Obiektywnie dni skracają się, słońce zapada w sen coraz rychlej, zmrok zakrada się coraz wcześniej.
Ale tak jest tylko obiektywnie, bo naprawdę nasze dni stają się coraz większe, obszerniejsze, pełniejsze, wyładowane pokaźnymi wydarzeniami i drobnymi wydarzonkami jak wagoniki węglem.
Dni jak tygodnie, godziny jak lata, sekundy nabrzmiale jak dojrzałe owoce…
Gdy wieczorami patrzę za siebie z kołyszącej się łodzi snu, trudno mi nawet wyliczyć wszystko, co zdarzyło się minionej doby. I nie wiem: czy to my za duże tempo sobie narzuciliśmy, czy też życie samo nas wkręciło?

A wolniej nie będzie. Bo oto rok szkolny przebudza się i poziewuje rozgłośnie.
* * *
Oto dopiero godzina 7 rano, a mój mąż już odbył daleką podróż na wizytę kontrolną i badania( drugi miesiąc już bierze chemię i czuje się bardzo dobrze), a ja siedzę i czekam na murarza, który dziś po tygodniowej przerwie wraca na naszą budowę.
Za chwilę wszystko się rozkręci, świat zawiruje… Tyle zaplanowane, a pomiędzy tym przewidzianym pojawi się jeszcze tyle niespodzianek i zdumiewających wolt akcji.
Gołębie modlą się monotonnie nad naszym zielonym dachem, spadają jabłka z drzewa, z łopotem lecą w dół olbrzymie jak skrzydła liście paulowni, kawa stygnie na dnie kubeczka…

Muszę łapać takie drobne krople rosy, ułamki czasu, ćwierć- oddechy, by dojść, gdzie dojść powinnam.
* * *
Gdzie to się wszystko mieści? W jednym malutkim dniu, który jest jak mrugnięcie Bożego oka?
Gdzie to się wszystko mieści? W jednym ludzkim życiu, tak krótkim jak istnienie kwiatu na polu i trawy na łące?


Przebudza się, poziewuje… trochę jak ten niedźwiedź: jak się zbudzi, to nas zje. Nasza ósmoklasistka będzie miała w poniedziałek chemię o siódmej rano. Innego dnia o siódmej fizyka… i jeszcze trzeci dzień też z siódmą rano. Rozmiarów naszego entuzjazmu można się domyślać.
U nas najwcześniej lekcje są o 8:00.
7 godzina jest nieco nieludzka:)