utracone źdźbło

Patrzę na mrowisko pod moimi stopami.

Dopiero powstaje. Ruch jak to na wielkiej budowie. Niezliczona masa uwijających się robotników. Akcja rozbita na tysiące kadrów. Rusztowania, ekipy, pojedyncze zmagania, „obsuwy” w planie dnia.

Patrzę na to z perspektywy lotu ptaka. Wszystko mam jak na dłoni.
Nieporuszona nad wielkim poruszeniem. Jedna nad milionami.

Nagle dostrzegam w dużej odległości od mrowiska małą robotnicę. Ciągnie z mozołem źdźbło kilkadziesiąt razy dłuższe i cięższe od niej. Zmaga się z wertepami terenu, z niezliczonymi przeszkodami, na których ładunek się blokuje i zawiesza. Biega wtedy zdesperowana i próbuje uchwycić problem z drugiego końca. Gdy jednak pokona jedną przeszkodę, zaraz pojawia się kolejna, jeszcze większa i trudniejsza do przebrnięcia.
Patrzę na tę szamotaninę z coraz większym współczuciem. Oceniam wzrokiem odległość jaka dzieli mrówkę od celu. Jakieś 50 kilometrów w naszej ludzkiej skali.
W końcu, gdy drobina znów zawiesza się na kolejnym wzgórzu z trawy, nie wytrzymuję. Pochylam się i wyjmuję z jej łapek źdźbło. Przecież wiem doskonale gdzie jest cel. Przekładam ładunek na pagórek budowanego mrowiska. Dla mnie to pestka. Jeden ruch ręką.

Ale mrówka nagle zamiera.
Jest zdezorientowana i zbita z pantałyku. Zastyga w bezruchu i absolutnie na szczęśliwą nie wygląda. Wszak coś wymknęło się jej z rąk. I nie rozumie co się stało ani jaki tego sens.

Zdumiewa mnie ta reakcja.
– No tak – konstatuję po chwili – przecież ona nie wie, że cel został osiągnięty. Dla niej to tragedia – straciła coś cennego. Wyślizgnęło się z łapek. Bezpowrotnie.

Zastanawiam się nad moim życiem i nad wszystkimi tymi chwilami, gdy płakałam i byłam wstrząśnięta, bo coś mi się z rąk wyślizgnęło. I nie wiedziałam co dalej. Wszystkie te przestoje w życiu, kiedy droga zdawała się urywać za zakrętem. Tragedie utraconego czegoś, co wydawało się tak cenne i kluczowe w budowaniu przyszłości.
Nasz pierwszy dom, który zaczęliśmy kiedyś mozolnie budować gdzieś tam za górami za lasami… a potem wszystko z rąk wypadło. W jednej chwili. Ból jak piorun przeszył serce na wylot.
A Tyś wtedy po prostu miłosiernie wziął źdźbło w palce i je przeniósł… bo Ty jeden wiedziałeś gdzie jest cel mojej drogi.
Może w końcu powinnam zrozumieć, że chwile, gdy myślę, że wszystko stracone; są Twoim pochyleniem się z czułością nade mną.
I że, gdy droga znika to dlatego, że zbudowałeś mi lepszy szlak do miejsca, o którym nawet nie marzyłam.

Ps. Ten obrazek narysowany przez moją przyjaciółkę Anett lata temu to moje wyobrażenie nieba. Dać się ponieść tym Rękom. Ponad wszystkimi pagórkami i dolinami. Tam.

mój odcień normalności

Dzwoni mój brat Max.
– Słuchaj, zadam ci dziwne pytanie Rut – zagaja nieco nieśmiało brodacz, doktor ornitologii – czy ty miewasz zaniki pamięci?
– No, jak każdy. Ciągle coś zapominam – odpowiadam rozbawionym tonem.
Ale Max nie daje się tak szybko zbyć. Problem jest wszak poważny. Nasza Babcia Rubaszna była chora na Altzheimera. Jej matka również. Nasz tato zmarł na raka nim można było stwierdzić czy wadliwy gen odziedziczył.
– No bo wiesz – kontynuuje brat – Ja nie pamiętam co jadłem wczoraj na obiad – wyznaje wstydliwie.
– Max, ja też nie pamiętam! – śmieję się – Ba, nawet nie pamiętam czy jadłam dziś obiad.
– No… – przerywa mi tubalny głos w telefonie – Ale normalni ludzie to tak chyba z pięciu dni pamiętają co jedli – rzuca argument koronny.
Wtedy prycham śmiechem na dobre.

A kto powiedział, że jestem normalna?
Czy normalni ludzie szyją wielkanocną kurkę ze szmatek o północy? W łóżku?
Czy normalni ludzie stawiają starą maselnicę w łazience?
Namawiają własne małoletnie dziecko, by pozjeżdżać z górki śniegu zamiast zjeść śniadanie?
Czy normalni modlą się siedząc na starym korycie w środku sadu?
Czy normalni robią „świecę” na środku własnego trawnika?
Wywijają na środku salonu szalone hołubce?
Czy jedzą dżem porzeczkowy z chrzanem?
Czy normalni ludzie o wzroście 182 zgłaszają się do przedstawienia, by zagrać krasnoludka?
Czy rozmawiają z ojcem Badenim biorąc prysznic?
Biegają na bosaka w czasie deszczu?
Albo pielą ogródek z filiżanką kawy w jednej ręce?
Huśtają się na oponie uwieszonej na jabłoni?

Nie. Nie roszczę sobie praw do normalności:)

Zresztą, lubię powiedzonko, które przyniosła kiedyś z wykładu moja siostra Amelia:

„Wszyscy są nienormalni, tylko większość niezdiagnozowana”.

Wykład był na Akademii Medycznej:)

I tego się trzymam, naciągając czapkę krasnoludka na głowę i szykując portki w kratę:)

rozmowa ojca z synem

Siadam na starym betonowym korycie dawno temu pozostawionym w sadzie. Chyba jeszcze mój dziadek je tu umieścił, w czasach, gdy miał stado owiec. Było zdrojem dla nich.
Dziś wrośnięte w zieloną przestrzeń, z kępkami trawy i mchu na dnie jest moim przystankiem w codziennej wędrówce. Siadając na nim czuję się jak biblijne kobiety u studni lub – zależnie od nastroju – jak ta swarliwa baba – żona rybaka z bajki o złotej rybce.
Tak czy owak koryto jest symbolem zdroju, przy którym spotykam Boga albo morałem jak z bajki – „masz tyle, bądź wdzięczna, bo zostanie ci tylko stare koryto” 🙂

Ostatnio moi chłopcy krok po kroku porządkują nieokiełznaną dziką połać sadu. Cywilizują go raz z prawa raz z lewa. Warczą piły, szumi kosa, zgrzytają sekatory, chrzęści kosisko kosiarki i traktorka. Spoceni, podrapani i szczęśliwi, że nadają kształt tej ziemi.
Pewnego dnia doszli do betonowego koryta.
– To drzewo trzeba wyciąć – wskazał mój mąż na starą rosochatą śliwę zwieszającą się ramieniem nad niegdysiejszym zdrojem owiec – Ona i tak już nic nie rodzi.
– Nie, tato – powiedział syn – Zostawmy ją. To miejsce bez niej nie będzie już tak wyglądało.
I stareńkie bezpłodne drzewko ocalało.
Wtulam się w cień jego bezowocności z ufnością. Sama rodzę kwaśne owoce.

Czy takie rozmowy nie rozgrywają się czasami nad naszymi głowami?
O naszej tragicznej bezpłodności i o tym, że świat nie byłby jednak taki piękny beze mnie i bez ciebie. Rozmowy Ojca z Synem. Gospodarza z ogrodnikiem.

„Zostawmy ją. Ten świat bez niej nie będzie wyglądał tak samo.”

Jeszcze rok. Dwa. Pięć…

nie-produktywnie

Marnotrawienie czasu.

By poleżeć przy chorym dziecku, otulić je sobą, swoją obecnością, oddechem własnym owinąć szyję.
Zmarnotrawić czas na modlitwę.
Posłuchać śpiewu ptaków koło siódmej rano.
Poprzedzierać się jak traper przez las i przez gęstwinę własnych myśli.

Porozmawiać z kimś.
Popatrzeć w wygwieżdżone niebo. Zapatrzeć się w jeden wers psalmu. Przeliczyć w nim litery. Zamknąć oczy na słońcu.
Zauważyć biedronkę, która wylądowała na łańcuchu czerwonego różańca .
– Dokładasz mi Zdrowasiek ?– zapytać figlarnie, patrząc w błękit nad sobą.

Pogłaskać łuskę na gałązce sosny, zachwycić się różowymi kwiatami modrzewia, pracą mrówek mrówczą. Nakręcić film jak dzieci puszczają bańki . Zapatrzeć w ogień ogniska wczesnym wieczorem lutowym. Musnąć ustami białe pąki głogu, dotknąć liścia pokrzywy i poczuć pożar rozchodzący się po skórze.

Mieć na to czas.

Nie przyrośnie od tego PKB. Nie zaokrągli się bardziej sumka na koncie. Nikt nie przyzna premii, ani awansem nie doceni za układanie kwiatów w wazonie czy liczenie igieł na sośnie.
Tracić czas, by go odzyskać.
To proste dla dzieci i starców. Trudne i czasem a-wykonalne dla ludzi takich jak my.

Zowią nas czasem „osobnikami w wieku produkcyjnym”.

I może dlatego jesteśmy cieniem własnych marzeń.

przyjaciele

Czasem długo nie piszę.
Wybaczcie.
Toczę ze sobą walkę, dzień po dniu.
Bo słowo jest dla mnie jak magnes, ma nieodparty urok, pulsuje w moich żyłach, uwodzi, szepce nocami…
Ale życie jest tak bogate, bujne… Próbować opisać to wszystko z kunsztem, na jaki zasługuje, zakrawa na szaleństwo lub pychę… Lecz nie napisać nic, byłoby czarną niewdzięcznością.
Między tymi dwoma biegunami upływa czas, gdy nie piszę.

Dziś wygrało we mnie coś, co sprawiło, że włączyłam komputer i dotknęłam gładkiej czarnej czcionki.
Póki jeszcze żyje we mnie wspomnienie minionych kilku dni spędzonych z naszymi przyjaciółmi i całego tego dobra i bogactwa, jakie do nas przywieźli.
Nie można tych chwil nie ocalić od zapomnienia.

Dlatego to zawsze ja biegam z aparatem, robię fotki, kręcę krótkometrażowe filmiki akcji, zapisuję zdania, wrażenia, blaski oczu, cień na twarzy…
Utrwalam, utrwalam , utrwalam w małej ciemni mojego serca. To co ulotne i kruche próbuję przenieść w wieczność.
Niewykonalne zadanie dla małej mrówki, jaką jestem. A jednak…

Cud przyjaciół zasługuje na nawet niezdarną próbę uwiecznienia.

* * *
Patrzę na cienkie palce Ewy. Jak sprawnie kroją marchewkę. Równe pomarańczowe krążki toczą się po desce. Tak samo rytmicznie brzmi nasza ściszona rozmowa. Szykujemy razem zupę krem z warzyw wg św. Hildegardy – pożywną i – co istotne – zdrową. Bo Ewa jest ciężko chora. Może pamiętacie, gdy ponad 2 lata temu prosiłam Was o modlitwę za nią, gdy zdiagnozowano u niej złośliwego raka piersi. Te dwa ostatnie lata to czas walki, zwycięstw i porażek, dobrych i złych wieści, ostatnio gorszych.
Teraz przyjechała z rodziną, by wspólnie świętować z nami naszą 20 rocznicę ślubu.
Kroimy sobie razem te warzywa i rozmawiamy o życiu – o tym, jakie jest piękne i że tak niewiele wiemy o przyszłości. Jesteśmy takie podobne, że aż czasem się z tego śmiejemy, bo już dziwić się przestałyśmy analogiom naszych losów i ścieżek. Antiochia i Aleksandria – mówimy tylko o sobie i uśmiech rozjaśnia nam twarz. Dwa skrzydła wiatru.

* * *
Wczesnym rankiem słyszę szuranie w przedpokoju. Uchylam na chwilę oczy i widzę dziwną postać ubraną w kilka swetrów i kurtkę, z kapturem na głowie i uśmiechem przyklejonym do twarzy. Kocim, jak mój własny. Postać mozoli się wciskając buty. Z racji, że jest godzina 6:30 uznaję, że to po prostu mój kolejny szalony sen i zamykam oczy.
O godzinie 8:30, gdy wstaję na dobre z łóżka ( długi weekend ma swoje prawa:)okazuje się, że dziwna postać siedzi na tarasie i jest to Anett. Wyszła skoro świt żeby poprzechadzać się po moim zaczarowanym sadzie.
– Jeszcze nigdy nie słyszałam żeby tyle różnych rodzajów ptaków śpiewało naraz – opowiada rozpromieniona i pokazuje milion zdjęć, które zrobiła moim ukochanym roślinkom.

Nie wiem jak to możliwe, ale ona zna mnie najlepiej na świecie. Na prezent daje mi porcelanową lalkę z second handu, kilometr starej koronki ecru, kilka coś-jakby serwetek, własnoręcznie namalowany obrazek, sadzonkę jaśminu i materiałowe kwiatki, a moje serce na ten widok eksploduje z radości. Jest jak siostra bliźniaczka, której prawie nic nie trzeba tłumaczyć. Gdy coś strasznie boli, piszę jej po prostu: : „Wiesz”. A ona odpisuje: „Wiem”. I to jest najszczersza prawda.
Gdybym miała ją porównać do czegoś to chyba do wodospadu – wciąż w ruchu, perlistego, z mnóstwem kolorów odbijających się w rozbryzgiwanych kroplach wody, radosnego aż do samej głębi.
A przecież Anett zmaga się z depresją.

* * *
Mąż Ewy robi nam niespodziankę i przywozi organy. Dlatego musieli przyjechać tym większym autem:)
– Ksawery – piszę do przyjaciela księdza – możesz przyjechać?
I Ksawery przekłada wszystko, co może przełożyć w swoim napiętym grafiku i przyjeżdża z dala na jedną małą godzinkę z darem największym, jaki może dać. Z Eucharystią.
Nasz dom na chwilę zamienia się w kościół, rozbrzmiewa liturgicznym śpiewem, chóralną modlitwą i szmerem słów, które mają moc przemieniać chleb i wino. Wraz z mężem wypowiadamy słowa, które 20 lat temu połączyły nas w jedno i dały fundament naszemu domowi. Łzy płyną po policzku. Słodkie łzy radości. Wokół nas ci sami przyjaciele i gromadka naszych dzieci.
I gdy widzę Ciało podobne płatkowi kwiatu w dłoniach Ksawerego, przylatuje do mojej pamięci Andrjusza – przyjaciel, którego z nami nie ma, a który za dwa dni w dalekim Lwowie powie „tak” Bogu i pragnieniu, które tak długo i mozolnie kiełkowało w jego sercu.
Bo z przyjaciółmi jest tak, że nie muszą być na wyciągnięcie ręki, a i tak są blisko.

* * *
Pewnego dnia znika nam mąż Anett. Wszyscy tu co jakiś czas znikają, więc się nie niepokoimy. Rozmowy toczą się soczyście jak jabłka, rozlewa się aromat herbaty koperkowej, którą nałogowo już popijamy, śmiechy dzieci oglądające stare filmiki z ich udziałem unoszą się pod sufitem.
Nagle pojawia się Martin. Cały rozanielony jakby spotkał Anioła.
– Co robiłeś? Gdzie byłeś? – witają go nasze pytania.
– Rąbałem drzewo –mówi łamaną polszczyzną, bo jest rodowitym Czechem – Ale było fajnie!!!
– Byłeś w stodole tyle czasu?
– Tak – odpowiada tonem człowieka, który właśnie spełnił się życiowo.

* * *

Ella przywozi wyciskarkę. Gromadnie jedziemy na targ po owoce i warzywa, a potem siadamy przy wielkim dębowym stole (tym z rysą), który nagle wydaje się taki malutki i wszystko obieramy i kroimy na sok. Soku trzeba zrobić cały gar żeby obdzielić tak liczne towarzystwo.
Zresztą – wszystkiego jest dużo. Ilości wprost hurtowe.
I zupy, i herbaty, i krzeseł z taboretami, które zostały zniesione z całego domu, i mokrych ręczników, koców, kołder, posłań, zdjęć pstrykanych ukradkiem i tych pozowanych na tarasie, prezentów, kwiatów, śmiechu, gwaru rozmów, tupotu stóp na schodach, uścisków, wspomnień, cytatów z książek, muzyki, wypraw samotniczych i towarzyskich do sadu, lasu czy ogrodu, aut na podwórku…
Wszystkiego w bród.

A najwięcej zwykłego ludzkiego ciepła, które otulało serce nawet w chłodne wieczory i rozgrzewało bardziej niż gorąca zupa.
Kiedy o tym piszę, wiem, że to wciąż za mało i nie takimi słowami. Że musiałabym napisać grubą księgę żeby nie zgubić tych dni. Ale nic więcej nie potrafię. Jestem jak źdźbło słomy, które marzy, by spisać historię wszechświata.
I muszę się pogodzić z moją niemocą i z tym, że tak niewiele donoszę w moich dłoniach do końca drogi.

Czasem jednak nawiedza mnie dziwna myśl czy przeczucie, że ktoś to gdzieś wszystko spisuje w języku, który potrafi wyrazić wszystko. I że nic, nawet włos, który spadł przy czesaniu, nie będzie zapomniane.