senne marzenia

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Dni są tak zajęte, że brakuje mi czasu, by pojechać na
działkę. A nawet jeśliby kilka maleńkich jak ziarnka piasku sekund się
znalazło, pogoda jest albo porywista, albo dżdżysta, albo halna, albo mroźna, a
każda niesprzyjająca by niemowlaka wyciągać z pieleszy na długo na wieś. Ale
gdy znajdzie się i czas i pogoda uśmiechnie się szeroko zza chmur to ręce mam
zajęte Laurką i nie mieszczą się już w nich ani grabie nieodzowne jesienią, ani
pazurki do pielenia, ani sekator, ani nic innego. Jedna tylko Laurka skręcona
jak sprężynka, która w wózku za nic siedzieć nie chce.

Stąd pewnie ckni mi się strasznie i do działki i do roślin
moich i do grzebania w ziemi.

A kiedy tęsknota serce człowieka rozrywa, zaraz sny się
dziwne snują, do jawy podobne, nieprześnione, marzeń pełne. Tak rzekłby nasz
wieszcz Adam snując się po paryskim bruku:)

I miałby rację wieszcz brodaty.

– Wiesz co mi się dziś śniło? – zadaję przy śniadaniu
zagadkę mężulkowi.

– No co?

– Że przeniosłam się w przeszłość, w czasy dzieciństwa.

– Acha – zachęcająco mąż mój

– I wiesz jak to wykorzystałam?

– ….?

– Zaczęłam wykopywać z ogrodu sadzonki kwiatków.

Mąż z niedowierzaniem spogląda, bo każdy człowiek przy
zdrowych zmysłach jakoś inaczej pewnie wykorzystałby dar niezwykły
przeniesienia w czasie np. uczynki swe niecne naprawił. A tu nie. Jego prawie
rodzona żona za łopatę i sadzonki wykopuje z rodzinnego ogrodu:)

– A wiesz, że to już choroba jest? – skwitował tylko me
wyznanie kwiatoholika.

 

Lecz cóż tam reprymenda taka. Nie ostudzi żaru tęsknoty.

Kolejny ranek.  Sobota. Jak przez mgłę widzę mężulka z dwoma kubkami
kawy. Czarny, gorzki aromat wdziera się w głąb duszy, wodzi za nos, już – już prawie
budzi

– Kawa. – reklamuje kuszącym szeptem zjawa mężulka.

Chwieje się łódka Morfeusza dobijając do brzegu jawy.

Aż tu nagle widzę alejkę jakąś. Drzewa, krzewy cudne,
kwiaty, byliny kwitnące, a wśród nich moje ostatnie marzenie – takie różowe
duże kwiaty do marcinków podobne. Widzę je co dzień w jednym ogrodzie, gdy jadę
do pracy. A tutaj rosną na wyciągnięcie ręki, na „dziabnięcie” szpadlem:)

Więc chwytam za narzędzie i oto kolejne 15 minut spędzam na wykopywaniu sadzonek.

– Kawa już wystygła – wita mnie mężulek, gdy ocieram pot z czoła i… otwieram oczy.

– Nie mogłam się obudzić. Musiałam wykopać kwiatki –
tłumaczę się nieprzytomnie – Te różowe. Mówiłam ci.

A on się ze mnie śmieje.

 

A przede mną kilka dłuuugich zimowych miesięcy. Jakże ja
przetrwam na wygnańczym bruku?

"Dziś piękność twą w całej ozdobie widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie…"

 

O ruttka

Szczęśliwa żona od 20 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *