dwie małe dziewczynki

 

Połowa sierpnia, pola już prawie puste, po żniwach odrosły jednak małe krzaczki chabrów. Chodzimy więc z Anią i zbieramy bukiety, śmiejemy się przy tym i rozmawiamy o wszystkim i o niczym. Potem ona wspina się na jeden ze słomianych rolmopsów:), a ja ustawiam spust migawki i dobiegam do niej. Mam na to 1O sekund.

Śmiejemy się. Obie jesteśmy oblepione „ościuchami”. Tak moja babcia nazywała te resztki słomy i kłosów, jakie zostawały po żniwach. Mój różowy sweter jest nimi najeżony i wydaje się nie do odratowania, ale Ania pociesza, że na pewno da się wyczesać grzebieniem;) Tylko nie wiem czy ja mam jakikolwiek grzebień🤔

Ale to nic. Nie spędza nam to snu z powiek, ani śmiechu z ust. Zostawiamy rolmopsa i idziemy dalej, w cień lasu, oddychać powietrzem przesiąkniętym żywicznym zapachem sosen. Buty ukurzone, włosy rozczochrane przez wiatr, ale my dziś jesteśmy dwoma małymi dziewczynkami, które idą przez świat machając swoimi polnymi bukietami. A wokół potężna kojąca cisza lasu. I zieleń. I lazurowe niebo, a na nim obłoki.

Może życie nie jest bajką, a jednak czasami jest:)

Ale by tak się stało, trzeba znowu pobyć dzieckiem. Odnaleźć je w sobie, przytulić, rozśmieszyć, przegonić po łąkach, polach i lasach, pozwolić się mu wybrudzić, zakurzyć, zdjąć buty i pochodzić boso, roześmiać głośno.

I blask wraca do oczu, a zmarszczki – nawet w pełnym słońcu – nie są już widoczne.