wysyp

Jesienią bywa obficie i prze- różnie.

Wszystko przesypuje się przez brzegi zmysłów.
Kolory, dźwięki, zapachy, szmery, wzdychania, szelesty, purpura, karmazyn, beże…

Serce wzbiera uczuciami jak paciorki winogron wzbierają słodko- cierpkim sokiem. Wystarczy jeden niedelikatny gest i czuje się zmiażdżone.

Smuteczki, nostalgia, żal, tęsknota, zachwyt, ukojenie…
Słodycz i gorycz położone obok siebie na jednym stole życia.
Jedwabistość i szorstkość losu.

Wycie wiatru w kominie i zadumana cisza zapadającego w sen sadu.
Chłód mokrej szyby auta o poranku i ciepły termofor przytulony wieczorem.

Wysyp.
Obfitość nie mieszcząca sie w żadnej skali.
Amplituda uczuć podobna falom podczas sztormu.

Jestem pośród tego jak mała łódeczka origami złożona rękami dziecka z kartki papieru.

Mała. Zachwycona. Bezbronna.

smak życia

Każda z nas bierze jedną zieloną poduszkę pod pachę i włochaty kocyk. Nasze kroksy z szelestem suną po trawie. Potem rytualne moszczenie się, układanie poduszek, zawijanie w koc. I już.
Leżymy na hamaku rozpiętym między brzozą a sosną.
O różnych porach dnia. Rano, w południe i wieczór. Między praniem a gotowaniem. Po zakupach i przed sprzątaniem.
Leżymy.
W międzyczasie wszystkiego. Pracy. Szkoły. Modlitwy.
Zdarza się nawet, że międzyczas rozciągamy jak gumę do pasujących nam rozmiarów:)

Laurka i ja.
Jej mała brązowa główka wciska się pod moją pachę, albo układa na brzuchu.
Aaaa.
I jeszcze bierzemy garść pudrowych miętówek.
Bez tego nasz międzyczas jest jak niedokończony obrazek. Bez tła smaku.

– Mamo, opowiedz mi znowu o jakichś dzieciach, które widziały Maryję. – słyszę stłumiony głosik.
– Ale ja już nic nie pamiętam.
– Przypomnij sobie – nalega głosik chrupiący miętówkę.
No i coś tam sobie zawsze przypominam. Dłuższe opowieści i te krótsze podobne do błysków na falach.
Zanurzamy się w nich obie. W historiach i w miętowym aromacie.

Dzięcioł puka nam nad głowami, szyszki co i rusz lądują obok i tylko cudem omijają nasze głowy. Przemknie jak duch nasza kotka. Zamiauczy. Zapachnie żywicą. Zastuka siekierą ze stodoły – to syn rąbie drewno na zimę.

Zatrzymać to. Zatrzymać wszystko w sobie. Dać osiąść jak grudkom złota na sicie. Na tym polega szczęście. Na niczym innym.
Nie ma go na końcu tęczy.
Sprawdzałam.

Bywa za to czasem na dnie ciemnych oczu moich bliskich i… na dnie filiżanki z kawą.

Złotodajna zwyczajność życia.

wołanie

Czasem tak mam.
Zaszywam się w jakiś kącik zupełnie sama. Uciekam od ludzi, rozmów, zgiełku, wrażeń. Chowam się przed światem. Osłaniam ciszą.
Czasem tak mam.

Coraz częściej.
Pustynia woła mnie coraz głośniej. Wzywa. Wabi.
Bo moje serce przez lata wychowywało się na pustyni i tęskni do niej coraz bardziej i bardziej. Aż do bólu.
Dlatego znikam nagle spośród głośnych rozmów. Milknę w połowie ożywionej pogawędki. Wyłączam radio. Idę głęboko w sad. Zbiegam schodkami w środek siebie.

Potrafię być roześmiana. Potrafię być rozgadana. Bardzo aktywna i twórcza. Czasem wszędzie mnie pełno, a mój śmiech niesie się echem daleko. Potrafię żartować i śmieszyć. Potrafię być duszą towarzystwa. Paplać na wszystkie tematy i tańczyć na środku salonu.

Ale to nie cała prawda o mnie. Nawet nie ta większa jej połowa.

Gdy mówię ludziom, że jestem introwertykiem niedowierzają. Mój mąż i dzieci śmieją się do rozpuku.

– To, co widzicie na zewnątrz – mówię – to nic w porównaniu z rozległymi światami, które noszę w sobie. Ja bardziej żyję w środku niż na zewnątrz, choć na zewnątrz wydaję się wam taka bujna.

Pustynia woła mnie. Jej głos słyszę nawet w tłumie. Jej pieśń kusi nocami.

Drży jak rosa na liściu serca.

Dzika tęsknota, by już wrócić.

Utopić się w milczeniu.

koniczynka, bez i kukułka

Siedzimy przy kuchennym stole. Lalcia rysuje liść koniczyny bez odrywania ręki. Czterolistny liść.
– Mamo, a czy da się znaleźć czterolistną koniczynę? – pyta.
– Tak. Kilka razy w życiu znalazłam – przyznaję.
– I co? Miałaś wtedy szczęście?
– Tak. Ale to nie od koniczyny.
– A od czego?
– Szczęście jest od Boga – śmieję się.

Ale córka drąży temat. Z drążenia i nieugiętości jest znana:)
– A opowiadałaś, że jak byłyście małe, to szukałyście na takim krzaku, którego nazwy nie pamiętam, kwiatków. On normalnie ma cztery płatki, a wy…
– My szukałyśmy takich z pięcioma – wchodzę jej w słowo – To był bez.
– Tak. I mamo mówiłaś, że zjadałyście taki kwiatek żeby mieć szczęście. I co? Miałaś?
– Tak. Miałam.- odpowiadam śmiejąc się na wspomnienie tego, co wyczyniałyśmy jako dzieci – Bo ja zawsze mam szczęście. I bez kwiatka.
– A to prawda – Lalcia nie ustaje – że jak się pierwszy raz usłyszy kukułkę i będzie się miało przy sobie pieniądze, to będzie się bogatym cały rok?
– Nie. Ja zawsze słyszę kukułkę bez pieniędzy, a i tak jestem bogata.

Hmmm. Lalcia się zastanawia.

– Ja też ostatnio jestem bardzo szczęśliwa – zaczyna się zwierzać – Bo często jeździmy na babskie zakupy – dodaje koronny argument.

🙂

Każdy ma – zdaje się – swoją własną miarę szczęścia, bogactwa, zdrowia, pomyślności.

I -bardzo często – własne powody, by być … nieszczęśliwym.

Zawsze mamy wybór.

Nawet w takich kwestiach.

oczy szeroko zamknięte

Miałam dziwny sen.

Nie pierwszy raz miewam dziwne sny. Mój mąż i dzieci śmieją się nawet z tego, bo, gdy im czasem rano opowiadam, nie mogą wyjść z podziwu co też to siedzi w mojej głowie.

Dziś w nocy musiałam koniecznie wstać. Przypominał mi o tym prozaicznie pęcherz.
Herbatka na noc to dobry pomysł, lecz ma też swoje ALE:)

Wstałam więc, usiadłam na krawędzi łóżka, skonstatowałam jednym uchem, że nasze starszaki wciąż – mimo później pory – rozmawiają i śmieją się na poddaszu.
– Co o oni tam robią w środku nocy? – zadałam sobie nawet w myśli retoryczne pytanie i skierowałam się w stronę ubikacji. Po drodze rzuciłam jeszcze okiem na salon i… nagle mnie wmurowało, bo oto mój syn stał w nonszalanckiej pozie przy parapecie okna.
– Przecież przed chwilą słyszałam jego śmiech i niski tembr głosu z góry – zreflektowałam nad wyraz przytomnie – Coś tu jest nie tak! Ja chyba nadal śpię!

I rzeczywiście.

W tym samym momencie poczułam, że wciąż leżę na łóżku, obok mnie śpi mąż, a pęcherz wciąż domaga się swego.

– Teraz muszę już naprawdę się obudzić – postanowiłam twardo i spuściłam nogi z łóżka.
Dwa głębokie wdechy i … genialna myśl. Stanę obok szafy, oprę się plecami o jej drzwi i ich chłód na pewno mnie otrzeźwi i wybudzi. Tak zrobiłam. Przyjemne zimno rozlało się po ramionach i plecach.

Super. Jestem obudzona.
Idę!
Wciąż słyszę rozmowy moich starszych dzieci z góry. No trudno, najwyżej się nie wyśpią na jutro. Przywileje młodości:) Ja tylko śmignę do łazienki i…

Staję w progu sypialni i zauważam, że drogę tarasuje mi sterta pluszaków, w tym jeden gigantycznych rozmiarów. A na schodach siedzi Ala i się uśmiecha.
– Skąd się wzięły tu te zabawki? – pytam córkę.
– Po prostu tu leżą. – odpowiada równie nonszalancko jak pierwej syn stał oparty o parapet w salonie.

Wtedy znów mnie olśniewa: Coś tu nie gra! Ja wciąż śpię!

I wszystko powtarza się od nowa. Pod moimi plecami miękki materac, okrywa mnie ciepła kołdra, a pęcherz… Ratunku!!!

Pętla.
Wpadłam w pętlę.
Jestem zupełnie świadoma, a nie potrafię wyjść ze snu. Myślę logicznie, a przebywam w surrealistycznej przestrzeni bez drzwi.
Zaczynam odczuwać panikę.
Wtedy pojawia się myśl jak koło ratunkowe:

Otwórz oczy. Rut, otwórz oczy!

Otwieram. Ciemność i cisza spowijają dom. Wstaję powoli niepewna czy aby na pewno… Wychodzę z pokoju. Spoglądam z niepokojem na parapet w salonie i schody. Pusto.

Udało się.

Wspomnienie snu – pętli jest jednak ze mną cały dzień. Porusza moje myśli, stoi w tle zdarzeń.

To był tylko sen.

Lecz ile razy w ciągu ostatnich dwóch lat słyszałam : „Wiesz Rut, czasem myślę, że to tylko zły sen. Że wystarczy się obudzić i wszystko będzie dobrze. Ale… nie mogę się obudzić”.

Życiowe tragedie. Rozwody. Zdrady. Śmiertelne choroby. Bliscy mi ludzie, przyjaciele w tunelach bez wyjścia.

Matrix.

Otwórz oczy. Otwórz moje oczy.

Proszę.