– Ale nie mów wiesz o tej sytuacji… – enigmatycznie, bo w obecności dzieci, przestrzega Rut mężulek przed rodzinnym spotkaniem towarzyskim.
Rut patrzy urażona, że luby posądza ją o zbyt długi jęzor i zbyt małą inteligencję. Przecież bywa taktowna jak dyrygent w orkiestrze:)
– No wiesz… – obrusza się – Za kogo ty mnie masz?
– Za żonę. – pada natychmiastowa odpowiedź. To Nusia wystawia nosek dotąd przytulony do tatowej koszuli. ( Uszy otulone nie były i cały mini-dialog rejestrowały).
– No właśnie. – dopowiada ten w koszuli – Za żonę:)
Fakt, coś Rut pamięta jak przez mgłę. Mówił kiedyś: „Biorę ciebie za żonę…” i dotąd nie odwołał:)
Miesiąc: kwiecień 2012
prośba 6
modlę się nocą
by mnie Bóg zachował
od ślepoty
na cuda i piękno
( x. J. Szymik)

granaty
– A dlaczego wujek i ciocia nie wierzą w Pana Boga ? – Nusi zdarza się dość często rzucić taki granat bez ostrzeżenia.
????????
Chwila milczenia, w trakcie której usiłujemy ostygnąć z wrażenia.
– Bo niektórzy ludzie uważają, że Boga nie ma. – odpowiadam.
– A dlaczego tak myślą?
– Bo mówią, że jak Go nie widać, to Go nie ma. – udzielam odpowiedzi w niejakim uproszczeniu.
– A powietrze widzą? – krzyczy z drugiego pokoju zawsze chętny do takich rozmów Dusio.
– To znaczy, że powietrza nie ma? – sam puentuje wciąż zza futryny.
– A do kościoła chodzą? – ciągnie dalej Nusia.
– Nie, nie chodzą.
– A ślub mieli w kościele. – Dusio pojawia się w pokoju jak duch i … czyżbym słyszała w końcówce zdania ironię?
– Tak, bo nawet ludzie niewierzący uważają, że ślub w kościele jest na tyle ładny, że warto go mieć.
– A kiedyś wierzyli?- Nusia nie ustaje.
– Kiedyś tak. Chodzili do kościoła. A potem nagle pomyśleli sobie, że Boga nie ma.
???????????
Cisza.
Nusia szykuje się do rzucenia kolejnego granatu.
– A powiedziałaś im?
– Co?
– Że On jest?
– Nie. Są dorośli…- próbuję sklecić „na prędce” jakąś sensowną odpowiedź, ale nie umiem.
Ta eksplozja wbiła mnie w ziemię zbyt głęboko.
I do dziś siedzę w leju tego dziecięcego pytania.
refleksja poranna
– Jak on to robi? – myśli Rut nad kubkiem porannej kawy spożywanej w łóżku pod kołdrą.
Laucia baraszkuje rześko zupełnie tak jakby od dwunastej w nocy spała jak anioł, a nie budziła się co-i-rusz na cysia.
– Nadzwyczajne… – kontynuuje Rut, której od w/w północy dane było spać dorywczo.
Myśl splata się w jedną materię z rozmową wiedzioną z mężem i zapachem kawy czarnej unoszącym się spomiędzy dłoni.
– Pionowo w górę. Bezbłędnie. – kontempluje dalej wpatrując się w maleńką szarą kropelkę gołębia, który wzbija się w niebo.
– Dlaczego ja tak nie umiem? – pyta Rut sama siebie – Dlaczego kluczę jak klucznik, meandruję jak rzeka, błądzę błądzeniem ( cóż, że dobrym)…?
A przecież znam kierunek nie gorzej niż gołąb.
Może nawet lepiej.
A ja kołuję, zastanawiam się jak jastrząb. Krzykiem rozpaczliwym zachłystuję się jak on.
Daleko mi do lotu gołębiego prostego jak strzała, do gołębiej, ściszonym gardłowym głosem, wymawianej modlitwy.
odświeżanie
Co zrobić, by stare, znudzone zabawki na nowo wróciły do łask?
Okazuje się, że metoda jest banalnie prosta.
Laucia doszła do wieku, gdy z miłą chęcią rozrzuca wszędy zabawki, jednak uważa siebie za zbyt małą, by dokonać procesu odwrotnego i zabawki posprzątać. Ba, chociażby podkopnąć pod ścianę, by nie stanowiły śmiertelnego zagrożenia dla biegającej mamy, taty i rodzeństwa.
Tak więc Rut nieustannie potyka się o jakieś nieodzownie niezbędne Laucine graty. Najgorzej, gdy graty są drobniutkie i gdy wylegują się na środku paskowanego chodnika w kuchni, gdzie przecież wrze i kipi całe życie rodzinne.
Pewnego dnia Rut wbiegła prosto w takie drobiażdżkowe mrowisko i aż syknęła nastąpiwszy stopą na zabawki z Kinder-niespodzianek.
– O – żesz!!! – zaklęła wzorem swych przodków oraczy ( pochodzenie chłopsko-robotnicze:)
I tu…
niespodzianie…
jej oczom objawiło się pudełeczko po syropku odpornościowym.
Nie miała złudzeń bynajmniej, że zażycie tegoż specyfiku uodporni ją na niespodzianki leżące na podłodze, że jej stopy nagle obrosną skórą grubości hipopotamiej i nawet nastąpienie na widły nie wzruszy jej psychiką.
Nie, nie taki bynajmniej plan wykluł się w głębinach jej zwojów mózgowych.
Usiadła po prostu Rut na paskowanym chodniczku i precyzyjnie i skrupulatnie jako Kopciuszek wrzuciła wszystkie drobiażdżki do pudełka, po czym je zamknęła ( lub „zamkła” – jak kto woli:) i postawiła na fioletowym tronie Laurki.
Nie minęło i pięć minut, gdy wiedziona żądzą sprawdzenia gdzie jest mama i czy na pewno nie rozpłynęła się w powietrzu, ewentualnie – nie wyskoczyła przez okno:) – Laucia pojawiła się w kuchni.
Jeden rzut oka wystarczył, by zlokalizować gdzie jest poszukiwana.
Drugi rzut oka padł na … pudełeczko.
I nuże !!! Wszystkie zabaweczki na powrót zostały wysypane na środek kuchni.
Oczy zaczęły iskrzyć, raczki tańczyć wśród skarbów na nowo odkrytych.
Zabawie nie było końca. Nawet manewr mamy z wyjściem do pokoju został niezauważony.
Zupełnie nowe zabawki w zupełnie nowym opakowaniu!!!
Ot, i cały patent na odświeżanie zabawek.
***********
Myślę, że przy odświeżaniu starej znudzonej żony czy męża też powinien zadziałać. Z tym, że nie polecam używania pudełka po syropie, ale założenie bez okazji sukienki czy koszuli powinno zdziałać cuda:)
Rozmowy przy…
Rut: Podzielimy na jednogłówkowe, dwugłówkowe i trzygłówkowe
Miś ( spostrzegawczo): Są też bezgłówkowe.
Rut: To kładź je tutaj.
Nusia: Mam takiego chudego.
Rut: O, zobacz. Szukajcie takiego z dużą dziurą w brzuchu.
Miś: Z jednej strony?
Rut: Z drugiej strony też ma, tylko mniejszą.
Miś: Może ten?
Rut: Nie, musi mieć jedną krótką, spuchniętą rączkę.
Nusia: Mamo, ten ma spuchniętą.
Rut: Ale długą. A musi mieć uciętą.
Nusia: Mam!!!
Miś: A macie takiego z krzywymi ramionami.
Rut: Opuszczone w dół?
Miś: Nie, krzywe. O tak.( prezentuje)
Rut: Aaaa. Taki kaleka? ( rozglądając się uważnie)
Nusia: Jest!!! ( klaszcze w łapki)
Rut: Brawo!!!
Miś: A z taką główką przekrzywioną i krótkimi nogami?
Rut: On może mieć dwie główki ( doprecyzowując).
Miś: To ja szukam wśród jednogłówkowych, a ty w dwugłówkowych.
Nusia: Jest!!! ( z tryumfem w głosie).
Miś: Szukam z obwisłym rękawem.
Rut: Gdzieś widziałam…
Nusia: Tuuu!!!
Miś: A tu będzie ten z dziurą w brzuchu.
Makabra?
Gdyby to napisał Stachura, tytuł brzmiałby: „Rozmowy przy układaniu puzzli” 🙂
Niniejszym ogłaszam Wielki Finał „Maków” Moneta, które przy wsparciu wielu posiłków, w tym aliantów ( całuski dla Mamutów:) zostały ułożone.
Krew, Pot i Łzy, obgryzanie Paznokci i Rwanie siwych włosów z głowy, a na koniec……….Czapki z głów:)
A kto okazał się największym mistrzem w puzzlach? Wniosek sam się nasuwa po przeczytaniu dialogu.
Zabieramy się za „Dzidziusie w workach” od cioci Anett. Póki takich prezentów, póty Alzheimer nam nie grozi:)
sentencja brodzikowa
Laurcia uwielbia mycie.
Chlapie się, gąbkę wyciska, ciurka nią w brodziku.
Jednego tylko nie znosi. Operacji „mycie włosów”.
Gdy tylko tata położy ją w ciepłej wodzie, włącza się syrena, przy której syreny strażackie to przysłowiowy Pan Pikuś:)
I syrena wyje, póki dziecię na powrót nie przybierze pozycji siedzącej w brodziku.
Reszta rodziny chciała czy nie chciała – przyzwyczaić się do tych chorałów anielskich musiała.
U niektórych nawet przyzwyczajenie miesza się już z odrobiną znieczulicy, bo oto pewnego dnia Nusia wygłosiła takowy tekst:
– Płacz, płacz aż Ci się łzy przemienią w brylanty.- tonem Marka Aureliusza z Krainy Stoików, nie przerywając sobie układania puzzli ze zwierzątkami.
Odezwa motywująca z serii „per aspera ad astra” 🙂
lwica
– Nigdy nie zapomnę tego widoku – szepce Rut – On zawsze pozostanie we mnie. Popatrzyłam na jej twarzyczkę i zobaczyłam w oczach śmierć – aż ciarki zimne przemykają po plecach, gdy mówi to mężowi.
Nusia tylko po niecałych dwóch dobach biegunki była bardzo osłabiona. Rut spostrzegła z jakim wysiłkiem podnosi się z łóżka, staje na nóżkach, by pójść do ubikacji.
– Nie dasz rady chodzić, córeczko? – zapytała.
– Nie dam. – westchnęło dziecko, a w oczach pojawiły się łzy.
Wtedy Rut uważniej zajrzała jej w twarzyczkę. Małą, smutną, z zapadniętymi oczami, z fioletową smugą cienia pod nimi. Teraz dopiero zatrzymała się na chwilę w szaleńczym tańcu i zobaczyła jak rysy tej twarzy wyostrzyły się nienaturalnie, jaki poważny, nieobecny wzrok wyzierał z oczu.
I już wiedziała.
Nie poradzą sobie sami z tą, która skrada się jak noc.
– Musimy jechać do szpitala – powiedziała mężowi i wyniosła rozognione gorączką dziecko z łóżka. To samo dziecko, nad którym lekarze kiwali z politowaniem głowami zanim się urodziło. To dziecko, dla którego przeleżała kilka miesięcy, by żyło. To dziecko, którego urodzenie było cudem niewiarygodnym. To nie może być na marne. Nie po to odliczała każdy tydzień ciąży przesuwając papierowe kwiatki na wstążce.
Lwica ukryta w szeleszczący myślach warknęła groźnie, ostrzegawczo:
Nie zabierzesz jej!
W ciągu dziesięciu minut spakowali się. Po pół godzinie byli przyjęci do szpitala. W ciągu następnej godziny podłączono kroplówkę. Po trzech kroplówkach kolory zaczęły wracać na twarz, oczy nabrały blasku…
Trzy dni później Nusia znów trajkotała jak nakręcona.
– Tato – przymilała się – obiecałeś w szpitalu, że kupisz mi zabawkę.
– Już wróciła nasza dawna Nusia. – roześmiał się, opowiadając to żonie przez telefon. Rut była w szpitalu z Laurką.
Teraz?
Wszystko jest dobrze. Jak być powinno.
A jednak… Rut nigdy już nie zapomni jej bladego uśmiechu w oczach swego dziecka.
Ten widok jak rylec wyżłobił głęboką bruzdę na glinianej, kruchej tabliczce serca.
Minęło już trochę czasu. Bruzda zabliźnia się. Na tyle, że można w końcu przez zaciśnięte gardło wyszeptać: „Nigdy tego nie zapomnę.”
A głuchy pomruk przysięgi dudni w szeleszczących myślach: Nigdy już nie dam ci podejść tak blisko. Będę czujna.
**************
Po namyśle…
Piszę "nigdy", choć mam świadomość, że to słowo nie pasuje do ust kogoś tak małego jak ja. Nie mam żadnego wpływu na "nigdy" i "zawsze". Mogę się tylko starać. Z całych sił ograniczoności.
błąd w sztuce
Wiosna i powrót pomyślny do zdrowia całej rodziny sprawiają, że Rut rozkręca się ogrodniczo. Na spółkę z mamą Ruciną, która każdy milimetr parapetu przekształca w ogródki i inspekty.
A to bratki kupiły i obejście ukwieciły, a to nasiona takie i owakie. Ostatnio nagietki pełne o wdzięcznej nazwie Radio, które tę zaletę mają, że jak już raz je do ogrodu wysiać, to w kolejnych sezonach same o siebie zadbają i szturmem ogródek zawojują. A to – zupełnie przy okazji – oglądając jakąś tam roślinkę w necie, Rut na sklep ogrodniczy się natknęła z bajeczną ilością odmian aksamitek, które w swych zaletach nagietkom nie ustępują, zdobiąc ogrody aż do pierwszych przymrozków, a nawet po nich. No i … nie mogła się oprzeć i kupiła. Dosłownie kilka torebeczek kolorów różnorakich. I mietelnik do tego – łudząco podobny do małych zielonych tui.
Itd. itp.
Niekończąca się historia pasji połączonej z paranoją ogrodniczą:)
Niestety od czasu do czasu wychodzą na jaw deficyty wiedzy ogrodniczej, bowiem Rut ogrodnikiem jest raczej samozwańczym i dyletantem nieco tylko podszlifowanym.
Schodzi więc Rut na dół i kątem oka( choć z medycznego punktu widzenia go nie ma:):) 🙂 zahacza jeden z ogrodów parapecianych.
– Oooo, bazylia – zauważa tonem eksperta.
Po czym odrywa listek i bez zwłoki ładuje śródziemnomorskie ziółko do otworu gębowego celem konsumpcji.
– Hmmm. Nieco włochata i szorstka.- podpowiada zmysł dotyku.
– Hmmm. I nic a nic nie przypomina w smaku bazylii – dorzuca zmysł smaku.
– Tffff!!! To chyba cynia! – wyciąga logiczny wniosek Centrum Zarządzania.
Wszystko to, łącznie z końcowym Tfff!!! obserwuje Ala.
– Mamo! – śmieje się i znacząco puka w czoło.
– Czy ty się nie cieszysz, że masz zwariowaną mamę? – pyta Rut wypluwając resztki cynii wzniosłej.
– Bardzo się cieszę. – odpowiada rozbawiona córka. Bo co ma dziecina powiedzieć:)
Choć może to jednak nie cynia wzniosła – analizuje nadal C.Z. – W smaku jakby podobne do lewkonii…
Dobrze, że ogrodnik może mylić się więcej razy niż saper:)
elf na cenzurowanym
Laucia wypowiada się głównie w swoim własnym języku.
Języku, jakiego reszta świata nie zna.
Biegle, bez zająknięcia, z odpowiednimi pauzami interpunkcyjnymi i nienagannym akcentem. Brzmi to jak jakaś staromowa elfów. Są tam zdania pytające i wykrzyknikowe, wątpiące, ironiczne, rubaszne, a nawet filozoficznie zawieszone w próżni na wzór Hamletowego: „ to be or not to be…”.
Czasem to nawet przypomina umiłowaną polszczyznę.
A czasem nie.
Tak czy owak domorosły Jan Miodek czuwa nad „nie kalaniem” języka ojczystego.
– A- kun- de phinde e błi – paple małe elfiątko.
– Mamo !!! – odzywa się surowo cenzor Nusia – ona powiedziała : « ej kurde »
🙂 🙂 🙂
Ludzie nigdy nie rozumieli elfów.
Dlatego odeszły do Avalonu.
