Mistrzyni

 

Nagle spada ciśnienie, a na niebo nadciąga fregata ciemnych chmur. Czuję, że muszę się położyć pod kocyk i podrzemać. Hania przynosi mi ciepły termoforek, a Lalcia siedzi obok zagrzebana w drugi kocyk. Z półeczki na ścianie patrzą na nas przenikliwie ulubieni święci. Między nimi błękitnooka Maryja. Namalowałam ją miesiąc lub dwa miesiące temu, zaraz po Wenantym.

Po jakieś chwili, gdy już prawie zasypiam, słyszę:
– Robiłam z Maryją zawody kto dłużej wytrzyma bez mrugania – prawi córeczkowy głosik.
– I co? – mruczę jak niedźwiedź z gawry.
– Przegrałam – przyznaje się głosik.
– Domyślam się – mruczę znowu.
– Maryja jest mistrzynią „niemrugania” – sprawiedliwie przyznaje moja rozmówczyni.

🙂

 



Zresztą, nie tylko w tym jest Mistrzynią🌸

Jej wzrok niegasnący, powieki nie znające znurzenia, cała zapatrzona w Boga i z troską patrząca na nas.
Zasypiam pod niebieskim niebem Jej spojrzenia i budzę się każdego ranka w lazurze Jej oczu.

 

święta zwykłych dni

 

Stoimy obie przed wielką srebrną taflą lustra w łazience.
– Zobacz – mówię, dotykając swoich policzków – lepiej weź ten aloes ze sobą, bo jak przyjedziesz następnym razem twoja mama będzie wyglądała na młodszą od ciebie – żartuję.
– Oj mamuś – mruczy ona, tuląc się do mojej twarzy.
Patrzę i nie mogę uwierzyć za każdym razem moim oczom. Obok mnie stoi młoda piękna kobieta, kość z mojej kości, krew z mojej krwi. 21 lat temu zobaczyłam ją po raz pierwszy, maleńką kruszynkę, która nawet nie zakwiliła po urodzeniu tylko od razu uważnie przyglądała się światu swoimi czarnymi oczkami.
Był 25 maj, za oknem upalne już lato.


* * *
Pamiętam też siebie, młodą dwudziestoparoletnią dziewczynę, która za chwilę miała zostać matką.

– Może poczekamy do jutra – zaproponowano mi wtedy – Jutro ma przyjechać ekipa z telewizji i będą na żywo nagrywać program z okazji Dnia Matki, to by było tak pięknie: urodzi pani swoje pierwsze dziecko w takim dniu – zachęcał personel szpitala. – I ten niezwykły milenijny rok.


Żywo stanął mi ten obraz przed oczami wyobraźni. Oto rodzę moje dziecko przed oczami tysięcy gapiów oglądających telewizję śniadaniową;) Na dodatek to mój debiut w rodzeniu:)
– Nie – zaprotestowałam na tyle gwałtownie na ile pozwalał mi mój ówczesny stan – podłączcie oksytocynę.
Kobiecie ciężarnej się nie odmawia, bo jak to u nas mówią: takiemu, co odmawia, myszy buty zjedzą;)


Więc …
urodziłam tego samego dnia, bez fanfar i medialnego szumu, lecz otulona kochającym spojrzeniem męża i pełna jakiegoś dziwnego uniesienia.

Ból jest – oczywiście. Jako matka czwórki dzieci nie będę zaprzeczać, że poród boli. Ale ból rodzenia to dziwny rodzaj bólu, osładza go, że od razu widzisz jego owoc.
Niewiele jest takich cierpień w naszym życiu.
Ból, o którym wiesz, że musisz go przejść, że nie ma innej drogi i to sprawia, że nie miotasz się szukając dróg wyjścia.
Ból, który – jesteś tego pewna – dasz radę znieść i o którym szybko zapomnisz.

Tak właśnie było.

Nie pamiętam bólu, tylko szczęście, rodzaj ekstazy.



* * *

I oto teraz stoję przed srebrną taflą lustra, a obok mojej twarzy jaśnieje twarz mojej córki pierworodnej. Ma taki sam koci uśmiech jak ja.
– To ja wezmę ten żel z aloesu – mówi – żebyś się w bobasa nie zamieniła:)

Zwykłe niezwykłe chwile.

Jakoś nie świętujemy hucznie ani Dnia Matki, ani Dnia Ojca. Dla nas ten dzień jest codziennie, w każdej takiej chwili, gdy dzieci tulą się do nas, cmokają w przelocie w policzek, przychodzą po krzyżyk na czole wieczorem, piją z nami wspólnie kawę lub jedzą obiad… Gdy moje córki „grzebią” w mojej szafie, gdy syn omija kosiarką tulipany, które ku jego utrapieniu posadziłam w trawie, gdy siedzimy razem na tarasiku, a wiatr targa nam włosy wplątując weń zapach sosen i dymu z naszego komina…

Te wszystkie dni, chwile, momenty są naszymi świętami. I nie potrzebujemy specjalnych dat w kalendarzu.

Mamy 365 dni w roku na świętowanie życia🌸

 

… a choroba mojego męża jeszcze bardziej nam to uświadomiła.

koronka Hioba

 

Wyniki mojego męża nie pozostawiają złudzeń: wycięty z płuca guzek to przerzut nowotworu nerki.
Rak powrócił.
Po 4 latach ciszy i spokoju znowu w łódź naszego życia uderzyły niespokojne fale.


Wraz z chorobą powróciły: strach, niepewność, smutek, ciemność.
Siedzę otulona ciemnym zamszowym pledem kolejnej nocy. Te noce ostatnich lat zdają się być nieprzerwane. Tak niedawno wyszłam z mroku po śmierci Ewy, a tu już znowu zmierzch osuwa się jak zasłona.
Próbuję w tej ciemności, po omacku i bez wielkiej nadziei poukładać rozrzucone puzzle planów, nadziei, marzeń o przyszłości, jakie mieliśmy.

Noc.

Gdyby powtórzyć to słowo tysiące razy, wciąż nie oddasz jego istoty, ani głębi, ani… tajemnicy.
Bo wśród tej ciemności gdzieś z dna serca wciąż podnosi się głos niczym nie zachwianej ufności:


Choćbyś mnie zabił, ufać Tobie będę.

Tak, to z Księgi Hioba. To jego wołanie.

I nieustannie to zdanie powtarza moje serce, bez udziału mojej woli, poza nurtem świadomości, na jawie i we śnie.
Tysiące razy w ciągu doby.



Ni to śpiew, ni szloch, a może i jedno i drugie.
Koronka ufności tych, którzy stoją pod murem.

Choćbyś mnie zabił, ufać Tobie będę!”

Amen.

Bądź uwielbiony także pośród nocy.

zamiast piania koguta

Budzi mnie dziwny terkot jakby coś jeździło po podłodze.
Jakby co?
Błysk przypomienia jak flesz strzela na odświeżonych snem synapsach .
– Jakby rolką do ubrań – uslużnie podpowiada.
Rolką do ubrań po podłodze? – nie dowierzam intuicji i zaczynam podejrzewać, że to jeden z tych moich snów, z których chichocze potem cała rodzina, gdy im opowiadam.
Ale odległy turlający grzechot z salonu znowu się rozlega.
Nie ma wyjścia: otwieram oczy i raz jeszcze przekonuję się „na-usznie” , że to rzeczywistość postanowiła obudzić mnie dziś rano w sposób wielce oryginalny. Jakby uznała, że pianie koguta jest już nazbyt oklepane;)
Rzeczywistość rozpoczęła dzieło, a ciekawość postanowiła je zwieńczyć. Wywlekła mnie więc spod cieplutkiej kołdry i poniosła w ślad za uporczywym turkotem.

I co zastałam w salonie?
Mego męża, który na kolanach, z czołem marsowym roluje mrówki.
– Zrobiły sobie tu ścieżkę i weszły do zmywarki – zameldował, gdy tylko mnie zobaczył.



Życie na wsi:) Pełne uroczych niespodzianek od świtu po zmierzch.

nieustannie


Zawsze zastanawiałam się co to znaczy ” modlić się nieustannie”, co to znaczy w zwykłym codziennym życiu osoby, która przecież poza modlitwą ma jeszcze mnóstwo obowiązków, prac i relacji do budowania. Nie można przecież klęczeć cały dzień ani odciąć się od rodziny, by adorować Najświętszy Sakrament. To niemożliwe w życiu świeckim.
Powoli tego uczę.
Rozmawiam więc z Nimi przy gotowaniu obiadu, wieszaniu prania, podkładaniu do pieca, zasypiam z modlitwą w głowie i budzę się z modlitwą na ustach. Rozmawiam z moimi ulubionymi z nieba nawet pod prysznicem, proszę, by dusze czyśćcowe odmawiały ze mną różaniec, a Aniołowie czuwali.
Pomaga też to, że w naszym domu nie ma ani jednego zakątka, gdzie nie byłoby obrazu lub krzyża. W łazienkach są anioły, w sypialni dwie półki z ikonami naszych świętych ulubieńców, nad łóżkiem Matka Bożej Opatrzności, po lewej – Jezus Miłosierny, na parapecie figurka Maryi, na antresoli mieszkają Anioł, Józef, Franciszek i Staś Kostka, w pokojach dzieci – obrazy i krzyżyki, w salonie olbrzymi obraz MB z Guadelupe, w kuchni – krzyż z Jerozolimy i Anioł z kredensu:) Nawet w kotłowni na ścianie obok pieca jest obrazek Maryi z Fatimy i zatknięte za niego inne obrazki ze świętymi. Za każdym razem, gdy tam zaglądam, przesyłam dłonią całusa Maryi i szepczę: „Matko, ocal mojego męża”, „pomóż temu lub tamtemu”. I tak 20 – 30 razy dziennie, bo miłość się nie nudzi, a wiara jest uporem serca.
W warsztacie męża – oczywiście św. Józef. To Jego oficjalnie mianowaliśmy kierownikiem budowy, gdy powstawał nasz dom.
Na podworku dwie kapliczki, a w sadzie na starej jabłoni mała figurka Maryi. Są jeszcze oznaczone na drzewach sadu stacje drogi krzyżowej.
Wszędzie też po całym domu, na tzw. „podorędziu” można znaleźć jakiś różaniec. Różańce mamy w kieszeniach kurtek i płaszczy i w każdym samochodzie.
I wciąż powstają przecież nowe wizerunki świętych, które maluję;)


* * *


Wiem, że być może wielu ludzi razi takie nagromadzenie „świętości”, że może ktoś uznać to za niegustowne czy przesadzone, ale tak naprawdę w ten naturalny sposób wyraża się nasza wiara i przekonanie, że w tym domu i na tym podwórku jesteśmy otoczeni Bogiem, Aniołami i świętymi. Po prostu nie czujemy się jedynymi mieszkańcami tego miejsca. Oni są z nami i chcemy o tym pamiętać oraz chcemy, by oczywiste to było dla wszystkich, którzy nas odwiedzają.
Pewnie, że figurka Maryi nie za bardzo pasuje do nowoczesnych wnętrz, a może obraz Jezusa psuje kompozycję na pięknej ścianie, lub – wg niektórych – krzyż na parapecie to brak minimalizmu i chaos. Lecz to nie forma w naszym życiu jest najważniejsza. To, co jest ważne jest dużo głębiej, pod powierzchnią naszych gustów, stylów, mód, zapatrywań.



Gdy chodzę po moim domu, sprzątam go, podlewam kwiaty, obieram ziemniaki do obiadu, ścieram kurze gdziekolwiek spojrzę, mój wzrok napotyka znak obecności nieba pod moim zwykłym ziemskim dachem z zielonej blachy. A nawet najmniejsze, przelotne spojrzenie z miłością w Ich oczy jest już modlitwą. Więc też uczę się modlić nieustannie, nie przerywać dialogu z Nimi , stale pamiętam, nabieram ufności w Ich miłującą opiekę, czuję, że jesteśmy jedną wielką rodziną.

O wiele większą niż by się to na pozór wydawało nieuważnemu obserwatorowi.

Ufam Tobie



Każdego ranka czujemy się zaskoczeni tegoroczną wiosną. Bywa, że budzi nas słońce przenikające białe lniane zasłony, bywa, że szum deszczu pukającego w dach i szyby, zdarza się, że wyglądając przez okno widzimy zimowy pejzaż – świat otulony w śnieg, oszroniony i mroźny. Rośliny radzą sobie z tym jak umieją, większość stulona ciasno w kokonach pączków i zawiązków liści nie kwapi się ze startem w nowy sezon.


Jest jednak jeden wyjątek.
Stokrotki.
Te, nie zważając na śniegi i mrozy, zgodnie z kalendarzem i wbrew wszystkiemu innemu wypuszczają pączki i rozkładają koronkowe bladoróżowe płatki tuż obok tych śniegowych, zimnych.
Dla nich nie istnieją trudne czasy i anomalie pogodowe, wszystko jest jak być powinno, więc nie ma powodu, by odkładać to, co się miało zrobić ani na chwilę:)
Kwitną więc sieczone zimnym deszczem, ważone przymrozkami, szarpane wiatrem, otulone piórkami śniegu.


Bo przecież słońce jest zawsze. Co z tego, że czasem go nie widać:)

* * *

16 grudnia 2007 roku nasza rodzinka poświęciła się Najświętszemu Sercu Jezusa. Przypomnieniem i pamiatką tego wydarzenia był obraz Jezusa miłosiernego podarowany nam przez moją mamę. Obraz towarzyszył nam od tamtej pory nieustannie. Niestety po latach tak wyblakł, że Jezus wyglądał na nim bardziej już jak zjawa niż postać człowieka. Chcieliśmy dokupić nowy nadruk, ale nie mogliśmy znaleźć odpowiedniego do ramy. Myśleliśmy też o kupieniu zupełnie nowego obrazu, ale wtedy nie zachowałoby się już nic z tego pamiątkowego. I tak dotrwaliśmy do dnia, gdy nagle pomyślałam odważnie: „A może spróbuję Go sama namalować”

Mąż dociął mi odpowiedni format do ramy i zabrałam się do pracy. Na wzór wzięłam inny obraz, mniej znany wizerunek Miłosiernego. Mniej znany innym, ale dla mnie jedyny i bardzo bliski sercu. Bo taki właśnie stał od lat w mojej rodzinnej parafii. Przed Nim wyklęczałam setki godzin i w Jego oczy patrzyłam od czasu, gdy jako nastolatka zakochałam się w Nim po uszy. To Jego właśnie błagałam o ratunek, ocalenie od grzechów, szczęśliwe życie, dobrego męża, cudowną rodzinę, drogę, którą pójdę, o wszystko…
Wszystko mi dał, choć przeprowadził przez sztormy, wichry i nawałnice, czasem na granicy życia i śmierci, przez godziny ciemności i obłędu. Ale dał wszystko – całe snopy światła i potrzebnych łask.

Właśnie ten obraz stał się moim wzorem, a jego malowanie było jak rekolekcje.
Gdy jednak powstał wizerunek, okazało się, że rama jest na tyle szeroka, że nie zmieszczę już napisu na dole: Jezu ufam Tobie.
Odłożyłam więc pędzle i odeszłam od sztalugi. Poszłam na spacer po podwórku i swoim zwyczajem doglądałam moich roślin, sprawdzając jak sobie radzą.
Wtedy zrozumiałam co mogę umieścić na obrazie zamiast tradycyjnego wyznania.
Uśmiechnęłam się i wróciłam do farb i pędzli.

Chwilę później u stóp Jezusa, wychylając się z rozpadliny skalnej, wyrosła mała bladoróżowa stokrotka.



Z daleka wygląda jak mała plamka. Niepozorne „coś”, bez znaczenia dla reszty świata.

Ale jest.  Kwitnie.

Zupełnie bezpieczna przy Nim choćby waliła się i paliła ziemia pod nią.
Jezu ufam Tobie❤️❤️🌼

Mój mąż i syn pochylili się nad obrazem, gdy im oznajmiłam, że jest skończony.
– A to co? – zapytał młodszy.
– Stokrotka – odparłam.
– Cała mama:) – uśmiechnął się mój mąż i mrugnął do syna – Nawet nie musi się już podpisywać.

I tak oto znów wisi na naszej ścianie Miłosierny, patrzy na nas łagodnie, błogosławi, a stokrotka przytulona do Jego stóp przypomina szeptem:

„Nasze słońce jest zawsze. Nawet wtedy, gdy Go nie widać. Ufam Tobie.”