Stoimy obie przed wielką srebrną taflą lustra w łazience.
– Zobacz – mówię, dotykając swoich policzków – lepiej weź ten aloes ze sobą, bo jak przyjedziesz następnym razem twoja mama będzie wyglądała na młodszą od ciebie – żartuję.
– Oj mamuś – mruczy ona, tuląc się do mojej twarzy.
Patrzę i nie mogę uwierzyć za każdym razem moim oczom. Obok mnie stoi młoda piękna kobieta, kość z mojej kości, krew z mojej krwi. 21 lat temu zobaczyłam ją po raz pierwszy, maleńką kruszynkę, która nawet nie zakwiliła po urodzeniu tylko od razu uważnie przyglądała się światu swoimi czarnymi oczkami.
Był 25 maj, za oknem upalne już lato.

* * *
Pamiętam też siebie, młodą dwudziestoparoletnią dziewczynę, która za chwilę miała zostać matką.
– Może poczekamy do jutra – zaproponowano mi wtedy – Jutro ma przyjechać ekipa z telewizji i będą na żywo nagrywać program z okazji Dnia Matki, to by było tak pięknie: urodzi pani swoje pierwsze dziecko w takim dniu – zachęcał personel szpitala. – I ten niezwykły milenijny rok.
Żywo stanął mi ten obraz przed oczami wyobraźni. Oto rodzę moje dziecko przed oczami tysięcy gapiów oglądających telewizję śniadaniową;) Na dodatek to mój debiut w rodzeniu:)
– Nie – zaprotestowałam na tyle gwałtownie na ile pozwalał mi mój ówczesny stan – podłączcie oksytocynę.
Kobiecie ciężarnej się nie odmawia, bo jak to u nas mówią: takiemu, co odmawia, myszy buty zjedzą;)
Więc …
urodziłam tego samego dnia, bez fanfar i medialnego szumu, lecz otulona kochającym spojrzeniem męża i pełna jakiegoś dziwnego uniesienia.
Ból jest – oczywiście. Jako matka czwórki dzieci nie będę zaprzeczać, że poród boli. Ale ból rodzenia to dziwny rodzaj bólu, osładza go, że od razu widzisz jego owoc.
Niewiele jest takich cierpień w naszym życiu.
Ból, o którym wiesz, że musisz go przejść, że nie ma innej drogi i to sprawia, że nie miotasz się szukając dróg wyjścia.
Ból, który – jesteś tego pewna – dasz radę znieść i o którym szybko zapomnisz.
Tak właśnie było.
Nie pamiętam bólu, tylko szczęście, rodzaj ekstazy.

* * *
I oto teraz stoję przed srebrną taflą lustra, a obok mojej twarzy jaśnieje twarz mojej córki pierworodnej. Ma taki sam koci uśmiech jak ja.
– To ja wezmę ten żel z aloesu – mówi – żebyś się w bobasa nie zamieniła:)
Zwykłe niezwykłe chwile.
Jakoś nie świętujemy hucznie ani Dnia Matki, ani Dnia Ojca. Dla nas ten dzień jest codziennie, w każdej takiej chwili, gdy dzieci tulą się do nas, cmokają w przelocie w policzek, przychodzą po krzyżyk na czole wieczorem, piją z nami wspólnie kawę lub jedzą obiad… Gdy moje córki „grzebią” w mojej szafie, gdy syn omija kosiarką tulipany, które ku jego utrapieniu posadziłam w trawie, gdy siedzimy razem na tarasiku, a wiatr targa nam włosy wplątując weń zapach sosen i dymu z naszego komina…
Te wszystkie dni, chwile, momenty są naszymi świętami. I nie potrzebujemy specjalnych dat w kalendarzu.
Mamy 365 dni w roku na świętowanie życia🌸
… a choroba mojego męża jeszcze bardziej nam to uświadomiła.