spojrzenie z balkonu

 

Stoję na balkonie w rozległej plamie słonecznego blasku.

Patrzę jak Nusia uczepiona ramienia mężulka uczy się jeździć na rolkach.

– Dobrze jej idzie – chwali mąż, dostrzegając mnie na górze.

Tak, Nusia jest odważna, uparta i bardzo sprawna. Idealny typ sportowca. A do tego ma stale i wysoko podniesioną poprzeczkę w postaci dużo starszego, wymagającego rodzeństwa. Nie ma bardziej skutecznej motywacji, by się rozwijać.

W tle Nusiowych lekcji jazdy Laurka upycha coś całymi garściami do koszyczka przy różowej hulajnodze.

– Co tam robisz? – krzyczę z wysokości.

– Gniazdo dla bociana!!! – odkrzykuje wesoło, nie przerywając ugniatania – Albo dla łabędzia. – dodaje jeszcze i schyla się, by zerwać kolejną porcję budulca tj. trawy.

Wróble chichoczą na dachu garażu.

Dusio wychodzi z piwnicy. Jego długie włosy rozbłyskują jasnym brązem, gdy rozmawia o czymś z tatą.

Ala – wolontariuszka Caritas – zaraz po lekcjach pobiegła na zbiórkę żywności dla Ukraińców.

 

Stoję na balkonie, zanurzona po źrenice w jasnej kałuży wiosennego słońca. Patrzę na moje życia z góry i nagle przeszywa mnie myśl pełna wdzięczności i zrozumienie jak jestem szczęśliwa. Ta myśl jest tak potężną falą, że na chwilę tracę oddech.

A jeszcze przed minutą czułam się słaba i ogromnie zmęczona. Znużona codzienną walką w pracy i wycieńczona grypą. Bardzo stara i smutna. W jednej chwili radość i siły wróciły.

 

Chwila jak szept Anioła.

Niemal słychać szelest skrzydeł .

 

 

zakochanie i dorastanie

 

Jestem chora. Zabawy więc bardziej statyczne.

Laurka wciela się w rolę fryzjerki. Czesze moje włosy, przypina na czubku głowy trzy spinki, potem ogląda efekt.

– Mmmmm. – mruczy zadowolona – Będzieś piękna. Telaś tatuś ziakocha się ś tobą.

Podkrążone oczy, blada twarz i trzy spinki do kompletu. Któż by się oparł? 🙂

 

*               *                  *

 

– Cioś mi tu pachnie. – Laurka pociąga noskiem i zwietrza, że smakowity zapach dochodzi z poziomu mieszkania babci.

Nie myśląc wiele schodzi po schodach, stukając piętami o każdy stopień. Za chwilę wraca z miseczką pełną pop cornu.

A jeszcze za jedną chwilę…

– Dlaczego zjadłaś tak dużo pop cornu? – pytam zaglądając do pustej miseczki.

– Bo musię dolośnąć. – pada odpowiedź z buzi wypchanej prażoną kukurydzą.

 

I ja dopiero po tylu latach dowiaduję się, że katalizatorem rozwoju dzieci jest pop corn?!!! 🙂

 

narodziny słówka

 

Układa puzzle magnetyczne na lodówce.

Nagle dostrzega, że jeden z nich postradał „główkę”. Zapewne na skutek intensywnego użytkowania:)

– Tato, tato!!! – podnosi larum – ODLEPELOWAŁ mi się puzzel!!!

Słuszna intuicja językowa: skoro coś może być zreperowane, to i proces odwrotny musi mieć nazwę:)

Odreperowanie.

A Laurka jest wprost mistrzem w tej dziedzinie ludzkiej działalności.

 

Zresztą, nie tylko Laurka. Niektóre państwa na naszych oczach się odreperowują.

 

nieocenione zasługi nauki

 

 

– Ja nie chcie tej ściotki!!! – krzyczy zdenerwowana trzylatka, przybierając się do mycia zębów.

– Ona jeśt chłopśka!!! – dodaje tym samym tonem wobec braku odzewu ze strony mamy spokojnie siedzącej obok.

– Dlaczego chłopska? – nie wytrzymuje ciekawska Rut, choć raczej nie spodziewa się racjonalnych wyjaśnień.

– Bo jeśt zielona!!! Ja chcię lóziową!!!

– Ale nie możesz myć czyjąś szczoteczką, bo tam są inne zarazki. – mamusia jednak usiłuje sprowadzić rozmowę z toru mega-emocjonalnego na arcy- racjonalny.

– Czije?

– Moje. Na mojej szczoteczce są moje zarazki i nie możesz nią myć, bo przejdą na ciebie.

 

Dziecię na chwilę zaniemówiło.

Nie to żeby informacja je zmroziła, bo za chwilę pyta:

– A na ciebie nie wejdą?!! 🙂

 

Czasami nauka potrafi ostudzić żywiołową rozpacz kobiety z powodu koloru szczoteczki. Niekoniecznie sprawdza się to w przypadku np. bluzki czy torebki:)

 

list do siebie

 

 

– Czytałaś jej list? – pyta Sofi, gdy wędrujemy po szkolnym korytarzu.

Potakuję.

List mojej córki do samej siebie za lat dwadzieścia.

– Boże. Jestem poruszona. – mówi dalej Sofi, która jest polonistką Ali – Takie dojrzałe słowa spod ręki tak młodego człowieka.

Rzeczywiście. Sama nie dowierzałabym, gdybym nie znała mego dziecka.

 

– Ja też kiedyś napisałam taki list. – mówię do Ali, odkładając na stół jej pracę.

– Pewnie po przeczytaniu „Emilki” ? – śmieje się ona.

– Tak, chyba tak.

– Ode mnie 14-letniej do mnie 40-letniej?

– Tak.

– Masz go? Teraz powinnaś go przeczytać.

– Gdzieś mi się zgubił. – mówię – Ale i tak pamiętam główną myśl.

– Jaką?

Chwilę się waham, bo przecież to najtajniejsza tajnia moja.

– Ja ci pokazałam. – argumentuje nastolatka.

– Żeby pamiętać zawsze , że mam duszę poety. Nie zagrzebać się w prozę, nie spłaszczyć swego życia do zdobywania pieniędzy, stanowisk…

– Pamiętasz?

– Tak.Chyba mi się udaje.

Staram się.

Rzadko pisuję wiersze, ale poeci niepraktykujący są tak samo poetami jak ci, którzy wydają kolejne tomiki.

Nauczyłam się tylko jednego.

Mocno ukrywać TO przed ludźmi. Większość z nich uważa to za słabość, defekt charakteru lub nawet za pewien rodzaj choroby psychicznej.

A TO jest moja źrenica życia. Jeśli ktoś ją ugodzi, oślepnę z bólu.

 

 

bronię się prozaicznością

przed posądzeniem o poezję

używam kpiny, śmiechu, cynizmu

sprawy najdroższe w żart obracam

udaję

i– gdy wzruszenie podpływa pod brzegi powiek-

wzruszam ramionami obojętnie

byle tylko nikt nie odkrył

że

żywię się wschodami słońca

światłem skupionym na kroplach deszczu

i płatkami wiśniowych drzew

 

 

 

Zastanawiam się tylko czasem: ilu z nas się ukrywa? I czy naprawdę byłoby nas niewielu?

 


 

ognisko na serce

 

 

Pierwsze ognisko wiosenne.

 

W sadzie. Z kijkami. Z nadzianą syczącą nad ogniem kiełbaską. Dym sunący nad uschniętymi czuprynami ostów. Płatki popiołu obsypujące włosy.

– Śnieg, śnieg – krzyczy Laurka zafascynowana całym widowiskiem ogniskowym.

Zjadamy kiełbaski, układamy się na kilku warstwach koców, bo ziemia po nocnym mrozie zdradliwa jeszcze. Kula słońca szybko spada z nieba, toczy się jak jasny balonik po zielonych zboczach młodych sosen. Ciepłe niedzielne popołudnie staje się stygnącym wieczorem.

Chłodno.

Podsuwamy się do ogniska.

Ogień już nie szaleje, nie ryczy potrząsając czerwoną grzywą. Teraz jest oswojonym przez człowieka barankiem. Ciepły, cichy i łagodny delikatnie skacze po poczerniałych planach. Zachęca do wpatrywania się, łasi się do zabaw.

Nusia i Laurka biegną po długie kitki wiszące na leszczynie. Nazywają je „kiełbaskami”. Potem całymi garściami wrzucają na czerwony jęzor ogniska. Po kiełbaskach przychodzi czas na suche liście dębów. Jedyne , jakie zostały na świadectwo poprzedniego lata. Brązowe łódeczki zwijają się na rozżarzonych węglach. Dusio przynosi uschłe kwiatostany krwawników i traw, robi z nich pochodnie, przenosi piórka ognia z jednego krańca ogniska na drugie. Laurka wbija kijek od kiełbasy i drąży w rozgrzanej ziemi.

– Lobię dziulkę dla zialenka. Z zialenka wylosnie kwiat. To będzie kwiat ś ognia. – opisuje poetycko.

 

Siedzę przy samym brzegu dogasającego ogniska, na skraju zabawy moich dzieci. Jednocześnie czujna i zafascynowana.

– Dlaczego ludzie tak lubią bawić się ogniem? – pytam cicho, gdy zbliża się mężulek.

Odpowiada mi tylko wieczorna piosenka ptaków mieszkających w naszym sadzie.

Jest tak dobrze. Cicho. Spokojnie.

Nareszcie. Spokojnie także w sercu tak ostatnio smutnym i stroskanym.

 

noce i dnie

 

Najmłodsza pocieszka otwiera oczka najpóźniej ze wszystkich.

Tatuś pochyla się nad zaspaną jeszcze i rumianą od snów córeczką.

– A co Laureczce się dziś śniło? – pyta, tuląc się do ciepłego policzka.

– Nić. – niemrawo odpowiada dziecina.

– A może chociaż kotek się śnił? – nie daje za wygraną tata. – A może chociaż piesek?

– Tak. – przypomina sobie nieco już trzeźwiejąca córeczka.

– A jaki?

– ŹDECHNIĘTY.

 

I miał prawo. Ostatnio bowiem dokończył żywota nasz bardzo stary podwórkowy Burek.

 

– Chcie miać konika. – sennie zgłasza zapotrzebowanie zakopana już na dobranoc pod kołderką Laurka.

– A po co ci konik?

– Zieby na nim latać! – odpowiada oburzona jak tak oczywistej rzeczy można nie pojmować.

 

 

Laurka ma w zwyczaju nie tylko rytualne bajki na dobranoc, głaskanie tatusiowe i przytulanie do ręki mamusi. Są też potrzeby inne. Przykrycie kołdrą plećków i pupci, ale NIE nóżek!!! A także – zabieranie w podróż do Krainy Morfeusza różnych przedmiotów. Czasami są to zabawki, często książki, w tym dużo-gabarytowe, ale bywa też oryginalniej.

Na dodatek dziecina rano, zaraz po podniesieniu długich rzęs, przypomina sobie z czym zasnęła i domaga się zwrotu zagrabionej przez rodziców własności.

I tak pewnego ranka oczka się otworzyły, a zaraz później przemówiła buzia: – Gdzie jeśt mój śmieć?

– Jaki śmieć? – zainteresował się tatuś.

– Taki lóziowy. – nieco już podminowanym tonem odpowiada córeczka.

Mężulek – ku memu zdumieniu – sprawiał wrażenie jakby wiedział o co chodzi. Ba, jakby miał coś na sumieniu. Wychyla się poza poręcz kanapy i wydobywa stamtąd RÓŻOWY PAPIEREK PO CUKIERKU.

– Ona zasnęła z tym papierkiem? – pytam tylko dla porządku.

– Uhmm. 🙂

 

Nie nudzi nam się nawet, gdy śpimy:)

 

pokojowo

 

 

Elektroniczna foto ramka przesuwa wolno zdjęcia z przeszłości.

Mała Nusia, mniejszy Dusio i Ala stoją obok żołnierzy podczas parady wojskowej z okazji Dnia Niepodległości. Pełna gala, uśmiechy jak wiązanki kwiatów, fascynacja w oczach małego mężczyzn, który pierwszy raz wsiadł do wozu bojowego.

Lalunia lubi wspominać czasy, gdy jej nie było. Tłumaczymy, że była w brzuszku mamusi:)

Maluszek patrzy na zdjęcie z parady.

– Listonosz. – mówi z przekonaniem na widok umundurowanego chłopaka.

– Nie, to żołnierz. – śmieją się dzieci.

– Listonosz – upiera się z całą pewnością maluszek.

 

Dziecko pokoju .

Mundur kojarzy jej się tylko z wesołym młodym chłopakiem, który przywozi nam listy i paczki. Obyś nigdy nie musiała dowiedzieć się po co są żołnierze córeczko.

 

Módlmy się o tę niewinną nieświadomość dla naszych dzieci.

 

miednica

 

 

– Psiniośłam płatek lózi – oświadcza odchylając paluszki.

Na dnie małej dłoni płatek róży – kawałek ekskluzywnego mydełka, które Nusia dostaje od chrzestnej na urodziny.

– Chcie się myć – dodaje z nadzieją w głosie.

Lalunia uwielbia od czasu do czasu pobawić się, chlapiąc rączkami i wzburzając pianowe morze w miedniczce z ciepłą wodą. Oczywiście morze zawsze wychodzi z brzegów, a nagłe jego przypływy pozostawiają liczne ślady na rękawach, nogawkach leginsów i całej podłodze łazienki. Pamiętam jak przez mgłę, że jako dziecko i ja uwielbiałam taplanie się w miednicy. Z nieodłączną moją prawie bliźniaczką Amelką.

Tymczasem małe ciemne oczka wpatrują się w mnie oczekująco, a płatek różany drży z podniecenia na rączce.

– Chcie się myć w…- córeczka szuka właściwego słowa – w wannie.

– Nie – sama się natychmiast poprawia i z namysłem przeciąga głoskę- Yyyyyyy?

W końcu właściwe słowo się znajduje jak igła w stogu siana.

– Chcie się myć w TAJEMNICI !!!! – wykrzykuje amatorka kąpieli.