smaczki

 

Pierwszy dzień wiosny.

Bogaty, zdrowy, radosny, hojny, pracowity.

Rutka z Nusią gotują kopytka. Całą dymiącą misę obficie polaną smażoną cebulką. Pachnie apetycznie, słodko.

Nusia kroi nożykiem stołowym zgrabne rombiki, potem przekłada na namączone tace. Rutka króluje z chochlą – dziurawką przy parującym garnku. Z drugiej ręki zwisa jak obwarzanek pulchny bobas. Bobas ma gołe nóżki i z namaszczeniem smakuje swoje własne piąstki. Kiedy mama musi mieć dwie kończyny górne do dyspozycji, odkłada słodkiego bobaska na leżaczek, a ten gaworzy śpiewnie przeciągając głoski. Już się spostrzegł -jak się zdaje- na czym polega specyficzny regionalny „zaśpiew”.

– O tuuu. O taaam. – śmieją się z nas śląskie Mamuty.

– Hallo – odpowiadamy im imitując twardą mowę górników przodkowych.

Ale, ale…

Pierwszy dzień wiosny przecież.

Dymi ta micha z kopytami, które co poniektóre wyszły prawie jak końskie. Takie duże.

No, ale co chcieć – prawie debiut Nusi.

– Na waszą locznicę chcę coś ugotować całkiem sama – zastrzega nadziewając kopytko na widelec – Daj mi książkę kucharską, to wybiorę co.

I wybieramy. Sałatkę owocową z ananasem. Lekka, słodka, pyszna i bez użycia ognia. W sam raz coś dla ludzi pierwotnych.

Teraz czekamy na tatkę, który lada moment wróci z pracy. Aż nam się nóżki rwą do spaceru. No i po drodze biblioteka. Czas załadować torbę płócienną z ekologicznym wyznaniem: „Chronimy przyrodę” i patriotycznie wydrukowanym herbem miasteczka. Piętnaście książek. Jest co nosić. Czytać też jest co i przeczytaliśmy wzdłuż i wszerz po kilka razy.

Czekamy, czekamy, a czas nam się już dłuży. Jeszcze 45 minut, jeszcze pół godziny… Słoneczko ciągnie za nosy jasnymi promieniami, a bobas coś się robi nie w sosie i układa do snu przy cysiu. Więc szybko zwijamy żagle i wychodzimy. Operacja jest zawiła pod względem logistycznym, bo bobas mocno już nie-sosikowy, Nusia nie umie butów cisnąć, a i o sobie Rutka „zabyć” nie może. Za długo żyje już na świecie, by wierzyć święcie sielskim widoczkom z okna. Szczególnie wiosną są one mocno łudzące.

W końcu kompania wytacza się na poligon, w tym jeden mały rezerwista – wprost do wózeczka.

Krążymy uliczkami w pobliżu domu. Pięknie. Skowronek śpiewa, pączki rozpękają na drzewach, wiaterek figluje.

– O, zobacz ile kwiatków – zachwyca się Rut przebiśniegami.

– Dzwonią!!! – wykrzykuje córcia usłyszawszy delikatny dźwięk.

– Nie, to nie one – mama pokazuje psa obok, który potrząsnął obrożą.

Na horyzoncie pojawia się tata. Pruje czerwonym autkiem, macha ręką zza szyby i wysiada zadowolony w rozpiętej – jak to tatuś – kurtce.

– Nie, nie, obiadu nie chcę – zarzeka się i biegnie po ekologiczno-patriotyczną torbę .

– Wiesz, Nusia dziś sama robiła kopytka – chwali Rutka, gdy pochód wyrusza w kierunku biblioteki

– Domyśliłem się. Takie pyszne. – podlizuje się tata.

– A jednak jadłeś?

– Złapałem kilka w biegu. Nie mogłem się oprzeć.

– Liczymy kotki – przerywa rodzicielską konwersację córeczka.

Dziś tylko pięć. Pewnie reszta poszła na wagary. Wagarowicze snują się wszędzie. Całe czeredy popiskujących dziewcząt, podszczypujących młodzianów, biegającej dzieciarni.

Po co mężulek był dziś w szkole?

O, moja dawna klasa.

– Na wagary idziecie? – pytam.

– Nie, do pizzerii. – śmieją się.

Za nimi pani wychowawczyni drepcze.

Wagary kontrolowane:)

A my?

Wymieniamy książki i kilka zdań ( wysokość przyszłej emerytury) z panią w bibliotece. W drodze powrotnej jeszcze zaglądamy do apteki, bo trzeba zatankować trochę witamin w ten wiosenny przesileniowy czas. Tankujemy.

Wracamy. Wraca też reszta dziatwy. Kopytka już nie dymią, ale znikają sukcesywnie wraz z cebulką. No i  wszyscy po kopytkach nabierają ochoty by pobrykać na działce.

Kiedy jedziemy, cienie przydrożnych drzew łopoczą jak skrzydełka motyli na uśpionej twarzyczce bobaska. Cienie. Już tak dawno ich nie było. Bo kiedy brak słońca, nie ma też cieni.

A  na wsi, choć pusto jeszcze i z dominantą szarości i beżów to przecież najlepiej na świecie. Kiedy idę w sad z wózeczkiem, przewijam sobie film wstecz. Tutaj, dokładnie gdzie teraz stoi ta ławeczka, siedziałam rok temu na poduszce z mchu i myślałam… O czym? O ciszy. Tak, o ciszy. Gdzieś nawet zapisałam tę myśl. Bo cisza tu jest nieziemska. Idąc tą drogą, zanurzasz się w niej powoli. Najpierw brodzisz tylko, potem masz ją po kolana, po pas, aż w końcu… zanurzasz się cały. I cisza ogarnia cię od zewnątrz i przesiąka do wnętrza. Przez oczy, uszy, usta, pory skóry.

A cisza to nie brak dźwięków. Skowronek zaśmiał się gdzieś pod słońcem, wiatr szumi, dzikie gołębie rajcują zachrypniętymi głosami, dzieci nawołują się, biegnąc na górkę…

Cisza to …

Nie znam słowa by ją określić. Nie pierwszego mi brakuje słowa i nie ostatniego.

Są rzeczy niewypowiedziane.

Jak miłość na przykład?

Tak, jak miłość.

W ramie z pni brzóz pojawia się postać męża. Idzie prężnym krokiem, zataczając wzrokiem dobrego gospodarza. Przystaje, zadeptuje kopiec kreta, który zaofiarował się – jak co roku -zaorać nam trawniki. Kiedy to widzimy, cisną nam się na usta różne niemiłe słowa pod adresem zacnego Pana Kreta. A stworzenie jest ponoć wielce pożyteczne. Co z tego, że zaorze tam, gdzie nie planujemy siejby? Grunt, że pędraków w ziemi nie będzie:)

Dzieci biegają jak spuszczone ze smyczy, kopią piłkę, wsiadły na rowery, skaczą po kamieniach skalniaka. Ja odgarniam zaspy suchych liści w poszukiwaniu moich botanicznych tulipanów i krokusów. W mieście krokusy już prawie przekwitły. Tutaj wegetacja jest wolniejsza. Trzeba mieć bystry wzrok, by dostrzec jak wybijają się zielone dzióbki na powierzchnię. Ale bazie już rozsiadły się na drzewie. Stado małych puszystych kotków widać  z daleka. I prawdziwy kotek się pojawił. Nasza Nefretete o urodzie egipskiej królowej. Biała koteczka, wyrzucona przez kogoś na jesieni do lasu, przeżyła srogą zimę u sąsiadów. Dzieci się cieszą, że chociaż ona. Tygrysia – drugiego kota pół-persa jak dotąd nikt nie widział. Ale Tygryś był powsinogą i ryzykantem. Aż strach puszczać wodze wyobraźni na temat jego przygód. A tak go Dusio przestrzegał: „ Nie chodź Tygrysiu do lasu.”:) Ale Tygryś niesforny jak Czerwony Kapturek poszedł i pewnie z wilkiem rozmawiał.

Wracamy do domu. Chłód zaczyna dawać się we znaki. Jedziemy wioząc naręcze bazi i płuca pełne tlenu.

– A może byśmy zrobili wiosenną kolację – proponuję.

Jajka gotowane i sałatka z sałaty, rzodkiewki, kukurydzy i ananasa. Wiosenna awanturka. Samo zdrowie i witaminy.

No i oranżada czerwona pełna konserwantów i sztucznych barwników. W przyrodzie musi być równowaga:)

Bobasek śpi już po kąpieli. Rut kolebie go w leżaczku. Bazie stoją w dzbanku na stole. Szare kotki zasypiają na gałązkach.  Wszyscy pałaszują kolację aż się uszy trzęsą.

Ale pyszne!!!

Smakowałeś nam pierwszy dniu wiosny. Oj, smakowałeś.

Prosimy o jeszcze.

O ruttka

Szczęśliwa żona od 20 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

1 odpowiedź na smaczki

  1. Marzka pisze:

    Kasiu, cudny tekst. Dziękuję ☺

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *