wolność

 

Masz wolność rysowania trójkąta pod warunkiem, że dasz mu trzy boki.

Masz wolność rysowania żyrafy, jeśli narysujesz ją z długą szyją.

Masz wolność jechania autem… pod warunkiem, że przestrzegasz przepisów…

Więc… kiedy jesteś rzeczywiście wolny?

Gdy znasz prawdę na temat czegoś.

Nie ma wolności bez prawdy.

 

Fulton Sheen „W co wierzymy”

 

traktat o obieraniu marchewki

 

Ktoś napisał traktat o łuskaniu fasoli. Wiesław Myśliwski chyba.

Więc dlaczego – pomyślalam dziś, siedząc na stołeczku na naszym tarasiku – nie można by napisać czegoś o obieraniu marchewki?

Bo właśnie tym są zajęte teraz moje ręce. Lewa delikatnie przytrzymuje smukłe pomarańczowe warzywo, a prawa – równie delikatnie i z wyczuciem chwili i sytuacji oraz miejsca akcji przesuwa obieraczką od góry do dołu. Cichutki chrzęst jakby ugniatanego piasku, lekki opór skórki i cieniutkie soczyste wiórki lądują do miski odsłaniając wnętrze.

Opór jest naprawdę delikatny, ale jest. I przy każdym przesunięciu nożyka dostarcza malutkiej jak ten opór satysfakcji. Seria maleńkich zwycięstw powoli nanizuje się na nitkę chwili i staje się prawie wieńcem laurowym zwieńczającym zadowolone czoło.

I tak sobie myślę, gdzieś w głębi tego czoła, na tym stołeczku, w to letnie spokojne przedpołudnie, na zacienionym tarasie, że gonimy naprawdę nie wiadomo za czym, nie w tym kierunku i często niepotrzebnie.

Chcemy wielkich zwycięstw, sukcesów szumnych jak falbany sukien hollywodzkich sunących w blasku fleszy po czerwonym dywanie, lawiny braw, pokonywań wielkich niebotycznych przeszkód, zdobywania szczytów, a przecież…

Życie to suma naprawdę małych dokonań, które dobrze przeżyte i zauważone, sprawiają, że nasz los jest płodny i wartościowy.

Moja babcia, gdy plewiła zagon truskawek, co jakiś czas rozginała bolące plecy i spoglądała wstecz za siebie, by ujrzeć jak wiele uczyniły jej ręce. Odczuwała wtedy tak ogromną radość, jakiej my dziś nie umiemy poczuć nawet po wygranej w maratonie. Jej ciemna twarz rozjaśniała się wtedy i mówiła: „Lubię tę ziemię”. Ona nie potrzebowała listu gratulacyjnego, ani orderu za zasługi. Sama widziała, że jej staranie ma sens i to staranie aż do ostatniego oddechu kontunuowała. Drobne codzienne kroczki.

Odszorować piaskiem przypalony garnek, ujrzeć znowu jego srebne dno, podlać warzywa w ogrodzie po upalnym dniu, wyciągnąć parę wiader wody ze studni, wlać je w koryto i widzieć jak piją spragnione konie, wykosić jeden pokos trawy, uzbierać słoik jagód, obrać garnek ziemniaków na obiad, rozwiesić pranie na sznurku, pozamiatać podwórko, udoić pół wiadra mleka, przecedzić je przez ściereczkę, pomalować framugę okna świeżą farbą, wyjąć z prodiża bułeczki z jabłkami, zasypać cukrem truskawki w dużym słoju, postawić na rozgranym od słońca parapecie i widzieć co dzień jak zbiera się na dnie coraz więcej soku.

A największym ze zwycięstw było, gdy udało się zebrać zboże przed burzą, albo zwieźć siano z łąki przed ulewą, przechować ziemniaki przez zimę.

Dziś daliśmy sobie wmówić, że wszyscy mamy być zwycięzcami podobnymi do gladiatora, który pokonał armie. Że to jest dostępne dziś dla każdego z nas. Że nam się należy. Ba, że to jest konieczne, by być naprawdę szczęśliwym i wieść satysfakcjonujący żywot.

 

Nie liczą się drobne paciorki dni dobrze przeżytych. Nie ma znaczenia, że po prostu dobrze wykonujesz swoją pracę. Nie wybitnie, nie robisz coś ponad, nie wyprzedzasz reszty kolektywu w zaangażowaniu, nie razisz innych w oczy swoim geniuszem. Po prostu dzień po dniu robisz, co do ciebie należy, pokonując w sobie nie raz i nie dwa ten lekki opór „niechciejstwa”.

Nożyk ślizga się po marchewce, wiórki wiją się jak pomarańczowe wstążeczki, pachnie marchewkowo. Zaraz pójdę nazbierać szczawiu na trawniku. Dziś będzie szczawiowa, jutro ryba po grecku. Zwyczajnie. Bo nie trzeba jeść z wszystkich garnków świata, by być sytym. Nie musisz mieć wszystkich pieniędzy świata, by być bogatym. Nie muszą cię wszyscy podziwiać, żebyś był ważny. Nie musisz wygrać wojny, by nadać życiu sens.

Nie musisz być wszędzie, ani zawsze, ani najlepiej. Te przysłówki nie są domeną człowieka.

Gladiator już to wiedział. Gdy wracał do domu. To nie zwycięstwo na wojnie było sensem życia. I nie wieniec laurowy zdobiący skronie, lecz falujący łan zboża, który trzeba będzie ściąć i zemleć na chleb dla dzieci, śpiew skowronka nad głową towarzyszący dzień po dniu w codziennym staraniu, rodzina, śmiech dziecka, droga do domu, którą teraz będzie przemierzał cierpliwie wracając z pracy, miska zupy zamiast chwały bohatera.

 

Marchewka obrana. Myję nożyki, wlewam wodę do miski z warzywami, wyrzucam obierki, sprzątam taras. Teraz idę po szczaw.

Takie życie jest dobre. Po prostu dobre. Lepszego nie trzeba.

 

przędza życia

 

Twój czas to czas mierzony przelotami jaskółek, kroplami wody na liściu po skończonym deszczu…

Tak niewiele i tak dużo. Tak zwyczajnie i tak pięknie jak tylko w życiu być może.

Musisz być uważny, bo wystarczy mgnienie oka i lot jaskółki rozpryskuje się w obłokach, a kropla rosy wysycha. Możesz przegapić to wiele i to niewiele, to zwyczajnie piękne, z czego utkane są twoje dni.

A warto jest nie przegapić jednak.

 

deszcz

Burza.

Potoki deszczu zmywają drzewom głowy,  mruczenie nawałnicy przenika zza lasu, wiatr i srebrny ekran wody, gardłowy bulgot w rynnach…

Po takich upałach, rozumiesz w końcu czym jest deszcz. Jakim błogosławieństwem jest dla ciebie i dla świata.
Może po to są właśnie skwary i upały i pustynie. Byśmy coś zrozumieli i docenili.
Krople deszczu na spękaną ziemię, na spragnione rośliny, na spieczone czoło, na włosy, twarz…

Lubimy z Lalcią biegać i spacerować pod kurtyną deszczu, śmiejemy się i wdychamy ozon, włosy zaczynają się nam falować od wilgoci, ubrania przylegają do ciała, woda chlupie w gumowych butach. Strugi deszczu płyną po plecach, przyprawiając skórę o dreszcze. Krople osiadają na rzęsach. Uszy wypełnione po brzegi szumem i grzmotami burzy są prawie nieczułe na inne dźwięki.

Przyjmujemy deszcz wszystkimi zmysłami. Przyjmujemy jak powinno przyjąć się błogosławieństwo. Z wdzięcznością. W całości. Ze wszystkimi jego konsekwencjami.

Bo nie możesz powiedzieć deszczowi : „tu podlej, a tam zostaw suche”. I nie możesz powiedzieć burzy: „przynieś deszcz, lecz nie strąć żadnego liścia ni gałązki”.
Tak i błogosławieństwu nie możesz stawiać granic: „to przemień, ale tego nie dotykaj”, „spraw, by sytuacja się zmieniła, ale mnie nie zmieniaj”, „daj o co proszę, ale nic nie odbieraj”.

Jeśli prosisz o deszcz, przyjmij go z otwartymi ramionami, bez „ale”.