lwica

– Nigdy nie zapomnę tego widoku – szepce Rut – On zawsze pozostanie we mnie. Popatrzyłam na jej twarzyczkę i zobaczyłam w oczach śmierć – aż ciarki zimne przemykają po plecach, gdy mówi to mężowi.
Nusia tylko po niecałych dwóch dobach biegunki była bardzo osłabiona.  Rut spostrzegła z jakim wysiłkiem podnosi się z łóżka, staje na nóżkach, by pójść do ubikacji.
– Nie dasz rady chodzić, córeczko? – zapytała.
– Nie dam. – westchnęło dziecko, a w oczach pojawiły się łzy.
Wtedy Rut uważniej zajrzała jej w twarzyczkę. Małą, smutną, z zapadniętymi oczami, z fioletową smugą cienia pod nimi. Teraz dopiero zatrzymała się na chwilę w szaleńczym tańcu i zobaczyła jak rysy tej twarzy wyostrzyły się nienaturalnie, jaki poważny, nieobecny wzrok wyzierał z oczu.

I już wiedziała.
Nie poradzą sobie sami z tą, która skrada się jak noc.

– Musimy jechać do szpitala – powiedziała mężowi i wyniosła rozognione gorączką dziecko z łóżka. To samo dziecko, nad którym lekarze kiwali z politowaniem głowami zanim się urodziło. To dziecko, dla którego przeleżała kilka miesięcy, by żyło. To dziecko, którego urodzenie było cudem niewiarygodnym. To nie może być na marne. Nie po to odliczała każdy tydzień ciąży przesuwając papierowe kwiatki na wstążce.
Lwica ukryta w szeleszczący myślach warknęła groźnie, ostrzegawczo:
Nie zabierzesz jej!

W ciągu dziesięciu minut spakowali się. Po pół godzinie byli przyjęci do szpitala. W ciągu następnej godziny podłączono kroplówkę. Po trzech kroplówkach kolory zaczęły wracać na twarz, oczy nabrały blasku…
Trzy dni później Nusia znów trajkotała jak nakręcona.
– Tato – przymilała się – obiecałeś w szpitalu, że kupisz mi zabawkę.
– Już wróciła nasza dawna Nusia. – roześmiał się, opowiadając to żonie przez telefon. Rut była w szpitalu z Laurką.

Teraz?
Wszystko jest dobrze. Jak być powinno.
A jednak… Rut nigdy już nie zapomni jej bladego uśmiechu w oczach swego dziecka.
Ten widok jak rylec wyżłobił głęboką bruzdę na glinianej, kruchej tabliczce serca.
Minęło już trochę czasu. Bruzda zabliźnia się. Na tyle, że można w końcu przez zaciśnięte gardło wyszeptać: „Nigdy tego nie zapomnę.”

A głuchy pomruk przysięgi dudni w szeleszczących myślach: Nigdy już nie dam ci podejść tak blisko. Będę czujna.

**************

Po namyśle…

Piszę "nigdy", choć mam świadomość, że to słowo nie pasuje do ust kogoś tak małego jak ja. Nie mam żadnego wpływu na "nigdy" i "zawsze". Mogę się tylko starać. Z całych sił ograniczoności.

O ruttka

Szczęśliwa żona od 22 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *