patrzymy w górę. Ćmy jak małe duchy latają nad nami, powietrze pachnie deszczem i floksami. Dzieci śpią lub nie- śpią na poddaszu.

Pokochać życie, przyjąć.

Nie tylko jasne dni, niepojęte noce też.

Oswoić ciemności, które nieodmiennie nas nawiedzają, jak noce nieodmiennie zapadają nad światem. Zatańczyć w mroku. Być wdzięcznym za wszystko.

 

 

krwawnik

 

Zapach ziela krwawnika jest gorzkawy. Wtulić weń twarz, słuchać pomruków nadchodzącej burzy inkrustowanych jak drobnymi cyrkoniami cyknięciami świerszczy. Rwać krwawnik na bukiety, zielenić sobie dłonie, niczego się już nie bać, nie przejmować, nie smucić. Wyrzucić z serca troski. Spać po nocach normalnie.

Ale…

ziele krwawnika pachnie gorzkawo. Skóra dłoni przesiąkła tym zapachem.

Zbiera się na deszcz, niebo ciemnieje, wyostrzają się barwy ziemi. Zieleń tak przejmująco zielona, biel pulsuje błękitem, żółć płonie jak pochodnia.

Pachnie ziele krwawnika…

Znaleźć upodobanie w tej goryczy, wyczuć w tej woni prawdę, że co leczy, musi zaboleć i że to normalne na ziemskich łąkach.

 

 

figowiec

 

Przekwitły już wiciokrzewy, przekwitły rumiany i goździki brodate. Ale oto cykoria podróżnik jak lapis lazuli otula każdą drożynę, pęcznieją wiechy hortensji, z zielonych przeobrażają się jakby w śmietankowe kopułki, a potem – wiem to – będą nabierały rumieńców.

Kwitną żółtymi plamami wrotycze, które jako dziecko nazywałam „jajecznicą”, moje ulubione świerzbnice – lawendowe pomponiki wystrzeliwują z trawy, malwy rozłożyły płatki cienkie jak motyle skrzydła. Jedna jest prawie czarna. Rudbekie, bratki, róże, pysznogłówki, pelargonie, lilie, funkie, maki, wierzbówki, dziewanny, dzikie marchwie ( które – jak mnie oświeciła Ala MM. – nazywają „koronkami św. Anny” ) …

Można tak wymieniać bez końca cały ten festiwal kwiatowy, który jeszcze spod śniegu rozpoczynają krokusy i śnieguliczki, a kończą, opierając się pierwszym mrozom – marcinki i chryzantemy.

Każdy kwiat ma swój czas, gdy ukazuje światu całe swe piękno, a potem je ofiarnie oddaje, by wydać owoc.

 

Lecz nasze ludzkie życie to nieustanne kwitnienie i plonowanie.

 

Pokazał to Jezus, gdy zdenerwował się na drzewo nie dające owocu, choć nie był to czas na figi. Myślę, że nie chodziło wtedy o drzewo. Ono było znakiem, ikoną, metaforą. Rośliny mają wszak swoje gody, kwitnienia, pory owocowania.

Drzewo tak może, człowiek – nie.

W tym szalonym, niezrozumiałym geście Jezusa, gdy przeklina drzewo, a ono usycha, jest ukryta kolejna przypowieść o nas ludziach.

Człowiek ma wciąż kwitnąć i wydawać owoc, bo czas mu przeznaczony to jego życie na ziemi. To jest jego pora godów.

I nie może się wymówić, że nie rozpoznał czasu nadejścia Oblubieńca.

*  *  *

Stary przekaz mówi, że tamten figowiec po zmartwychwstaniu Jezusa znowu ożył. Jakby zrozumiał? Jakby dostał drugą szansę?

Ile szans mnie już dano, z ilu skorzystałam, ile Jego przyjść przeoczyłam, ile owocu wydałam i czy niezbyt cierpki?