z ramienia obrony

Rut zarządza wielkie wiosenne porządki szafowe. Właściciele poszczególnych półek mają się wypowiedzieć na temat:

co jest na nich za małe,

co zbyt zniszczone,

a w czym – z powodów czysto subiektywnych – chodzić nie zamierzają.

W tym celu wszystkie ubrania zostają wyrzucone i skrupulatnie przejrzane.

W trakcie operacji „Burza” mama-generał spostrzega – nie pierwszy raz zresztą – że niemal wszystkie koszulki Dusia ozdobione są tłustymi plamami z przodu, a dresy noszą ślady nacięć na kolanach. Ewidentne ślady!!! Nie trzeba być zbyt doświadczona mamą, by odróżnić przetarcia od przecięć, Rut więc pyta bez ogródek:

– Synu, dlaczego ty tniesz te spodnie?  (koszulki na razie pomińmy milczeniem)

Dusio stanowczo zaprzecza, choć z minką mocno zmieszaną.

Całą scenę obserwuje Nusia. Spogląda na marsową twarz mamy i na mieniące się oblicze oskarżonego.

– Nie mówmy tak! – wkracza do akcji  z ramienia obrony – przecież nie wiemy co się z tym dzieje!

Świetna mowa, pani mecenas.

Co z tego, że stwierdzono ślady zbrodni? Co z tego, że są jej dowody? Cóż z wyników ekspertzy sądowej jednoznacznie stwierdzających, że „nacięcia” skoro … ewidentnie brakuje sprawcy czynu? 🙂


Swoją drogą, kto ją tak nauczył roztrząsać sumienie?

Ja? 🙂


wisienka

 

– Mamo, przyjdziesz dziś do mnie? – pyta na ucho Ala.

– Tak, ale Dusio zarezerwował sobie pierwszy. – odpowiadam

– Kiedy?

– Przed chwilą.

Pierworodna ma nieszczęśliwą minę.

– Będziesz druga, albo trzecia – tłumaczę – bo jak Nusia zechce to ona musi być pierwsza.

– To nic jej nie mów, to nie zechce – konspiracyjnie znów na ucho:)

Sezon pielgrzymkowy uważa się za otwarty.

Co wieczór Rut wędruje od jednego do drugiego łóżka, by pobyć choć chwilę sam na sam z każdym i porozmawiać o rzeczach tajemnych, jedynych i niepowtarzalnych. Zwyczaj wprowadził Dusio, a dziewczynki szybko spostrzegły, że takie rozmówki przed snem są jak apetyczna wisienka wieńcząca torcik każdego dnia. Wisienki wczesną wiosną są nie do pogardzenia, a tym bardziej takie o smaku ciszy, słów szeptanych wprost do serca, chichotu tłumionego w poduszkę, bliskości, wyłączności.

Bo każde dziecko chce mieć rodziców choć odrobinkę na wyłączność.

Czasem tylko tata mruczy pod nosem: „to moja żona”, bo i tatusiowie chcieliby czasem zjeść wisienkę:)


odwet

 

– Złapmy koguta na działce – proponuje oblizując się Nusia

– Po co?

– Bo chcę taki pasztecik jak dziadek robi.

Dziadek to ten drugi dziadek. Ziemski, odległy o prawie 200 km. I rzeczywiście, w odróżnieniu od babci, dziadek świetnie gotuje. Tyle, że nie soli, bo „sól to biała śmierć”. Cukier zresztą też:)

– Ale to nie nasz kogut – przypomina mama w myślach dodając: „aczkolwiek by mu się należało w pasztecie zrobić karierę”.

– Ale po NASZEJ działce chodzi – niewzruszenie córeczka.

Chodzi, chodzi.

Przez siatkę przelatuje wraz ze swoim haremem i nasiona mi wygrzebuje.

Chyba go jednak złapiemy. Należy nam się drobna rekompensata za poniesione szkody:)

cuda

„Gdzie nie zdarzają się cuda,

tam nie ma ludzi szczęśliwych”.

Fryderyk Schiller

Ale gdzie nie zdarzają się cuda Fryderyku?

Stąpamy po cudach.

 

 

 

Cudem oddychamy.

 

 

Nasze ręce i oczy dotykają cudów.

 

 

 

 

Cuda napełniają nasze uszy.

Cuda mieszkają z nami pod jednym dachem.

 

 

Cudem jesteśmy sami.


 

 

 

 

Dlaczego więc czasami tacy jesteśmy nieszczęśliwi?


Niewidomi, głusi, zamknięci na trzy spusty szlochamy w swej mrocznej celi bez okien i z klamką od wewnątrz ?

Dlaczego?

 


Indiana Jones na tropie… harmonii

 

Faux pas ostatnio popełniliśmy na umówioną wizytę przychodząc, gdy nasza koleżanka „była w lesie” ze sprzątaniem. No, prawie w lesie. Las zaczyna się jakieś 200 metrów od jej domu:)

Dom jest świeżo postawiony, nowiutki.  Lśni, pachnie, błyszczy i zachwyca.

A tu niespodzianie…

– Taki u mnie bałagan – mówi  Iza-bella z rumieńcem wstydu na twarzy i ukradkiem wyciera trzy okruszki z kuchennego blatu.

– Chcesz zobaczyć bałagan ? – przyjedź do nas!!! – roześmiał się Miś.

Iza-bella nie ma dzieci, kotka jedynie i to bardzo ułożonego ( głównie na słonecznym parapecie), zielonego więc pojęcia mieć nie może Iza-bella o bałaganie.

A my?

No cóż.

Zaczynam zastanawiać się nad kupnem maczety co by łatwiej i szybciej torować sobie drogę przez dwa dziecięce pokoje kiedy usiłuję dotrzeć do komputera. Wyprawa taka jest niemal tak samo niebezpieczna jak wędrówka Indiany Jonesa przez dżunglę.

Co z tego, że nie ma jadowitych węży? – są za to metalowe części, śrubki oraz igły rozsypane po podłodze, które  w kontakcie ze stopą nieuzbrojoną w porządne obuwie traperskie dają efekt zaskakująco podobny do ukąszenia żmii.

Co z tego, że w krzakach nie czają się tygrysy, skoro znienacka na głowę może runąć sterta książek z półki?

A co do ogłuszających dźwięków pierwotnej puszczy, nasze dziatki ( szczególnie w stanie wykopania toporków wojennych) spokojnie mogą stawać w szranki z odgłosami nawet kilku dżungli.

Pewnie, że dyscyplinujemy. Pewnie, że zaganiamy. Pewnie, że kontrolujemy sytuację tak, by nas nie przerosła ( głównie chodzi o górę śmieci:) Pewnie, że regularnie musztrujemy:

– Zaściel łóżko!

– Sprzątnij na stole!

– Co to jest pod  łóżkiem?!

– Natychmiast ma to zniknąć!

– Ubraaania!

– Kto tu rozlał wodę?!

– Ogryzek? Czy uważacie, że ogryzek to ozdobna figurka na biurko?

– Dlaczego tu są rozsypane kredki?

ale – nieodmiennie od dłuższego już czasu – hymn Krainy Naszych Dzieci brzmi tak:

Przewróciło się, niech leży – cały luksus polega na tym,
że nie muszę go podnosić, będę się potykał czasem,
będę się czasem potykał, ale nie muszę sprzątać.

Zapuściłem się – to zdrowo, coraz wyżej piętrzą się graty,
kiedyś wszystko poukładam, teraz się położę na tym –
to mi się wreszcie należy, więc się położę na tym.

Coś wylało się – nie szkodzi, zanim stęchnie to długo jeszcze,
ja w tym czasie trochę pośpię, tym bezruchem się napieszczę,
napieszczę się tym bezruchem – potem otworzę okna.

W kątach miejsce dla odpadków, bo w te kąty nikt nie zagląda
łatwiej tak i całkiem znośnie, może czasem coś wyrośnie
może ktoś zwróci uwagę, ale kiedyś się wezmę.

zapuściłem się – to zdrowo, cały luksus polega na tym
łatwiej tak i całkiem słusznie, może czasem coś wybuchnie
będę się czasem potykał, ale kiedyś się wezmę.

Elektyczne gitary:) Uwielbiam:)

Na pociechę przeczytałam ostatnio , iż stwierdzono – na podstawie długoletnich badań – że z dzieci bałaganiarskich wyrastają ludzie bardzo twórczy i z wielką inwencją i polotem. Wierzę, że ten polot nie będzie dotyczył wyłącznie składowana śmieci:)

Ale – jak wyczytałam w równie krzepiącej lekturze – nie można przypinać ludziom etykietek.

Więc muszę się poprawić i stwierdzić, że… nasze dzieci nie są bałaganiarzami permanentnymi. Nie zawsze i nie wszędzie.

Są sfery i rewiry ich działalności, gdzie panuje idealny wręcz porządek.

Ład i harmonia jest na półkach, na których urządzili domki dla lalek. Jedna półka – kuchnia lśni czystością, druga półka – salon aż dech zapiera, trzecia – wypucowana łazienka, czwarta – sypialnia z idealnie posłanym łożem, w przedpokoju buciki lalek ustawione od linijki:) Podobnie rzecz ma się z restauracją przemyślnie stworzoną z pudełek i kartonów. Restauracja stoi w kącie pokoju i pięknym szyldem zachęca schludnie ubrane lalki, by wstąpiły choć na moment do wnętrz o wykwintnym wystroju i nieposzlakowanej czystości. A na parapecie – jeszcze jedna oaza pedantyzmu – miasteczko z klocków lego, gdzie prym wiodą kąty proste i linie równoległe. Także domek na drzewie został wyzamiatany, odkurzony i wypucowany u samego zarania wiosny. Piaskownica wygrabiona i podzielona na poletka, domki odbudowane, ogrodzenia z patyków posztukowane…

więc

kiedy Indiana Jones przedziera się przez niebezpieczne mokradła ( ktoś wylał płyn do robienia baniek ), toruje sobie drogę wśród gąszczu niebezpieczeństw ( ktoś szył i zostawił wszystko na progu), walczy z przeciwnościami losu ( taborety i stołki), ogłuszany co krok przez wycie dzikich plemion ( są na wojennej ścieżce) …

… spogląda od czasu do czasu na „oazy czystości”  i marzy, że kiedyś reszta ziemi przestanie być „bezładem i pustkowiem” z Księgi Rodzaju:)

 

A harmonia?

Jest. A jakże. Leży na strychu.

Dziadek na niej grał jako małe pacholę 🙂

 

różnica

– A jakby ten, ten… – Nusia zacina się, bo gdzieś podziało się nowe słówko.

– Goblin? – mamusia sufler zawsze w pogotowiu

– Tak – potwierdza maluszek – A jakby ten goblin… – podejmuje tekst – TUTAJ przyszedł???

– Goblinów nie ma naprawdę – uspokaja tatuś

– Tak? Tylko w bajkach??? – upewnia się córeczka

– Tylko w bajkach.

– I potwory też?

– Tak.

– Aaaaa!!! – woła głosem wielkim niczym ślepiec, który cudem odzyskał wzrok – To już się nie boję.

Po chwili:

– Tylko siku mi się chce, a CIEMNOŚCI się boję. – reflektuje się ślepiec.

No tak, potwory są tylko w bajkach.

O ciemności tego powiedzieć się nie da:)

 


 

 

smaczki

 

Pierwszy dzień wiosny.

Bogaty, zdrowy, radosny, hojny, pracowity.

Rutka z Nusią gotują kopytka. Całą dymiącą misę obficie polaną smażoną cebulką. Pachnie apetycznie, słodko.

Nusia kroi nożykiem stołowym zgrabne rombiki, potem przekłada na namączone tace. Rutka króluje z chochlą – dziurawką przy parującym garnku. Z drugiej ręki zwisa jak obwarzanek pulchny bobas. Bobas ma gołe nóżki i z namaszczeniem smakuje swoje własne piąstki. Kiedy mama musi mieć dwie kończyny górne do dyspozycji, odkłada słodkiego bobaska na leżaczek, a ten gaworzy śpiewnie przeciągając głoski. Już się spostrzegł -jak się zdaje- na czym polega specyficzny regionalny „zaśpiew”.

– O tuuu. O taaam. – śmieją się z nas śląskie Mamuty.

– Hallo – odpowiadamy im imitując twardą mowę górników przodkowych.

Ale, ale…

Pierwszy dzień wiosny przecież.

Dymi ta micha z kopytami, które co poniektóre wyszły prawie jak końskie. Takie duże.

No, ale co chcieć – prawie debiut Nusi.

– Na waszą locznicę chcę coś ugotować całkiem sama – zastrzega nadziewając kopytko na widelec – Daj mi książkę kucharską, to wybiorę co.

I wybieramy. Sałatkę owocową z ananasem. Lekka, słodka, pyszna i bez użycia ognia. W sam raz coś dla ludzi pierwotnych.

Teraz czekamy na tatkę, który lada moment wróci z pracy. Aż nam się nóżki rwą do spaceru. No i po drodze biblioteka. Czas załadować torbę płócienną z ekologicznym wyznaniem: „Chronimy przyrodę” i patriotycznie wydrukowanym herbem miasteczka. Piętnaście książek. Jest co nosić. Czytać też jest co i przeczytaliśmy wzdłuż i wszerz po kilka razy.

Czekamy, czekamy, a czas nam się już dłuży. Jeszcze 45 minut, jeszcze pół godziny… Słoneczko ciągnie za nosy jasnymi promieniami, a bobas coś się robi nie w sosie i układa do snu przy cysiu. Więc szybko zwijamy żagle i wychodzimy. Operacja jest zawiła pod względem logistycznym, bo bobas mocno już nie-sosikowy, Nusia nie umie butów cisnąć, a i o sobie Rutka „zabyć” nie może. Za długo żyje już na świecie, by wierzyć święcie sielskim widoczkom z okna. Szczególnie wiosną są one mocno łudzące.

W końcu kompania wytacza się na poligon, w tym jeden mały rezerwista – wprost do wózeczka.

Krążymy uliczkami w pobliżu domu. Pięknie. Skowronek śpiewa, pączki rozpękają na drzewach, wiaterek figluje.

– O, zobacz ile kwiatków – zachwyca się Rut przebiśniegami.

– Dzwonią!!! – wykrzykuje córcia usłyszawszy delikatny dźwięk.

– Nie, to nie one – mama pokazuje psa obok, który potrząsnął obrożą.

Na horyzoncie pojawia się tata. Pruje czerwonym autkiem, macha ręką zza szyby i wysiada zadowolony w rozpiętej – jak to tatuś – kurtce.

– Nie, nie, obiadu nie chcę – zarzeka się i biegnie po ekologiczno-patriotyczną torbę .

– Wiesz, Nusia dziś sama robiła kopytka – chwali Rutka, gdy pochód wyrusza w kierunku biblioteki

– Domyśliłem się. Takie pyszne. – podlizuje się tata.

– A jednak jadłeś?

– Złapałem kilka w biegu. Nie mogłem się oprzeć.

– Liczymy kotki – przerywa rodzicielską konwersację córeczka.

Dziś tylko pięć. Pewnie reszta poszła na wagary. Wagarowicze snują się wszędzie. Całe czeredy popiskujących dziewcząt, podszczypujących młodzianów, biegającej dzieciarni.

Po co mężulek był dziś w szkole?

O, moja dawna klasa.

– Na wagary idziecie? – pytam.

– Nie, do pizzerii. – śmieją się.

Za nimi pani wychowawczyni drepcze.

Wagary kontrolowane:)

A my?

Wymieniamy książki i kilka zdań ( wysokość przyszłej emerytury) z panią w bibliotece. W drodze powrotnej jeszcze zaglądamy do apteki, bo trzeba zatankować trochę witamin w ten wiosenny przesileniowy czas. Tankujemy.

Wracamy. Wraca też reszta dziatwy. Kopytka już nie dymią, ale znikają sukcesywnie wraz z cebulką. No i  wszyscy po kopytkach nabierają ochoty by pobrykać na działce.

Kiedy jedziemy, cienie przydrożnych drzew łopoczą jak skrzydełka motyli na uśpionej twarzyczce bobaska. Cienie. Już tak dawno ich nie było. Bo kiedy brak słońca, nie ma też cieni.

A  na wsi, choć pusto jeszcze i z dominantą szarości i beżów to przecież najlepiej na świecie. Kiedy idę w sad z wózeczkiem, przewijam sobie film wstecz. Tutaj, dokładnie gdzie teraz stoi ta ławeczka, siedziałam rok temu na poduszce z mchu i myślałam… O czym? O ciszy. Tak, o ciszy. Gdzieś nawet zapisałam tę myśl. Bo cisza tu jest nieziemska. Idąc tą drogą, zanurzasz się w niej powoli. Najpierw brodzisz tylko, potem masz ją po kolana, po pas, aż w końcu… zanurzasz się cały. I cisza ogarnia cię od zewnątrz i przesiąka do wnętrza. Przez oczy, uszy, usta, pory skóry.

A cisza to nie brak dźwięków. Skowronek zaśmiał się gdzieś pod słońcem, wiatr szumi, dzikie gołębie rajcują zachrypniętymi głosami, dzieci nawołują się, biegnąc na górkę…

Cisza to …

Nie znam słowa by ją określić. Nie pierwszego mi brakuje słowa i nie ostatniego.

Są rzeczy niewypowiedziane.

Jak miłość na przykład?

Tak, jak miłość.

W ramie z pni brzóz pojawia się postać męża. Idzie prężnym krokiem, zataczając wzrokiem dobrego gospodarza. Przystaje, zadeptuje kopiec kreta, który zaofiarował się – jak co roku -zaorać nam trawniki. Kiedy to widzimy, cisną nam się na usta różne niemiłe słowa pod adresem zacnego Pana Kreta. A stworzenie jest ponoć wielce pożyteczne. Co z tego, że zaorze tam, gdzie nie planujemy siejby? Grunt, że pędraków w ziemi nie będzie:)

Dzieci biegają jak spuszczone ze smyczy, kopią piłkę, wsiadły na rowery, skaczą po kamieniach skalniaka. Ja odgarniam zaspy suchych liści w poszukiwaniu moich botanicznych tulipanów i krokusów. W mieście krokusy już prawie przekwitły. Tutaj wegetacja jest wolniejsza. Trzeba mieć bystry wzrok, by dostrzec jak wybijają się zielone dzióbki na powierzchnię. Ale bazie już rozsiadły się na drzewie. Stado małych puszystych kotków widać  z daleka. I prawdziwy kotek się pojawił. Nasza Nefretete o urodzie egipskiej królowej. Biała koteczka, wyrzucona przez kogoś na jesieni do lasu, przeżyła srogą zimę u sąsiadów. Dzieci się cieszą, że chociaż ona. Tygrysia – drugiego kota pół-persa jak dotąd nikt nie widział. Ale Tygryś był powsinogą i ryzykantem. Aż strach puszczać wodze wyobraźni na temat jego przygód. A tak go Dusio przestrzegał: „ Nie chodź Tygrysiu do lasu.”:) Ale Tygryś niesforny jak Czerwony Kapturek poszedł i pewnie z wilkiem rozmawiał.

Wracamy do domu. Chłód zaczyna dawać się we znaki. Jedziemy wioząc naręcze bazi i płuca pełne tlenu.

– A może byśmy zrobili wiosenną kolację – proponuję.

Jajka gotowane i sałatka z sałaty, rzodkiewki, kukurydzy i ananasa. Wiosenna awanturka. Samo zdrowie i witaminy.

No i oranżada czerwona pełna konserwantów i sztucznych barwników. W przyrodzie musi być równowaga:)

Bobasek śpi już po kąpieli. Rut kolebie go w leżaczku. Bazie stoją w dzbanku na stole. Szare kotki zasypiają na gałązkach.  Wszyscy pałaszują kolację aż się uszy trzęsą.

Ale pyszne!!!

Smakowałeś nam pierwszy dniu wiosny. Oj, smakowałeś.

Prosimy o jeszcze.

przeprowadzka 7

A więc… wiosenna przeprowadzka:)

Jesteśmy w nowym domu.

I jak Wam się podoba?


Pamiętacie, starzy przyjaciele jak pisałam kiedyś o garncu – legendzie, który odkopaliśmy na naszej działce. Od lat wszyscy go szukali uwiedzeni obietnicą złotych monet. A my znaleźliśmy go. Stary, metalowy, przerdzewiały i… pusty:)

Mamy go do dziś. Latem kwitną w nim kwiaty.

A teraz…


 

 

I – choć nie mamy złotych monet – czujemy się bogaci.

Dlaczego?

Już od dawna znacie odpowiedź na to pytanie.