Koniec lipca.
Czas żniw, co jak młyn huczą od rana do zmierzchu, czas dziewanny, wrotyczu i uśmiechu wczesnych jarzębin, czas wylotu młodych ptaków z gniazd.

Dla nas to także czas budowy warsztatu, która zagarnia powoli całe podwórko i większość myśli mojego męża i syna; czas wysiewania rumianów i goździków brodatych; czas letnich kolorowych sukienek; czas jeżdżenia po lekarzach w sprawie chorej mamy i przekonywania ich, że leczenie to nie znieczulanie.
* * *
Oprócz mamy usiłuję uratować bukszpan, który lata temu dostaliśmy od teściów. Idąc za radą kogoś z Internetu, obsypałam pogryziony krzak kilogramem mąki. Teraz, gdy obok niego przechodzę, pachnie jak z młyna albo spichrza dziadków – stare wspomnienia z dzieciństwa budzi. Wakacyjne.

Piękne upalne dni przeplatają się z pięknymi dniami ulewnymi. To piękno mniej oczywiste, ale jednak piękno. Śpiewają o nim zroszone liście drzew i nabrzmiewające po deszczu jabłka, śliwki i dwie brzoskwinie. Tylko tyle udało się uratować, walcząc z kędzierzawością liści.

Raz po raz burza, która zrywa mnie w środku nocy, bym posprzątała leżaki i poduszki z patio. I nieustanny dylemat: wywieszać pranie na podwórko czy w domu? 🙂 Szekspir mógł się silić na filozoficzne: „być albo nie być”, bo nie prał majtek dzieciom:)

Koniec lipca. Połowa wakacji, a ja nie czuję żebym odpoczęła.
W gazetkach reklamowych już pojawiły się oferty pt. Witaj szkoło!!!
– O nie!!! – krzyczy oburzona Lalcia, wertując strony z ilustracjami zeszytów i przyborów szkolnych – Jeszcze są wakacje!
Racja.
Dlatego zostawiamy to wszystko, całe to morze spraw i wyjeżdżamy.
– Choć na trzy dni – proszę mężulka.
Prognostycy prognozują deszcze i ochłodzenie, ale co tam. Jedziemy. Nie jesteśmy z cukru. Zresztą, prognostycy równie często się mylą jak mają rację.
Są wakacje. Czas odpocząć.












