ciecze, gazy i ciała stałe czyli fizyka stosowana

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

 

Zapomniałam – zdaje się – odtrąbić
wielki Laurkowy sukces, który znacznie ułatwił życie rodzinie, a jednocześnie
wzbudził nową fascynację w maluszkowym życiu.

Otóż – jakiś miesiąc temu, u
zarania wakacji, Laurka stanowczo i radykalnie, bezpowrotnie i konsekwentnie
przestawiła się z pampersów na nocniczek, a później – idąc za ciosem – na
sedes. Sprawy małe i duże, płynne i stałe załatwiamy więc w wc. Teraz już wszyscy, bez wyjątku.

– Bo ja jestem dolośła – tłumaczy
mamie patrząc spod  grzywki swymi
roziskrzonymi oczami.

 

Jednocześnie z tej dorosłości
zrodziła się fascynacja sprawami dużymi, małymi, płynnymi, stałymi, a nawet
gazowymi:)

 

– Muszę pojechać do Zenka. –
komunikuje tata.

– Po co? – chce wiedzieć żona
taty, potocznie i to zwykle skandująco nazywana „mamą”.

– Bo muszę zrobić próg. (
nadmienię, że chodzi o letnisko).

– Pruk!!? – reaguje z podnieceniem
dwu-i-pół-latka, po czym dodaje natychmiastowy adekwatny komentarzyk;

– Tata będzie pieeeldział, tata
będzie pieldział!!! – też skandująco co by i sąsiedzi mieli uciechę:)

 

To anegdotka o gazach.

A teraz będzie o ciałach stałych.

 

Lala ( bo tak zwiemy skrótowo
naszą najmłodszą) zrobiła po raz pierwszy kupkę na sedes.

– Brawo!!! – zakrzyknęła mama,
która, jak większość mam, wie doskonale, że rozpływanie się w zachwytach (
nawet nad kupką) jest najlepszym środkiem dopingującym.

– Jak ślicznie! – zachwyca się
tatuś, który, jak większość tatusiów wie to, co wiedzą mamusie:)

– Nasze kochane maleństwo zrobiło
kupkę na sedes. – podkreśla z dumą Ala.

– Kupka, kupeczka… – emocjonuje
się rozanielony brat.

Wtem do ubikacji wpada
zaalarmowana zbiorowymi krzykami Nusia.

– Niunia zrobiła kupkę na sedes? –
pyta od progu.

– NAŚLAŁAM. – odpowiada bohaterka
dnia z wysokości sedesu.

 

No i wszyscy sprowadzeni
bezpiecznie z obłoków na ziemię:)

 

 

Takie to mamy nowe, ekscytujące
tematy do pogawędek przy herbatce na przykład.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

uczulony na plastik Łazarz

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

 

Rut, podobnie jak cerat czyli
podróbek obrusów, nie lubi sztucznych kwiatów. Tych co to nie sypią pyłkiem,
nigdy nie więdną, odurzająco nie pachną, a w razie potrzeby można je wyszorować
szczoteczką pod prysznicem lub wyprać w pralce ( Rutkowa mama tak właśnie
robi:)

No, jednym słowem , same plusy,
żadnych minusów.

A Rut ich nie lubi.

Może po prostu jest to alergia na
wszelkie sztuczności. No bo przecież za ogrodami od linijki i trawnikami bez
skazy jak perskie dywany też nie przepada. I sztuczna szczęka też pewnie nie
przypadnie jej do gustu jak już ją będzie miała:)

– Zapamiętajcie. Nie próbujcie mi
nawet na grób przynosić sztucznych kwiatów – odgraża się ta, co nie lubi
plastiku – bo w jednej minucie wstanę z grobu i was z tymi kwiatami pogonię.

– Oooo, to ja ci przyniosę taki
wielki sztuczny wieniec. – postanawia mąż.

– No to zmartwychwstanę w tri –
miga. – kontynuuje pogróżki Rut, w której odezwał się duch zza wschodniej
granicy

– I o to mi chodzi. – śmieje się
on. – Nie zostawisz mnie tu samego.

 

 

 Sposób na rychłe wskrzeszenie:)

 Wieczne kwiaty mogą zawrócić ze ścieżki wieczności.

Gdyby o tym wiedziała Marta –
siostra Łazarza.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

szalone Manie

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Jeśli chodzi o gospodarstwo domowe
Rut co najmniej pod dwoma względami jest maniakiem. Nieugiętym i głuchym na
wszelkie, nawet najbardziej zdroworozsądkowe argumenty.

– Ja ci w końcu kupię na prezent
tę ceratę. – obiecuje Moni patrząc jak Rut zdejmuje poplamiony właśnie przez
dzieci obrus i wyjmuje nowy.

– Nie chcę ceraty. – protestuje
gospodyni prasując kraciastą szmatkę – Całe dzieciństwo jadłam na stole
przykrytym ceratą. Nikt mnie nie zmusi żebym położyła ją na swój stół.

Rut wciąż pamięta nieprzyjemne
doznanie, gdy na ceratę wylało się coś słodkiego i – niezauważone przez
zapracowaną mamę – na niej wyschło. Albo te brzydkie szramy i nacięcia, które
pogłębiały się wraz z wiekiem ceraty. Rut miała bardzo dużo rodzeństwa, więc
nie było dnia bez rozlewania, rozsypywania, nacinania i dziurawienia ceraty, a
ta była rzadko wymieniana ze względu na małą dostępność nowych cerat, jak
zresztą wszystkiego w tym czasie na rynku:)

– Ale teraz są takie inne ceraty –
próbuje przekonywać koleżanka – Wyglądają prawie jak obrus. Z materiałem na
wierzchu.

– Tak, mama mi ostatnio chciała
nawet ofiarować taką co to wygląda jak szydełkowa serweta. – śmieje się Rut
układając pod nosem Moni obrusek – Co z tego, skoro ja wiem, że to cerata?

– Zobaczysz, ja ci jeszcze kupię tę
ceratę. – nie ustaje rozmówczyni.

– A ja ci kupię w końcu czajnik. –
nie pozostaje dłużna Rut, która zna niektóre manie Moni, w tym taką, że
gotowanie wody na herbatę w garnku jest wygodniejsze i zdrowsze.

 

Tak więc jedno szaleństwo mamy –
obrusy.

Jak najbardziej sielskie, nie-plamoodporne, wymagające prania,
suszenia,  prasowania i częstych zmian.

I gdzie tu zdrowy rozsądek?

Próżno go szukać.

 

Drugie szaleństwo Rut, w którym
nie ma metody, to bukiety.


Poupychane we wszystkie dostępne
wazony, wazoniki i butelki, stojące wszędzie i sypiące trudno-spieralnym pyłkiem
na wyżej wymienione nie-plamoodporne obrusy.


Czasem pachnące jak diabli, bo z
wrotyczem na przykład, od którego padają nawet komary, albo z pękiem aksamitek,
którym można przypisać wiele zalet, ale nie zachwycający aromat.


– Może to odstawię dalej? –
zapytuje nieśmiało mężulek pokazując na bukiet z intensywnie waniliowo
pachnącymi floksami – W nocy ciężko będzie się spało. – popiera postulat
zdrowotnym argumentem.

Maniak jednak jest maniakiem.

– To tylko dwie gałązki floksów.
Nic nam nie będzie. – przekonuje żona wtulając nos w fioletowe płatki.

 

Każdy ma jakiegoś bzika, każdy
jakieś hobby ma, a Rut ma dwie szalone Manie:)


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

dzieci w ogrodzie

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Trzylatkowi (prawie:) – któremu do
tej pory wystarczały zasoby domowej biblioteczki – w miarę jedzenia apetyt
urósł, więc wznowiliśmy pielgrzymki do pobliskiego sanktuarium Małego Mola
Książkowego. Miejsce to, wypełnione od podłogi niemal po sufity literaturą
piękną i kolorową, od razu przypadło do gustu małego bibliofila.

Rączki aż drżały z przejęcia
głaszcząc grzbiety książek.

Skąd to się bierze? Taka
fascynacja? Od kiedy tylko usiąść potrafiła? – myślę patrząc na jej pląsy wokół
półek biblioteki.

Tak, książki są u nas wszędzie,
ale i klocki i kredki i pluszaki . Wszystko jest wszędzie.

 

Mol bierze jedną książkę i zasiada
na krzesełku typu mamut przy podobnym stoliku. Nim wyjdziemy z biblioteki z
obładowaną, pękającą w szwach torbą, już rozpoczyna ucztowanie.

W domu skarby przesiewa się przez
sito upodobań i szybko okazuje się, że bestsellerem Laurkowym jest Noddy, a
Nusiowym jak zawsze Martynka. Ale i mama znajduje perełkę dla siebie.

 

Zachwyciła mnie ta książka jak
dawno żadna.

Poezja dziecięcych dni.

Każde słowo przywołuje jakiś kadr z
przeszłości, kolory migoczą przed oczami i powoli staczam się jak po zielonym
pagórku w świat fantazji, w którym brodziłam jako dziecko. Znowu zrywam jabłka,
plączę się w jeżynowych gałązkach, doskonale wiem, że wysoka trawa roi się od
duszków, mam suche liście we włosach, obserwuję gąsienicę jak pierścień złoty,
chowam się pod liśćmi wielkimi jak parasole, taczam brązowe brzuszki kasztanów.


Czytam i czytam i czytam… Książka
mówi do mnie prastarym językiem, który kiedyś znałam i nagle okazuje się, że
wciąż go rozumiem. Jestem znowu małą Rut łapiącą świat w ciemne oczy.

Wejdę z lalką pod łopiany. Prosto w świat

zaczarowany. Tutaj wszystko nas zachwyca.

Wielka dzika gąsienica… Spójrz! Gdzie łodyg

 czarne sploty, śpi
zaklęta w pierścień złoty!

 

Mamy tu zielone ściany. W jedną powój jest

 wplątany. Mamy tu
kamienny próg, błyszczy na nim srebrny żuk.

 

Więc siedzimy zachwycone. Lalka oczy ma

 zielone, a we
włosach – krople słońca, które

wiatr z łopianów strąca.

 

 

Dorota Gellner „Dzieci w ogrodzie”
z fascynującymi, pełnymi magii ilustracjami pani Wiesławy Burnat.

 

Polecam każdemu, kto ma dzieci lub
sam gdzieś w środku dzieckiem pozostał.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

mała śmierć

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4



Letnisko jest i służy wiernie
jak najwierniejsze psisko.

Niemal widać błysk tęsknoty w jego oknie, gdy tam
zajeżdżamy. I tak ładnie uśmiecha się kwiatami w nowej drewnianej donicy, na
którą jednak nie czekałam miesiąc:) 


Mąż
podchodzi, zgrzyta klucz w  kłódce, szepczą
otwierane drzwi, rzucamy wysłużony plecak z ubraniami „na wszelki wypadek”,
torbę z jedzeniem, otwieram okno, włączam czajnik z wodą na herbatę. Herbata
jest zawsze z miętą z ogródka, cały dzbanek. Rozkładamy leżaki na patio – duży
zielony i malutki pomarańczowy. A Laurka otwiera szafkę w przedpokoju i zmienia
szmaciane butki na kalosze. Niezależnie czy pada czy nie. Gumowe kalosze są
najlepsze nawet na upały:)

To są nasze rytuały związane z tym
miejscem.

Potem każdy zajmuje się swoimi
sprawami.

Mężulek pracą przy budynku lub
meblach. Dzieci figlami i zabawą lub planowaniem nowych figli i zabaw. Ja robię
obchód ogródków, skalniaków, donic, doniczek. Sprawdzam co nowego zakwitło, co
się dzieje z liśćmi, czy nikt nie więdnie, nie choruje, nie prosi się o
przesadzenie, obrywam wilki przy pomidorach, zbieram ogórki, próbuję wywróżyć
czy jednak patisony w tym roku obrodzą, bo marnie wystartowały i kiedy będą
pierwsze maliny, przenoszę aksamitki na inne siedliska, wyrywam chwasty. Tymczasem
u mężulka świszczą wyrzynarki, terkoczą wiertarki, stuka młotek, szura paca,
jazgocze szlifierka, piszczy wkrętarka. Dzieciaki pryskają się wodą z małego
ogrodowego spryskiwacza, huśtają na huśtawce zawieszonej między brzozami, kłócą
o piłkę, budują bazy, ganiają z piskiem po podwórku.

 

Czasem nagle cichną i wtedy oboje
przerywamy pracę i zastanawiamy się co się stało.

Tak jak niedawno.

Widzę, że okrojone towarzystwo (
Ala na obozie harcerskim, Nusia u koleżanki) kucnęło pod sosnami i nad czymś
rozprawia. Podchodzę.

– Mamo, mamo!!! – wykrzykuje
Laurka usłyszawszy moje kroki – On umalł! – i pokazuje martwego ptaka.

– Znaleźliśmy go tu. – dodaje
Dusio – trzeba mu zrobić grób.

– Mamo, kto go ziabił? – chce
wiedzieć maluszek.

– Nikt. Śmierć. – odpowiadam kucając
obok nich.

– Musimy go pochować. – powtarza
znów syn.

Wysyłam go po moją ogrodową
łopatkę i w kilka chwil po sosnami powstaje mały kopczyk, a Dusio wciska obok
krzyżyk z dwóch patyków związanych kłaczkiem trawy.

– A może on nie był wierzący. –
żartuję niestosownie na pogrzebie.

– Pan Bóg go stworzył i Pan Bóg go
zabrał. – wyjaśnia poważnie młody grabarz.

– Kto go ziabił? – powtarza jak
echo Laurcia.

– Śmierć. – odpowiadam i wędrujemy
obie dalej na ławeczkę pod brzozę.

Tymczasem Dusio otacza grób kamieniami
i wykłada go korą, porządkuje teren  i
wykopuje obok jeszcze jedną kwaterę.

– Jakby ktoś jeszcze umarł. –
tłumaczy kiedy go o to pytam.

Daję mu jeden mały krzaczek
aksamitek i sadzimy roślinę na miniaturowym cmentarzu.

– Ten ptasiek śpadł i umalł. – po
raz któryś opowiada córeczka. Ogromnie fakt przeżywa, ale bez strachu.

A potem wracamy na patio i znów
robi się głośno i szybko.

Mała śmierć jest jak kropla rosy.
Spływa nie burząc niczego, nie robi wyrw i żlebów w sercu. Szybko przykrywa ją drań bujnego życia.

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

małe sztromy

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Urodziny Nusi.

Pięciogodzinne zbiorowe
szaleństwo, feeria barw, słów, ruchu. Śmiech, skoki w workach, tańce, zabawy,
turnieje, rozmowy i rozmówki, bieganie, piski dzieci opryskiwanych szaloną
stokrotką.  Tort tropikalny, góry
ciastek, stosy żelków, stogi chipsów i strumienie kolorowych napojów.

Na kolana wskakuje mi moje
najmłodsze, tuli czółko do policzka i …kontrolka w głowie się zapala: Czółko jest za gorące. Nawet jak na upalny
dzień i zgrzanie.

Dłoń wędruje po policzkach, karku
i pleckach.

Ten i tamten gość dotyka,
sprawdza.

– Nie, Rut, ona się zgrzała. –
pociesza Paula.

– Może ze zmęczenia. – mówi Moni.

– Zaraz ostygnie. – uspokaja mąż.

Ale dziecko zaczyna wiotczeć, lać
się przez ręce. Już nie chce biegać, przytula się i mówi, że chce spać.

Rut idzie do letniska i kładzie
się na kanapie, otula małe ciałko kocem, głaszcze włoski.

Maluszek zasypia natychmiast.

– To gorączka. – szepce mi w
głowie – Ale od czego tak nagle. Od pryskania stokrotką? Za szybko.

Mgła osnuwa myśli.

Przewozimy śpiące dziecko do domu.
Budzi się z płaczem. Dostaje syrop przeciwgorączkowy.

– Może kleszcz? – analizuje mąż.

– Kleszcz też za szybko.

Tymczasem maluszek skarży się na
ból w buzi.

Rzut oka i okazuje się, że na
końcu języka jest  nieładna ropiejąca
ranka.

Po raz pierwszy w życiu widzę
takie coś, ale wyobraźnia zawsze w takim przypadku kieruje kroki tylko w jedną
stronę.

Nic nie mówię, nic nie widać na
zewnątrz, ale w środku mnie nagle zapada głęboka noc.

Internet twierdzi, że to może być
afta i że czasem tak się zdarza, że z gorączką. Trzymam się tej wersji jak
pijany płota, choć dwa kolejne dni ze stanem podgorączkowym sprawiają, że
zagłębiam się coraz bardziej w ciemność. Leczymy Aftinem i – zgodnie z ludową
mądrością – moczem.

– A jeśli to… – wciąż plecie mi
coś w głowie i urywa w połowie myśli.

– Jeśli to potrwa dłużej, idziemy
do lekarza. –  mówię do męża.

 

I nagle słyszę. Zza parawanu
ciemności, paniki, obaw, gdzieś spoza mnie:

– A gdzie ja w tym wszystkim
jestem Rut? Pamiętasz, że jestem? – pyta ktoś z dna mojej łódki. Zupełnie jak
wtedy kiedy pytał oszalałych ze strachu uczniów.

 

– Pewnie tak to już jest – myślę
Mu naprzeciw – że kiedy ktoś bardzo bliski umrze obok ciebie na raka, już przy
każdym dziwnym pryszczu będzie ci wywalało korki. Mam to tak głęboko wdrukowane
w siebie, że mimo upływu lat ( dziesięciu już) nie potrafię wypruć z wnętrza
siebie ani jednej  ciemnej nitki tej tragedii.
Muszę się na to zgodzić i pokornie schodzić po ciemnych schodach do piwnicy by
włączać bezpieczniki. Za każdym razem kiedy je wywali.

Z drugiej strony tyle razy mi
pokazał, że czuwa.

O krok od katastrofy, w ostatniej chwili podtrzymywał
sekundę palcem, by jak kropla się nie stoczyła i nie przechyliła czary. Tyle
razy ratował, z tylu matni wywiódł, przez tyle ciemnych dolin bezpiecznie
przeprowadził. Na samo wspomnienie tych chwil powinny zapłonąć wszystkie lampy
w mieście. A nie płoną. Wystarczy mała ranka na języku dziecka, a wszystko
pokrywa mrok. Z ciemności wyrasta panika. Jest wyjątkowo cieniolubna.

Jak mała jest moja wiara. Gdzie On
w tym wszystkim jest? Zapominam o Nim zbyt łatwo.

 

Po dwóch dniach gorączka ustąpiła.
Ranka wygoiła się po kolejnych kilku.

 

Łódka znowu kołysze się spokojnie,
krople światła wyzłacają grzbiety fal. Siedzę na drewnianym  dnie łajby i słucham:

– Gdzie ja jestem w twoim życiu
Rut? – pyta ktoś z łagodnym wyrzutem.

 

 

PS.

A wczoraj, pod koniec Wielkiej
Wyprawy nad Wielką Rzekę nagle padła Nusia. Zupełnie jakby ktoś w ciągu sekundy
brykającemu , radosnemu dziecku wyjął baterie. Zasnęła, a gdy się przebudziła
była rozpalona. Dziś na całego walczymy z chorobą. Tyle tylko, że moje serce
nie łopoce już, nie szaleje jak płótno żagla podczas sztormu.

Pamięta jeszcze …o jeden sztorm mądrzejsze.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

czekolada z chili

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4



Zmagamy się z plagą.

Plaga dotknęła naszego prawie
trzylatka.

Czasami zwalczamy czynnie:
karcimy, karzemy, perswadujemy i tłumaczymy, czasem uciekamy się do biernego
oporu i  próbujemy ignorować, ale plaga
jak to plaga – odporna jest na wszelkie środki.

– Nuśka jeśt głupiaaaa!!! Jeśteś
głupia. – słyszymy ulubioną mantrę Laurki.

Przestępca wie, że źle czyni,
czasem więc pyta o pozwolenie:

– Mamo, mogę jej powiedzieć, źe
jeśt głupia?

– Nie, nie możesz.

– No to… – ucieka się do innego
sposobu córka – jeśteś glubaś i niefajna!!!

Od czasu do czasu bywa jeszcze
bardziej stonowana:

– Nuśka nie dobzie się ziachowuje
– usłużnie donosi, po czym dla jasności zmienia konfigurację zdania – Nie ziachowuje
się Nusia dobzie. – albo, gdyby do kogoś jeszcze nie dotarło – Nie dobzie się
ziachowuje Nuśka!!!

I zawsze też ma usprawiedliwienie.
Z reguły mijające się z prawdą.

– Dlaczego przezywasz? –
dochodzimy.

– Bo ona mnie ziaciepia, zabiela
mi ksiąśkę i mnie kopie. – wylicza bez zająknięcia.

Bratu też się obrywa i najstarszej
siostrze czasami. Na szczęście plaga mija rodziców bokiem, choć bywa, że…

– Tata jeśt bohatelem, tata jeśt
bohatelem!!! – skanduje malec drepcząc po pokoju. Wobec braku reakcji ze strony
mamy, zatrzymuje się i pyta:

– Mamo, mogę tak mówić?

– Tak, możesz. – zgadzam się
skwapliwie, a kąciki ust drgają mi z rozbawienia.

Pociecha wydaje się być
niepocieszona.

 

Miało być brzydko, a wyszło ładnie.

 

Laurka jest słodka na sposób tej
niezwykłej czekolady z dodatkiem chili. Słodycz z odrobiną pikanterii. Oba
smaki wymieszane dokładniusieńko na jednolitą masę.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

o sukniczce, zgniłej poduszce, baloniku i letnisku

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Dziś jest Dzień Tańca.

Piszę to na wypadek, gdyby ktoś
nie wiedział.

Ja też nie wiedziałam póki nie oświeciła mnie raniutko Laurka
prosząc o „siuknićkę ś kogutkiem”.

– A po co ci sukienka z kogutkiem?

– Do tańcia.

 

Tak więc jest Dzień Tańca chociaż
nie tańczyliśmy ani odrobinkę, bo ja czuje się ostatnimi czasy jak pęknięty
balonik, który Prosiaczek niósł na prezent Kłapouchemu. Zupełnie pęknięty,
przebity balonik, taka szmatka bez powietrza w środku. O ile więc takie flaczki
coś czują, to tak właśnie prezentuje się moja kondycja psychiczna i fizyczna.

Totalna niemoc.

Trudno.

Bywa.

Niemniej z gromadką dzieci, w tym
z bujnie rozwijającym się prawie-trzylatkiem oraz z działką, w tym prawie-
skończonym letniskiem, nie sposób skapcanieć zupełnie.

 

Wystrojona w sukniczkę panienka
biegnie oto do taty i zastaje go przy prasowaniu koszuli.

– Ziobać!!! – chwali się wachlując
podłogę bujną spódniczką.

– Ooooo!!! Jak pięknie!!! – wykrzykuje
tata, który jako ojciec trzech córek i mąż jednej żony ma już dosyć dużą wprawę
w prawieniu sążnistych komplementów okraszonych sowicie „Achami” i „Ochami”.

Panieneczka robi słodką minę i
pyta w rewanżyku:

– A ty maś taką siuknićkę?

– Nie, ja nie mam. – przyznaje się
prasujący koszulę – Chłopy nie noszą sukienek. Zapytaj mamy.

– Dobzie!!! – wykrzykuje
wystrojona panienka i z szelestem spódnic biegnie przez korytarz do mamy z
interpelacją w sprawie sukienek i mężczyzn.

Mama, słysząca całą rozmówkę o
modzie już już szykuje się do udzielenia adekwatnej odpowiedzi, gdy…

Mamo, ci ta poduśka jeśt źgniła?
– słyszy od panieneczki i …jest zupełnie zbita z tropu.

 

Czy to miało być jakieś pytanie
pomocnicze do „siuknićki ś kogutkiem” ?

 

Tymczasem letnisko już jest w
formie z grubsza zarysowanej.

 Teraz, kanciaste jeszcze i pachnące farbą,
musi się udomowić, obrosnąć w drobiazgi, bibeloty, dobre wspomnienia, nasiąknąć
naszym zapachem, każdemu zaoferować najmilszy ulubiony kącik.

Dziś pojawił się karnisz, firanka,
obrazki na ścianach, obrus na stole, wazon z kwiatami i zdjęcia dzieci w ramce.
Laurka i Nusia porozrzucały swoje książeczki i kredki – okrasiły wszystko
swojskim dziecięcym bałaganikiem. Poczytaliśmy Lottę na kanapie, wypiłam
herbatkę w fotelu, na stole pojawiły się kanapki. Za kilka tygodni będziemy
sądzili, że ono – nasze letnisko – było tu od zawsze i zapomnimy dni, gdy go
nie było.

Siedzę na zielonym leżaku na patio i patrzę na dyndające na sznurku resztki baloników z hucznych urodzin Nusiowych ( 20-tu gości!!!).
Może czasami trzeba być pękniętym balonikiem, rozbitym dzbanem przerwanym sznurem…

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

im dalej w las…

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


– Jedno drzewkoooo, drugie
drzewkowo, trzecie drzewkoooo… – szepcę tuż przy małej śniadej twarzyczce, a
palcem rysuję na pleckach kłębiaste kształty zatknięte na patyczkach jak
cukrowa wata.

Małe paznokietki drapią po okładce
dużej książki podetkniętej pod policzek, ale tak gdzieś przy małym zagajniku,
czyli dwudziestym drzewku powoli się uspokajają.

Pod małym laskiem, czyli gdzieś
koło pięćdziesiątego trzeciego drzewka ciemne aksamitne skrzydła motyla
opadają. Drżą jeszcze przez pewien czas, ale gdy jesteśmy w głębokim borze,
przy drzewku sto piętnastym przestają trzepotać. Teraz owiewa mnie rytmiczny
powiew ciepłego wiatru.

Mijam jeszcze kilka drzewek i
zatrzymuję się. Powoli wysuwam książkę spod policzka.


Dotarliśmy do krainy, do której
zmierzaliśmy.

 

Do zobaczenia po drugiej stronie
lasu córeczko.


/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}