tak właśnie

pierwsze ząbki wykluwają się w buzi

pierwszy spacer po nałęczowskim parku

pierwsza sukieneczka pierwszy raz założona na wypukły brzuszek

pierwsza łyżeczka deseru marchewkowo-jabłkowego ( smakowanie życia zaczynamy od deseru:)

pierwszy raz w ramionach dziadka

pierwszy kwiatek włożony za uszko

pierwsze podróże na siedząco w wózku spacerówce

pierwszy daleki wyjazd z drzewami tańczącymi w oknach samochodu

pierwsze zanurzenie noska we wnętrzu narcyza

pierwszy kosmyk włosków odcięty

pierwsza burza

pierwszy deszcz

pierwsza zamieć z płatków dzikiej wiśni

Dla niej wszystko jest pierwsze, świeże,  zadziwiające.

A dla mnie…

pewnie tyle rzeczy jest już po raz ostatni, choć zupełnie o tym nie wiem.

Ale przecież są  rzeczy pierwsze, które są ostatnimi, więc może są też ostatnie, które są pierwszymi?

Bo może wszystko zdarza się raz tylko.

pierwszy raz tak właśnie patrzę jemu w oczy

pierwszy raz tak właśnie dotykam dłonią trawy

pierwszy raz tak właśnie rozmawiam z mamą

pierwszy raz tak właśnie budzę się o świcie

pierwszy raz taką właśnie piję kawę

pierwszy raz zdarzył mi się taki dzień jak dzisiaj

i dlatego –

pierwszy raz tak właśnie… mówię do was.

ogród fresków


Życie jest przebogate.

Usiłuję zatrzymać choć miligram z tego co się dzieje, upleść kobierzec słów, zamknąć w puzderkach pamięci, ale na koniec zawsze muszę się pogodzić ze swą bezsilnością.

Pudełek zbyt mało by ukryć wszystkie skarby, komputer co i rusz wyświetla wiadomość „ za mało miejsca na dysku”, słowa zbyt oklepane, zbyt zwyczajne by osnuć na nich przędzę cudu.


Jak opisać bogactwo codzienności?

Patrzę, słucham, chłonę, składam myśli, biorę długopis, zeszyt z jeżykiem, siadam przy klawiaturze i po pierwszych słowach zastygam. A potem … odkładam długopis i zeszyt, odchodzę od biurka.


Gdybym mówił językami ludzi i aniołów…


Nie umiem napisać nic więcej niż : „życie jest przebogate”.

Jak freski w Kaplicy Sykstyńskiej.

Ile trzeba by czasu, by opisać to wszystko co w nich zawarte; kolory, fakturę, postaci, detale, symbolikę, grę światła smużącego z okien, lot myśli krążących pod stropem, uczucia jakie wzbudza pełne wysiłku i lekkości dotknięcie palcem dłoni Adama, by żył…



A to tylko ogród fresków ludzką ręką wymalowany na ścianach. Tylko życia odbicie.


Gdybym mówił językami…


Laurka ma oczy jak migdały. Najlepiej to widać, gdy patrzysz od góry. Rzeczy widziane z innej perspektywy niż przyzwyczajenie zyskują na niezwykłości. Podobnie ludzie.

Mrużą się oczka, gdy stajemy obie przy drzwiach balkonowych. Oglądamy niezwykłe zjawisko – donicę pełną różnokolorowych bratków. Wyglądają jak strzępek oddarty od tęczy.

A to Miś je kupił na targu, Rut posadziła.

– Zapamiętaj synu – mówił mężulek – kobietom wystarczy kupić troszkę kwiatków, by miały taką minę.

Na stole kuchennym płonie bukiet żonkili. Tych spod płotka. Daleko nie uciekły. Usidliliśmy je, zatrzymaliśmy ich świeży urok w szklanym wazonie. Na obrusie haftowanym w mlecze i dmuchawce szklana kuleczka leży. Słońce gra nią w kolory. Żonkile zaglądają nam w talerze i kubki pełne bursztynowej herbaty.

Zaraz przy stole stoi łóżeczko Laurki. Bobasek bawi się gołymi stópkami, chwyta je w locie, ciągnie do buzi. Rozgłośne cmokanie przeplata się z radosnym piskiem, mruczeniem i kombinowanymi ariami operowymi. Ma głosik diwy ten nasz dzidziuś. Chociaż czasem…

– Zamknijcie okno – mówi Rut – bo ludzie pomyślą, że tu przemoc w rodzinie się dokonuje.

Wszak nie każdy jest melomanem:)


Palce zamierają na czarnej klawiaturze.

I co teraz?

Gdybym mówił językami, gdybym miał wszystkie barwy świata, gdybym znał wszystkie jego tony…

Ile razy artysto twoja ręka osunęła się świadoma, że nie ujmie wszystkiego we fresk?

Ile razy zszedłeś z wysokiego rusztowania z decyzją, że nie wrócisz?

I wracałeś.


Dudnią schody jak bębny tubylców, skrzypią podłogowe deski przeciągłym jękiem, ściany odbijają echo nawoływań: „Dusio, gdzie jesteś?!!! Mamo, nie przebiegała tędy Nusia?!!! Nie wolno na dole!!! Już się nie bawię!!!”

Rodzeństwo bawi się w chowanego. Znaleźć kogoś w tak ogromnym domu to jak szukać igły w stogu siana. Co za frajda zaszyć się pod stolikiem u babci, za grubą zasłoną, czy w szafie i udawać, że cię nie ma. A gdy się znudzi? Jest jeszcze guma. Od babci wyprosili kawałek, mama związała. Gra stara jak świat, która znów święci tryumfy na szkolnych korytarzach. I to nie tylko wśród towarzystwa z warkoczykami i kokardkami we włosach.

– Grałeś jak byłeś mały w gumę? – pyta Rut mężulka

– Fuj – odpowiada zgorszony

– A teraz wszyscy chłopcy grają – opowiadają na wyścigi dzieci – Każdy ma swoja gumę. Dziewczynki i chłopcy.

– Fuj – nie zmienia zdania staroświecki tatuś.


„Okruszki ze stołu” – szepcze myśl – „To tylko okruszki Rut”

Wiem. Nie wyzbieram wszystkich. Kartek za mało w zeszycie, bajtów w komputerze, tuszu w długopisie, chwil wolnych za mało.

Po raz kolejny odchodzę.

I wracam.


Kiedy odmawiamy koronkę do miłosierdzia za oknem dwie smugi światła przebijają szare sklepienie. Trzepot skrzydeł siwych i na nagim jeszcze drzewie lekko siada gołąb. Laurka patrzy dziwnym wzrokiem po twarzach monotonnie coś recytujących.

– Co się dzieje? Co wy robicie? – grucha do wtóru z gołębiem.

Wszystkie buzie śmieją się w odpowiedzi na jej pytanie.

Dwa paluszki wędrują do buzi. Może tym razem natkną się na trop ząbków.

Rut wyraźnie już je czuje w czasie karmienia.

– Au!!! niunia mnie gryzie!!! – płacze mamusia, a córeczka przerywa niecny proceder, spogląda kącikami oczu i się śmieje.


Dlaczego nie istnieje słowo na określenie tego czegoś co pomiędzy spojrzeniem a uśmiechem się tli? Dlaczego nie ma nazwy kolor jej oczu?


Gdybym znał wszystkie języki świata, gdybym był biegły w każdej mowie…Może moje dzieci, kiedyś.


Ala pisze opowiadania o żubrze i wiewiórce Basi. Szybko, sprawnie, z polotem niespotykanym u dzieci w jej wieku. Siedzi w łóżku do późnej nocy i drobniutkim pismem pokrywa kolejne kartki brulionu. Nieobecna, podekscytowana, z płonącymi policzkami.

Ja w jej wieku tez pisałam książki, bajki, ale jej talent stokroć przewyższy mój. Już to widać. Krople złotego jantaru spływają po palcach wprost na białe kartki.

Może ona pozna słowa, których ja nie znam, może ona znajdzie barwy dla mnie niewidzialne, może ona zapełni freskami przestrzenie dotąd puste.


Tymczasem budują na działce płotek z patyków dokoła swego domku na drzewie. Splatają go pracowicie z leszczynowych witek i wzmacniają skrawkami sznurka. Dusio jak zawsze jest sprężyną poruszającą wszystkie tryby. Planuje, przewiduje, nadzoruje, wieńczy dzieło.

W wózku śpi Laurka, trawa zielenieje, ptak śpiewa, z lasu dolatuje na fali wiatru zapach fiołków.

– Mamo, możemy iść je zerwać?

Idą. Przedzierają się przez krzaczaste poszycie lasu, pochylają głowy, co krok nadziewają się na sterczące gałęzie. Obserwuję przez siatkę ich pełną mozołu wędrówkę. Zupełnie jak w życiu.

Fiołki spadły z nieba, gdy aniołowie wykrajali w nim dziurki na gwiazdy:) Tyle rzeczy nam z nieba spada, lecz czasem tak trudno wyplątać myśli z zagajnika jeżynowych łodyg. Sama ostatnio tak uwięzłam.



Pokornieją palce stukające w czarną klawiaturzę.

Enter.

Gdybym znała języki ludzi i aniołów…



…ale nie znam


Znam tylko wiele tysięcy słów zupełnie nieprzydatnych przy opisywaniu cudu codzienności zwanej przez ludzi szarą.


dumka na gitarę

Oglądamy „Rodzinkę.pl”.

Filmowa żona w środku nocy „zawraca gitarę” mężowi, by wstał i poszedł do kuchni sprawdzić, bo ona się martwi, że pojemniki na śniadanie dla synów nie umyte.

Ha ha ha – śmieją się Rut i Miś w duecie.

Chwilę potem film się kończy, telewizor gaśnie, wszyscy ułożeni w kosteczkę pod kołderkami. Nie mija i pięć minut, gdy…

– Martwię się – szturcha Rut mężulka.

– Czym? – pyta nieprzytomnie kościstym łokciem dźgnięty.

– Czy Laurka oddycha. – szepcze żoneczka pochylając się nad bobaskiem – Bo ona ma taki katar. Może jej się zatkać nosek.

– Oddycha, oddycha – tonem bobaskologa – znawcy wybudzony Miś.

W tym momencie jakby na potwierdzenie tej śmiałej tezy daje się słyszeć rozgłośne chrapnięcie maluszka.

Chrrrr!!!

Uff.

Uspokojona Rut układa się do snu.

– Widzisz – z satysfakcją komentuje małżonek.

– No, przynajmniej tego, że ty żyjesz jestem pewna przez całą noc – nie pozostaje dłużna żona.

– Co??? !!!

Tu następuje seria pisków, szelestów i rechotów wieńcząca wieczorne „zawracanie gitary”.

Tak, tak Panie Kohelecie są różne czasy:

jest czas grania serenad na gitarze

i czas gitary zawracania:)

bez okładu z kapusty:)

 

– Mamo, czy kobieta może urodzić bez męża? – pyta Dusio w trakcie zbiorowych igraszek z Laurką.

– Nie, nie może. – odpowiada mama.

– A czy może urodzić jak nie ma męża? –  synek drąży jak kornik od innej strony.

– Może. – „oj, robi się coraz bardziej pod górkę” – myśli Rut i mężnie kontynuuje wyjaśnienia – Może synku, jak ma na przykład narzeczonego, albo jakiegoś innego mężczyznę…

– Czyli bez mężczyzny kobieta nie może urodzić dziecka – konkluduje dociekliwy.

– No pewnie, że nie może. – wtrąca się do ciekawej dysputy Nusia – Ktoś musi ją przecież zawieźć do szpitala:)

No i wybrnęliśmy. I to bez pomocy bociana i kapusty:)

 


błogosławieństwo

 

– Oooo, ręka Boga!!! – krzyczą nasze dzieci patrząc przez okno.

 

 

 

My to tak nazywamy:)

On palcami swymi muska wszystkie nasze ziemskie sprawy,

dachy przykurzone,

świetlisto- żółte narcyzy,

pióra gołębi w locie,

berety na głowach pań,

trawy prostujące po zimie swoje plecy,

włosy podlotków, a pod nimi całkiem już dorosłe myśli,

uprane obrusy na sznurach,

karoserie śmigających aut,

kłębki wronich gniazd na czubkach drzew,

uliczne zebry z wędrującymi po nich tornistrami,

tafle okien wiosennie wypucowanych,

zadarte noski bobasków,

laski staruszek stukające o chodnik,

szepczące fale rzeki,

zwitki białej kory na pniach brzóz,

mnie, ciebie, nas.

„ Jestem bowiem świadomy zamiarów, jakie zamyślam co do was – zamiarów pełnych pokoju, a nie zguby, by zapewnić wam przyszłość, jakiej oczekujecie.” – mówi.

 

… słyszę to oczami.

 


kwitnienie

On trzyma bobaska na kolanach. Maluszek ssie piąstkę prawie usypiając.

W TV „Jaka to melodia” rozbrzmiewa dźwiękami przebojów.

„Przetańczyć z tobą chcę całą noc…” – wypełnia melodią wieczorny pokój.

– Pamiętasz? – pyta on

– Pamiętam. – mówi ona

Przecież zawsze będzie pamiętała. Piosenka, która rozpoczęła ten najważniejszy wieczór ich wspólnego życia. Którą odtańczyli w obłoku zachwyconych spojrzeń i  fleszach uśmiechów przyjaciół.

– Nawet więcej niż noc… – rozmarza się ten, który tańczy z nią już 12 lat.

Zaczynają się całować.

I tu – zgodnie z kanonami kina amerykańskiego – powinno być dyskretne ściemnienie. Klaps. Koniec sceny.

Tymczasem to film polski jest, więc…

– Weź mnie na kolanka i pogłaskaj po pleckach – rozlega się głosik Nusi

– Rozepnij mi z tyłu guzik – prosi Ala.

– Weź mnie na kolanka i pogłaskaj plecki – wobec braku odzewu ze strony rodziców powtarza natarczywiej maluch.

– Pamiętasz – mówi mężulek, przerywając romantyczny pocałunek – jak kiedyś marzyłaś, by nasze dzieci widziały, że się całujemy?

Pamiętam.

Takie moje stare marzenie.


Ta scena zachwyciła mnie w jednej z książek Musierowiczowej. Aniela i Bernard całują się na fotelu, niepomni, że do mieszkania wchodzi gość. Ich dwaj synowie bawią się w najlepsze w kojącej atmosferze ich czułości. Nie są zdziwieni zachowaniem rodziców. Wszak to oczywista oczywistość, że się kochają.

Ja jako dziecko nie miałam tej pewności.

Nie można wyrządzić większej krzywdy dziecku niż wychowywać je na ruchomych piaskach.

Pamiętam więc i nigdy nie zapomnę –

dzieci muszą mieszkać w oazie pod słońcem miłości.

Tylko tam zakwitają te delikatne, orientalne kwiaty.

różne wypadki

Najstarsza nasza córka jedzie za czas niedługi na szkolną wycieczkę. Wycieczka jest z gatunku tych dłuższych i zahaczy również o ościenny, przyjazny, wręcz pobratymczy według starych podań kraj UE. Lecz by odświeżyć więź krwi konieczny jest paszport lub – w wersji bardziej ekonomicznej czasowo i materialnie ( nerwowo również) – tymczasowy dowód osobisty.

Na wieść o tym średnia córka zgłasza roszczenia:

– Ja też chcę mieć dowód.

– A po co ci dowód? – pyta Rut – Alutka jedzie na wycieczkę i jest jej potrzebny, a takim maluchom jak ty robi się dowody tylko w WYJĄTKOWYCH wypadkach – wyłuszcza racjonalnie macierz.

– Ale – wchodzi w słówko rzeczony maluch – ja przecież miałam WYPADEK. Brat mnie popchnął i upadłam:)

Trudno dyskutować, gdy na stół wyjechały takie argumenty. Wypadki wszak chodzą po ludziach, a po naszym maluchu to całymi stadami przebiegają.


Twierdzi ostatnio, że jest księżniczką Dżasminą, co nie przeszkadza jednak szlachetnie urodzonej w bieganiu z plastikowym rewolwerem w dłoni i kopaniu piłki w salonie.

Może ją nawet do reprezentacji przyjmą tyle goli strzela

i wtedy…

… warto wyrobić dowód – tak na WSZELKI wypadek:)

 


starocie

Na specjalne zamówienie nasz targ staroci:)

Okiennice babci niebieskiej

 

stary płotek z koronką jaśminu

 

 

czerwone maki i czerwone ręcznie robione cegły

 

 

stare rosochate jabłonie w sadzie

 

 

i niebo – stare jak świat, lecz równie zachwycające jak przy jego stworzeniu:)

 

 

A teraz pchli targ zamykamy:)

zganiony

 

– Oooo, cukierki!!! – cieszy się Nusia przecierając porannie zaspane oczka – Skąd?

– Może krasnoludki przyniosły. – podpuszcza Rutka

– Nie, to ja przyniosłem – przyznaje się Miś – Wczoraj dzieci w szkole rozdawały i pomyślałem, że wezmę trzy dla moich dzieci.

– A nie zapomniałeś o Lauci? – z wyrzutem strofuje Nusia.

– No właśnie! Nie zapomniałeś o Luci?!!! – przyłącza się do przygany maszynka do przerobu cukierków na mleczko 🙂

Zapomniał. Do czterech zliczyć nie umie.


– Nie martw sie mamusiu. – pociesza Nusia patrząc z dezaprobatą na winowajcę – Ja się z tobą podzielę.


przeoczenie

A wczoraj na działce  oprócz stukotu młotków, świstu szlifierek, nawoływań brygady: „Poooodaj!!! Nie, nie z tej stroony!!! Młotek? Gdzie młoootek!!!?” wiosna przechadzała się…

Wykluły się kurczęta na skalniaku

 

jaszczurka piekła boczki na słońcu

 

wytropiliśmy uciekinierów z ogródka. Już byli za płotem:)

 

różowe słońce przykucnęło na trawniku

 

 

Tyle sie działo oprócz zmiany dachu.

Ale większość przechodniów widziało tylko dach i słyszało stukanie młotków:)

Drobne przeoczenie.