skarby jesieni

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Przeglądam w komputerze album ze zdjęciami tegorocznej
jesieni. Setki zdjęć dzieci, ich niepowtarzalne miny, pozy, zabawy, kilka zdjęć
moich, kilkanaście mężulka. Prawie wszystko w barwnej scenerii zasypiającej
powoli działki. Między zdjęciami kilka takich, które trudno przypiąć do
jakiejkolwiek kategorii.

Pojedyncze detale, zbliżenia.

Nie wiem dlaczego robię takie zdjęcia, ale są.   

Może po prostu muszę uwiecznić zawarty w pozornie martwych,
nic nie znaczących przedmiotach sens. Jestem niepokornym, wiecznie tułającym się
poszukiwaczem sensów. Wszędzie widzę metafory, dotykam alegorii, ścigam się z
prawdami. Nie łudzę się, że je znam. Może tylko czasami, przez przypadek
ocieram się o nie. Ale jaka w tym moja zasługa?

 

Fotografując jabłko widzę jego trudną, posiniaczoną, piękną
dojrzałość. Nie ma dojrzałości bez sińców Rut – myślę do siebie.

Śmierć liścia dębu. Śmierć zawsze samotna, zawsze pojedyncza
choćby obok tyle innych liści umierało.

Nobliwa, pogodna starość aronii – nieprzebrane, życiodajne
bogactwo dla zimowych ptaków. Obym była taką pogodną staruszką kiedyś:)

Zmartwychwstanie podbiału przebijającego martwą tkankę łąki.

Motyl jak pegaz lśniący na zgliszczach lata.

Poranny szron zmieniony w ożywcze krople południa.

Zadziwiająca harmonia dna słonecznika. Dna są różne.

Zabawa w poszukiwanie sensów.

ciiiisza

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Takie chwile zdarzają się niezmiernie rzadko.

Siedzę na ławeczce w sadzie. Tej samej, którą kiedyś
stworzył dla mnie Dusio, bo będąc w ciąży Laurką ostatkiem sił dochodziłam do
tego punktu i kończyło mi się paliwo:) Więc mój zdolny syn poszedł do budynku,
wziął kilka desek, popukał, postukał i wyszedł taszcząc małą ławeczkę. Wkopali
ją tuż obok małej pochylonej brzózki. Najpiękniejszy, najcichszy, najmilszy i
najbardziej słoneczny zakątek pod słońcem.

Wokół rozgrzane trawy kołyszą się pod lekkim oddechem
wiatru. Szepczą liście opadłe z drzew. Wszędzie rozsnuło się babie lato.
Światło tańczy na nich jak cyrkowiec na linie. To samo robi z rzęsami moich
półprzymkniętych oczu. Układa się na nich miękko i pręży w malutkie tęcze. Na
pniu brzozy od tej zasłonecznej strony drobne kropelki  – jedyny namacalny dowód na to, że jeszcze
kilka godzin temu był mroźny poranek. Kiedy je dotykam w jednym momencie łączą
się w strumyk i ściekają w dół.

Cisza. Głęboka jak rów mariański. Sycąca jak chleb. Słodka
jak pocałunek. Ożywcza jak woda prosto ze studni w upalny dzień.

Jeśli nie napełnię się nią, nie mam tak naprawdę nic do
powiedzenia.

Jeśli się z nią nie spotykam, nie spotykam się z sobą.

Cisza – zapomniany przez wielu skarb.

 

Szelest traw narasta, potężnieje. Idzie Miś z Laurką na
rękach. Szukają mnie.

– Dlaczego nas zostawiłaś? – pyta

– Muszę trochę pobyć w ciszy. – mówię.

– Muszę odnaleźć siebie – myślę.


jaskółeczki słów

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Siedzę z dziećmi w małym pokoiku dziewczynek. Kolorowa
wykładzina zasłana klockami i zabawkami. Laurka siedzi za plastikową kasą i z
rozmachem wybija nań rachunki. To jedna z jej ulubionych zabaw.

– A pamiętasz Ala – zaczyna wspomnieniowo Dusio – jak Nusia
pomyliła się i zamiast „Ju-huu!!!” krzyknęła odwrotnie?

Ala wybucha śmiechem.

– Tak – potwierdza – to było pierwsze brzydkie słowo w jej
życiu:)

 

A i Laurcia rozwija nam się językowo aż miło.

Ku mej satysfakcji słowo „mama” szybko pojawiło się na jej
ustach i to zanim wyartykułowała „tata”. Wbrew pozorom jest to wyczyn rzadki,
bowiem Ala i Dusio „tatali” na długo przed „mamaniem”. Chyba sylaba „ta” jest
po prostu łatwiejsza dla brzdąców. Laurka zaś wzorem Nusi postanowiła zacząć od
rzeczy trudniejszych, czyli od „ma-ma”. Niestety zacząć, nie znaczy
kontynuować. I tak szybko jej słownik zdominowało słówko”ta-ta” i to do tego
stopnia, że „tata” to była i książeczka i piesek i kotek i brat i siostra i
nawet mama:) Tak więc, gdy wracam z pracy i człapię na górę, Laucia już stoi z
tatusiem u szczytu schodów i piszczy z radości na mój widok dużymi literami:
„TATA!!! TATA!!!”

 

Od kilku jednak dni lawinowo zaczęły pojawiać się inne
sylaby.

Na przykład stoimy przed drzwiami balkonowymi i podziwiamy
wirujące w powietrzu ostatnie stada szpaków.

– Ptaszki – mówię – Ptaszki robią: pi, pi, pi.

– Pe –pe – naśladuje maluszek.

– A kotek? Jak robi kotek? – zadaję zagadkę.

Laurcia bardzo lubiła naszego kotka i witała go zawsze
szczebiotem.

– Miau – podpowiadam.

– Mia, mia – kontynuuje dzidziuś.

Inne sylaby to : be-be, aja ( chyba chodzi o Alę:) , ka-ka,
ale każdego dnia pojawiają się nowe jaskółeczki. Czasem przefruną raz tylko,
czasem przez kilka dni łopoczą jakimś jednym dźwiękiem, a czasem zostają już na
stałe.

Jaskółki słów wiją sobie gniazdka w małych myślach. Czółko
się marszczy i prostuje, nosek wykrzywia, oczka falują czarną linią rzęs,
główka przytakuje lub stanowczo zaprzecza. Widać jak intensywnie mały człowiek
myśli, z jakim mozołem próbuje przekuć swe myśli w kilkanaście znanych tonów.

Człowiek rozwija się najpiękniej na świecie. Piękniej niż
jakikolwiek kwiat.

Ale …mam wrażenie, że się powtarzam:)

z takim przejęciem myliśmy anioła:)

a tu fascynacja kotem:)

już dosyć tych uścisków:)

Mamoo, tu jestem!!!

 

tygrys bengalski

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Znowu znalazłam się w szpitalu.

Tylko na jeden dzień. Tylko
wycinki do diagnostyki, ale kłamałabym gdybym napisała, że się nie boję. Ale
kiedy się boisz, bo ci się łódka chwieje pod nogami i nie ma pewności jaki
będzie efekt tego tańca na falach,
najlepiej dla ciebie jeśli spotkasz kogoś, kto boi się
jeszcze bardziej.

Kobieta na łóżku obok boi się panicznie. Ma torbiel na
jajniku, czeka na operację i mówi, że przepłakała cały dzień. Więc odkładam
mojego małego stracha na bok i zaczynam z nią rozmawiać. Na początku o jej
wielkookim strachu żeby go nieco oswoić, a potem o wszystkim innym byle myśli
nie krążyły natrętnie jak muchy wokół szpitala, operacji, bólu.

Opowiadamy na
zmianę o ludziach, których znamy. Pracujemy w tej samej szkole, więc gdy jedna
zacznie jakąś opowieść, druga z łatwością ozdabia ją nowymi szczegółami, dodaje
zaskakujące puenty. Co i rusz ocieramy się o życiowe mądrości. Ona na oko ma
około sześćdziesiątki, ja prawie 40 lat, ona niska, ja wysoka, ona jest babcią,
ja matką niemowlęcia, ona sprzątaczką, ja nauczycielką. Tak się różnimy, a
jednocześnie nasze światy są tak spójne, tyle identycznych myśli nosimy w
głowie. Rozmowa wyraźnie jej pomaga, uspokaja ją nieco. Mój niepokój o imieniu
„Co Będzie Jeśli Się Okaże” rozwiewa się jak poranna mgła. Tryskam humorem,
energią, odnawiam stare szpitalne znajomości z personelem. Nikt mnie tu nie
zapomniał i wszyscy traktują mnie nieco inaczej niż inne pacjentki. Stara "wyjadaczka" szpitalna Rut:)

W międzyczasie czytam książkę Yann Martela „Życie Pi”. Już
tak dawno nie miałam okazji, by usiąść i poczytać coś dla przyjemności. A
książka jest wspaniała. Zaczęłam ją już dawno temu, jeszcze w czasie wakacji. Potem przeleżała na parapecie wiele intensywnych tygodni aż do tego szpitalnego
dnia, gdy wirująca karuzela nagle się zatrzymała w miejscu. Czytam ją dalej i
dochodzę do wniosku, że tak miało być, że musiała poczekać ta książka, bo jest
właśnie na ten czas.

Opowiada o autentycznej historii 16-letniego chłopca Pi,
który w katastrofie morskiej traci całą rodzinę i zostaje w szalupie sam na
środku oceanu. Przynajmniej tak mu się wydaje na początku. Że jest sam. Potem odkrywa, że w
tej samej szalupie jest dziki tygrys bengalski. Przerażenie, odrętwienie, chęć
ucieczki, rezygnacja, tysiące nierealnych pomysłów jak pokonać bestię –  Pi przechodzi przez wszystkie te etapy nim
odkryje jakie jest jedyny sposób na przeżycie. Ale o tym doczytajcie sobie
sami.

Ja tylko napiszę, że metafory do mojego "dziś" nasuwają mi się
same.

Mój lęk przed rakiem jest moim bengalskim tygrysem, muszę go przyjąć, żyć
z nim i nie dać mu się zjeść przez najbliższe trzy tygodnie. Od dawna czułam, że siedzi w mojej szalupie ukryty pod brezentem. Od czasu śmierci taty oddech
tygrysa mam na karku. Stale. Dzień i noc. Kiedy ktoś ci bliski umrze w tak straszny sposób
,zarysowuje to twoją psychikę na zawsze. Strach o najbliższych i o siebie będzie
ci mruczał do ucha najczarniejsze scenariusze.

 Cztery lata temu zrobiłam
cytologię i okazało się, że konieczna jest operacja. Tygrys wyjrzał spod
brezentu, ale poszłam na operację i zagoniłam dzikiego kota znów do schowka na
dnie łodzi. Może – gdybym wtedy poddała się lękowi – dziś nie pisałabym tych
słów, nie byłoby ani mnie, ani Laurki.

Teraz znów dzieje się coś niepokojącego.

– To pewnie jakieś zrosty. Najprawdopodobniej zmiany są łagodne, ale musimy się upewnić – mówi lekarz.

Tygrys wystawia pazury, próbuje mnie straszyć swymi pomrukami.

Ale ja się nie
dam. On musi wiedzieć, że nie sparaliżuje mnie swoim wzrokiem, nie obezwładni.
Zrobię wszystko, by rozwiać wątpliwości, którymi się żywi strach i znów wygram.

Piszę dziś tę notkę tylko z jednego powodu. Żeby żadna z was ( bo głównie
czytają mnie kobiety) nigdy nie poddała się presji strachu i zrobiła wszystko,
by go zagonić w kozi róg. Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, jeśli wasze
ciało was niepokoi, idźcie do lekarza, zróbcie badania, zgadzajcie się na
operacje i zabiegi. Nie pozwólcie, by tygrys podszedł zbyt blisko. Nie dajcie
mu się omotać, bo on atakuje wówczas, kiedy jesteśmy zrezygnowani i bezczynni.

Pi był czujny i mu na to nie pozwolił.

Ja jestem czujna i mu na to nie pozwolę.

Wy też nie pozwólcie panoszyć się tygrysowi w swojej
szalupie

 

…bo „strach to jedyny, prawdziwy przeciwnik życia”.



senne marzenia

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Dni są tak zajęte, że brakuje mi czasu, by pojechać na
działkę. A nawet jeśliby kilka maleńkich jak ziarnka piasku sekund się
znalazło, pogoda jest albo porywista, albo dżdżysta, albo halna, albo mroźna, a
każda niesprzyjająca by niemowlaka wyciągać z pieleszy na długo na wieś. Ale
gdy znajdzie się i czas i pogoda uśmiechnie się szeroko zza chmur to ręce mam
zajęte Laurką i nie mieszczą się już w nich ani grabie nieodzowne jesienią, ani
pazurki do pielenia, ani sekator, ani nic innego. Jedna tylko Laurka skręcona
jak sprężynka, która w wózku za nic siedzieć nie chce.

Stąd pewnie ckni mi się strasznie i do działki i do roślin
moich i do grzebania w ziemi.

A kiedy tęsknota serce człowieka rozrywa, zaraz sny się
dziwne snują, do jawy podobne, nieprześnione, marzeń pełne. Tak rzekłby nasz
wieszcz Adam snując się po paryskim bruku:)

I miałby rację wieszcz brodaty.

– Wiesz co mi się dziś śniło? – zadaję przy śniadaniu
zagadkę mężulkowi.

– No co?

– Że przeniosłam się w przeszłość, w czasy dzieciństwa.

– Acha – zachęcająco mąż mój

– I wiesz jak to wykorzystałam?

– ….?

– Zaczęłam wykopywać z ogrodu sadzonki kwiatków.

Mąż z niedowierzaniem spogląda, bo każdy człowiek przy
zdrowych zmysłach jakoś inaczej pewnie wykorzystałby dar niezwykły
przeniesienia w czasie np. uczynki swe niecne naprawił. A tu nie. Jego prawie
rodzona żona za łopatę i sadzonki wykopuje z rodzinnego ogrodu:)

– A wiesz, że to już choroba jest? – skwitował tylko me
wyznanie kwiatoholika.

 

Lecz cóż tam reprymenda taka. Nie ostudzi żaru tęsknoty.

Kolejny ranek.  Sobota. Jak przez mgłę widzę mężulka z dwoma kubkami
kawy. Czarny, gorzki aromat wdziera się w głąb duszy, wodzi za nos, już – już prawie
budzi

– Kawa. – reklamuje kuszącym szeptem zjawa mężulka.

Chwieje się łódka Morfeusza dobijając do brzegu jawy.

Aż tu nagle widzę alejkę jakąś. Drzewa, krzewy cudne,
kwiaty, byliny kwitnące, a wśród nich moje ostatnie marzenie – takie różowe
duże kwiaty do marcinków podobne. Widzę je co dzień w jednym ogrodzie, gdy jadę
do pracy. A tutaj rosną na wyciągnięcie ręki, na „dziabnięcie” szpadlem:)

Więc chwytam za narzędzie i oto kolejne 15 minut spędzam na wykopywaniu sadzonek.

– Kawa już wystygła – wita mnie mężulek, gdy ocieram pot z czoła i… otwieram oczy.

– Nie mogłam się obudzić. Musiałam wykopać kwiatki –
tłumaczę się nieprzytomnie – Te różowe. Mówiłam ci.

A on się ze mnie śmieje.

 

A przede mną kilka dłuuugich zimowych miesięcy. Jakże ja
przetrwam na wygnańczym bruku?

"Dziś piękność twą w całej ozdobie widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie…"

 

wszystko i nic

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Sama nie wiem ile razy budziłam się wczoraj w nocy.

Kilka, a może kilkanaście.

Pamiętam tylko, że raz patrzył na mnie ciekawski pyzaty
księżyc opatulony wokół pierzyną chmur. Potem – w podobnej puszystej scenerii –
mrugała jakaś jasna gwiazda. A na koniec – mignął mi mężulek wyślizgujący się z
morza poduszek i kołdry.

Za pierwszym razem uśmiechnęłam się przypominając sobie
naszego kolegę Tomasza, który buduje dom i cieszy się z lampy księżyca, bo
dłużej może machać łopatą na działce. Mrugająca gwiazdka przypomniała mi o
Stelli, która jednak żyje, odezwała się i nie dość, że zdementowała wieści o swym
zgonie to dodała, że miewa się lepiej. Trzymaj się Stello:)

 

Kiedy się obudziłam na dobre było ciemno i była piąta. Końmi
by mnie nie wyciągnęli z ciepłej pościeli w taki chłodny poranek, ale na
szczęście nie musieli. Moje poczucie obowiązku ma siłę pociągową większą niż
stado dzikich mustangów, a że lampka kontrolna świeciła się w mózgu oświetlając
wielki baner z napisem: ALA JEDZIE NA WYCIECZKĘ!!!, stado ruszyło z kopyta:)

Na szczęście ubrania zapobiegliwie naszykowałyśmy wieczorem.
Wystarczyło tylko dorzucić bluzę, kamizelkę ( ubranie na cebulkę to podstawa),
odnaleźć plecak, wpakować weń prowiant, zaradzić coś na nagłą biegunkę i ból
brzucha, zlecić zjedzenie śniadania, popicie czymś ciepłym i już…

…można było wysłać mężulka i córkę w siną dal, a samej wypić
poranną kawę, uprzednio nakarmiwszy i ukoiwszy małego ssaka przy cysiu.

 

Takie chwile kiedy można się zatrzymać na chwilę zdarzają
się bardzo rzadko.

 

Dni zaczynają się wcześnie i kończą bardzo późno.

Wieczorem, po kąpaniu, muszę uspać przy cysiu Laurkę, potem
modlimy się z dziećmi, przepytuję z czegoś Alę albo sprawdzam jej jakąś pracę,
czytam Nusi bajkę i idę do Dusia na chwilę przytulić się i porozmawiać. Na
koniec – jeśli nie wyniknie coś nowego np. Laurka przebudzi się i wymaga
ponownego usypiania – idę jeść kolację. I dopiero wtedy, zaszywając się pod
kołdrę czuję, że dzień można zamknąć.

Śpię po kilka godzin w ciągu nocy, bo rzadko kładziemy się
spać przed 11-tą, a zawsze wstajemy koło 6-tej. W międzyczasie zaliczam mniej
lub więcej karmień.

Pokłady „niedospania” odkładają się we mnie tygodniami jak
muł na dnie rzeki. Spowalniają każdy ruch i myśl. Szczególnie wtedy, gdy dzień
jesienny, szary, deszczowy też wygląda jakby zasypiał.

Czasem myślę, że gdybym tylko mogła, położyłabym się i
przespała całą dobę. Nie ma jednak takiej opcji. Za to dni kręcą się szybko jak
kołowrotki, nić zdarzeń nieustannie się przesuwa, śmiga wrzeciono.

 

Ale sam siebie zadziwiasz i zaskakujesz znajdując siły
jeszcze i jeszcze. Niewyczerpane zdaje się złoża sił i mocy. Jakbyś była jakimś
herosem nieznanym w żadnej greckiej mitologii.

A nie jesteś. Nikt nie napisze o tobie poematu, nikt nie
uwieczni cię w nieśmiertelnych strofach. Bo o czym tu pisać? O tysiącu
zmienianych pampersach, o ładowaniu prania, o robieniu herbaty, o pośpiesznym
stukaniu obcasów na szkolnym korytarzu, o przywożeniu i odwożeniu dzieci?

Księżyc i gwiazdy śmieją się nad głową.


powrót do źródeł

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Niewiele mnie w mojej pracy potrafi zadziwić, ale tym razem…

 

Rozmawiam z Gosią, która pracuje na szkolnej świetlicy.
Relacjonuje mi dzień: grała z uczniami w małpki, bierki, lepili z masy solnej
potwory.

– Jestem wykończona. Trzech chłopaków a tyle zajęć. –
opowiada – I wiesz Rut, mamy tutaj telewizję n, kanałów do wyboru do koloru, a
dzieciaki nie chcą telewizji oglądać.

– Nie chcą?!!! – oczy mam jak pięć złotych.

– Naprawdę Rut. Nie chcą oglądać telewizji – potwierdza
druga opiekunka ze świetlicy.

– Niemożliwe!!! – ze zdziwienia otwiera mi się także buzia.

– Ale naprawdę! – zarzekają się obie z ręką na sercu.

Niewiarygodne!!!

 

Czyżbyśmy dobrnęli do kresu epoki wrażeń i doznań?

Rozwór nasycony mózgów naszych dzieci nie przyjmie już
niczego więcej.

 

Potwory z masy solnej zamiast telewizji? Żaden ze
współczesnych proroków tego nie przewidział.

Ale to znak, że instynkt samozachowawczy człowieka wciąż
działa niezawodnie:)


wsiąkanie bólu

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

– Mamooo!!!!

Ten krzyk i szloch przerażający z tylnej kanapy auta wciąż
świdruje mi w uszach.

– Nie płaczcie, dzieci – powtarzam raz i drugi sama mając
gulę w gardle – Nie płaczcie, proszę was. I odjeżdżam jak najprędzej by nie
patrzyły na agonię umierającego zwierzęcia. Ze skrzyżowania dzwonię do męża:

– Szarlotka weszła mi pod koła, gdy wyjeżdżałam – mówię –
Wyjdź i zrób co trzeba.

 

Szloch na tylnej kanapie nie gaśnie. Przycicha czasem, by po
chwili uderzyć nową falą.

– Nie płaczcie. – proszę znowu – Ala, Dusio, nie płaczcie.

– Mamo, dlaczego?!!! – wykrzykuje córka.

 

Co mam powiedzieć?

 Że nasza kotka, która
zwykle po odpaleniu silnika uciekała spod auta, tym razem nie uciekła. Że
przecież gdybym wiedziała, to nacisnęłabym jeszcze klakson. Że nikt tego nie
chciał, nikt nie mógł przewidzieć, nikt czasu nie może cofnąć.

Tak.

Właśnie tak mówię.

Ale to banały.

Ale to nie jest wciąż odpowiedź na najstarsze chyba i
najbardziej dramatyczne pytanie, jakie zadajemy: Dlaczego? Dlaczego jest
śmierć? Dlaczego przynosi tyle bólu? Dlaczego jesteśmy wobec niej tacy
bezradni?

 

Dzieci płakały niemal cały dzień. Dusio po powrocie ze
szkoły zaszył się w kącik i płakał aż miał zapuchnięte oczy i całą twarz. Ala
cicho połykała łzy na swoim łóżku wciąż zadając pytanie:

– Mamo, dlaczego?

– Nie wiem Ala. Tak już jest. Wiesz przecież. Wszyscy
umrzemy. Nic na to nie można poradzić.

– Mamo, ja chcę Szarlotkę. – wyszlochuje Dusio.

– Synku, poszukamy podobnego kotka.

– Nie chcę podobnego, chcę tego.

– Wiesz, że to niemożliwe. Nie mamy takiej mocy, by
przywrócić mu życie.

 

Płaczą.

Morze bólu.

A to śmierć maleńka jak kropla rosy. Wsiąkła w zamierającą
jesienną ziemię.

 

– A co będziesz robił, gdy ja umrę? – pytam, tuląc synka do
snu jak co wieczór.

Wybucha płaczem w jednej sekundzie.

– Będę strasznie płakał.

– Ale wiesz, że kiedyś muszę umrzeć.

– Wiem.

– Obiecuję ci – mówię, choć nie mam pewności ile warta jest
moja obietnica – że postaram się nie umrzeć aż do czasu, gdy będziesz dorosły i
będziesz miał własną rodzinę. Dobrze?

Kiwa głową i wtula mokry policzek w moją twarz.

Jego serce musi stwardnieć, musi zrozumieć, poczuć gorycz
małych strat by przetrwać większe.

 

Śmierć.

Temat nigdy nie oswojony.

Czasem myślimy, że wiemy już o niej wszystko, że nigdy już
nas nie przerazi, nie damy jej się więcej zaskoczyć…

A jednak…

Tego samego dnia wieczorem ujrzałam na blogu Maciejki trzy
świece przy imieniu Stelli.

Sama myśl, że Stella mogła…

 

Tak, umarła.

Miała 25 lat. W lipcu cieszyła się wakacjami. W
sierpniu dowiedziała się, że ma raka. Zmarła 29 września. W ostatnim mailu napisała mi, że ktoś wysłał do niej słowa: " I tak na pewno umrzesz". "No i co z tego, że umrę – powiedziała Stella – wszyscy kiedyś umrzemy." Była bardzo pogodzona, choć też bardzo chciała żyć.

Jej śmierć też wsiąkła w zasypiającą jesień.

 

Nigdy nie uodpornimy się na śmierć. Nigdy jej nie zaakceptujemy do końca. Kto wie – może jest w tym jakaś intuicja, że nie tak miało być i że śmierć nie pasuje do naszej bajki.

Ale dziś – choć to niepojmowalne – nasze serce musi spróbować
zrozumieć dlaczego jest i dlaczego dotyka nas sprawiając tyle bólu.

pętle czasu

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Po kostki brodzimy w jesieni, w jej szelestliwym , złocistym
bogactwie.

Pożegnaliśmy wczoraj pięć żurawich kluczy.

Ich klęgor.

Tak śpiewa serce ścierane w żarnach czasu, który powoli lecz
nieustannie się obraca.

Czasem zatacza pętle, powraca w te same miejsca, sytuacje,
obrazy.

Pierwsza pętla czasu.

Prowadzę Laurkę za rączki drogą przez sad. Szemrze zrudziałe
morze trawy, świerszcze pryskają spod stópek jak brunatne kropelki, słońce
tańczy wokoło. I wtedy nagle pojawia się w głowie ten obraz – najstarszy ze
wszystkich jakie znam. Jestem maleńka, mama prowadzi mnie za rączki po tej
samej drodze. A tam dalej stodoła i wiem, że obok jej wierzei obie znajdziemy
gromadkę jeży. Wszystko w sepi kolorach. Rudawy blask słońca.

Zatoczyłeś koło, zatańczyłeś czasie na scenie mego życia.

Druga pętla.

Przełączam aparat na tryb zdjęć czarno-białych. Zawsze
zadziwia mnie, fascynuje świat ujęty w te dwie barwy. Kiedy redukujesz kolory,
nagle wydłuża się przestrzeń, tężeją kształty, uwydatniają szczegóły. Obrazy
nabierają cech metafory.

I tak robię zdjęcie Nusi. Huśta się na huśtawce między
brzozami, rozwiane włosy, uśmiech. Przełączam zdjęcie na podgląd i zamieram, bo
z małego ekraniku patrzy mi w oczy mała Rut.

Potem zdjęcie Lauci w wózku, na tle ceglanej ściany domu,
przy niebieskiej ławeczce. I znów czas przerzuca kilka kartek wstecz. Zdjęcie
mojej mamy, gdy była małą dziewczynką. Dokładnie to samo miejsce, dokładnie ten
sam grymas, promienie słońca mrużące oczka.

Pętla trzecia.

Siedzę przy skalniku, pachną aksamitki, na kolanach Laurka.
Dokładnie tak siedziałam rok temu, a córeczka nienarodzona brykała w moim
brzuchu. Jak to niedawno było i jak dawno. Cały rok, a wydaje się jakby tydzień
minął. Nic się nie zmieniło i zmieniało się wszystko.

Zatańczył czas przed oczami, zakołował.

 

I zdanie, które noszę w sobie od roku i które jak refren
piosenki pojawia się zawsze, gdy jedziemy na wieś mijając zagajniki, lasy i
domostwa: „ stoją przy drogach rude zalotnice”.

Wdzięczą się brzozy o włosach zrudziałych, wyczesują liście
na asfalt drogi.

 

Tańczy czas, tańczy, obraca się wkoło. Kolejne jesienie za
nami, żegnamy kolejne klucze żurawi. Ich klęgor aż ściska za serce.

– Żegnajcie żurawie, żegnajcie! Wróćcie do nas na wiosnę! –
wołamy z Nusią machając rękami.