nocna podróż

 

Jadę nocą do domu.

To metafizyczne doznanie. Jestem wtedy tak blisko granicy.

Jest ciemno, siąpi deszcz, a z naprzeciwka pędzą inne auta; osobowe i tiry. Ich światła rozmazują się na zapłakanej szybie, kłują w oczy. Pomiędzy jednym a drugim taktem wycieraczek świat zanika za srebrną zasłoną, jakby ktoś zbyt wolno przesywał klatki filmu.

Chwilami jadę na oślep. Moje okulary kondensacyjne pomagają widzieć wyraźniej, ale to i tak tylko fantasmagorie rzeczywistości.

To metafizyczne doznanie, na pograniczu światów.

Wiem, że wystarczy jeden nieostrożny ruch, może jedno drgnienie i … wszystko się dla mnie skończy. Tutaj.

Wiatr szarpie autem jak żaglem na pełnym morzu, zacina sztorm, łódka chybocze, skrzypi.

Jadę około 100 km na godzinę, woda spod ciężarówek raz po raz chlusta w moje okna.

Wystarczy jedno niedopatrzenie z mojej lub nie-mojej strony… Jedno drgnienie zmęczonej ręki. Hamulec, który zawiódł, urwane koło, poślizg, sarna… Tyle różnych możliwych scenariuszy. Wszystkie równie wiarygodne.

Dopiero gdy dojeżdżam do bramy i sięgam po pilot, wiem już, że to nie był ostatni akt sztuki.

Czyjaś ręka jeszcze raz zacumowała mnie bezpiecznie u przystani. Jeszcze nie pora.

* * *

Być zawsze gotowym.

Zawsze przygotowanym na wszystko.

Naucz nas liczyć dni nasze, abyśmy osiągnęli mądrość serca.

 

 

zmysł

 

– Cytryna – wykrzykuje mała dziewczynka.

Mały nosek przyciska się do żółtej pachnącej skórki.

– To szyszka! – mówi chłopiec, obracając cacko w rączkach.

Wyjmuję wszystko po kolei z mojego pudełeczka. I suche szeleszczące liście, i gałązkę mięty, i skórkę pomarańczy, i żołędzia, kawałek tui, a na koniec porcelanowego ptaszka – gwizdek wodny, którego dźwięk tak cudnie imituje ptasie trele.

Dzieci dotykają, słuchają, wąchają. Ale na oczach mają opaskę z mojej apaszki. Apaszka jest biała w granatowe ważki. Nic przez nią nie widzą, a jednak odgadują, bezbłędnie prowadzone innymi zmysłami.

* * *

I jak to jest? – myślę – że patrzę na słońce i wykrzykuję: „to Ty”, że słyszę szelest rzeki i błyski na jej tafli i znowu rozpoznaję Ciebie, czuję pocałunek wiatru na twarzy i wiem, że to także Ty.

I w misternym rysunku nerwów liścia Cię rozpoznaję, i w serpentynie muszli, i idąc we mgle, i w zmierzwionych jesiennych grzywach miedz, w purpurze zachodów słońca, w zapachu sosny, dojrzałego jabłka, gruchaniu synogarlic, sierpie księżyca, układzie obłoków. I w bólu, i w pieśni, i w tęsknocie, i we łzach, w śmiechu, w rozmowie…

Wszędzie rozpoznaję Cię jakimś nienazwanym zmysłem, choć wszystkie moje ludzkie zmysły zamknięte na Ciebie.

Czy jest zmysł smakowania Boga?