Wszystko zależy od tego jak mocno cegła została wypalona. Dużo zależy od tego przez jaki ogień przeszedłeś.
Moi dziadowie robili ręcznie cegły potrzebne im do zbudowania domu. Sami wybierali glinę, sami lepili i ksztaltowali czerwone prostopadłościany, a potem je wypalali. Nie mieli pieca, więc robili to inaczej, mniej profesjonalnie. Układali w wielkim dole na zmianę drewno i świeże cegły, a potem wszystko podpalali, czekali aż się wypali i ostygnie.
Więc wszystko zależało od tego jak wielki żar dotknął cegły. Są więc takie, które po latach kruszą się w rękach, lub – poddane śniegom, deszczom, wiatrom i mrozom – wietrzeją i same rozsypują się na drobny różowy pył.
Ale są też inne, twarde jak granit. Byle jaki młotek nie jest w stanie ich ukruszyć i prawie niemożliwe jest zarysowanie ich twardej powierzchni.
By zbudować pewny dom trzeba było wybrać te najtwardsze.

* * *
Dotykam dziś tych cegieł, mieszkam wszak w ich bezpiecznej przystani. Co dzień podziwiam mądrość budowniczych i… myślę o różnych piecach przez które sama przeszłam.
Spaliły mnie czy wypaliły?
Sprawiły, że stałam się odporniejsza, że pewniej stoję na nogach i nie wstrząsa mną byle tchnienie wiatru?
Może właśnie dzięki nim udało mi się zbudować dom i życie.
Którą z tych cegieł jestem?
Tą rozpadającą się w dłoniach, z prochu w proch?
Czy tą drugą?






