sama esencja

 

Od jakiegoś czasu pojawia się w ciągu dnia jakaś melodia, której nie kojarzyłam.

Nie był to żaden z dzwonków telefonów żadnego z członków rodziny. Ani dźwięk przychodzącego sms-a. Ani sygnał, który budzi nas co rano za piętnaście siódma. Niemniej pojawiał się codziennie i – jak to wyśledziłam w końcu – pochodził z komórki męża.

Kiedy wybrzmiewały pierwsze tony melodii, mój mąż sięgał niespiesznie do kieszeni, wyjmował aparat, chwilę nań patrzył i wyłączał. Potem komórka znowu lądowała w kieszeni.

Pewnego dnia nie wytrzymałam. Powstrzymywanie naturalnej instynktownej niemal ciekawości kobiecej ma jednak swoje granice:)

– Co to za melodia? – zapytałam ze słonecznego tarasu w głąb budynku – To jakiś budzik? Przecież nigdy nie śpisz o tej porze? Po co go ustawiłeś? – zasypałam pytaniami pracującego męża.

Milczał.

– Dlaczego ustawiłeś o tej porze budzik?

– Bo jest trzecia. – odpowiedział po dłuższej chwili.

Popatrzyłam na niego i …pokochałam go jeszcze mocniej.

 

W ciągu ostatnich dni dopadł mnie nagle jakiś wirus, dobrał się do gardła, pozbawił głosu, odebrał siły. W trakcie jednego popołudnia zwalił mnie z nóg.

Dusio siedzi obok mnie na fotelu. Zanoszę się kaszlem.

– Nie wiem czy będę mogła pojechać jutro z wami na wycieczkę. – mówię bezgłośnie, z wysiłkiem.

– Mamo, pomodlę się za ciebie. – odpowiada poważnie – Żebyś się tak nie męczyła.

– Jesteś kochany synku – szepczę, gładząc go po policzku wierzchem dłoni.

 

Męska wiara.

Prosta, konkretna, bez zbędnych zawijasów, sama esencja mocna jak w najlepszych indyjskich herbatach. Nie rozwodniona tysiącami słów, nie rozcieńczana łzami.

Bóg jest. Trwam przy Nim.

Koniec. Kropka.

Nie trzeba nic więcej. Mówić ani robić. Bo wszystko inne wypływa samo, jak naturalna konsekwencja. Jak esencja z gorącego czajnika napełnia filiżankę życia.

 

Bóg jest. Trwam.

 

Patrzę i kocham ich jeszcze bardziej.

 

wstrząs

 

Nie wiem dlaczego tego dnia wysunął się pas, choć nigdy w czasie upału się nie wysuwa. Taki defekt. Mechanik nic nie umiał z tym zrobić.

I dlaczego ten pas w ogóle zapięłam, skoro na tej trasie go nie zapinam.

Nie wiem też kiedy i dlaczego przypomniałam Ali, by też się zapięła.

Ludzie nazywają to przypadkiem, ja nazywam to Opatrznością.

Nie wiem dlaczego to auto przede mną jechało tak dziwnie. Coś mnie tknęło, by nie ufać za bardzo, ale przecież się spieszyłam. Był już prawie wieczór, wciąż opływający strugami upału, a córka potrzebowała polnych kwiatów do ołtarza na Boże Ciało. Koniecznie polnych, bo ołtarz prosty, harcerski, nie pasują do niego arystokratyczne róże ani nadęte piwonie z ogrodu. Byłam zmęczona. Niespełna godzinę wcześniej wróciłam z całodniowej wycieczki z moją klasą.

Dlatego postanowiłam wyprzedzać dziwnie wahający się przede mną samochód. Kierunkowskaz i przyspieszenie. Wtedy bez sygnału, zajechał mi drogę. Ułamki sekundy. Szybki skręt kierownicą, uderzenie, szarpnięcie i nagła nieruchomość wszystkiego.

Nie wiem dlaczego nic nam się nie stało. Nawet jednego draśnięcia, tylko drżenie całego ciała z przerażenia i szoku.

Sprawca wypadku przyznał się do błędu, zapytał przerażony czy wezwę policję.

– Nie – odpowiedziałam automatycznie.

Ucieszył się, zaproponował odszkodowanie. Zadzwoniłam po męża, choć dłonie mi tak drżały, że z trudem odblokowałam komórkę. Przyjechał i załatwił wszystko, a ja wróciłam do domu. Powoli, rozbitym autem, a sama – bardziej w jednym kawałku niż kilka chwil przed wypadkiem.

Czasem się rozpadam. Ze zmęczenia, stresu i czegoś jeszcze, co trudno nawet nazwać.

I nagle zdarza się takie coś jak ten wypadek, który wstrząsa wszystkim i to wszystko wraca na właściwe miejsca. Jak w tej dziecięcej zabawce temperówce, gdzie pod przeźroczystą kopułką były otworki i małe kuleczki. Tylko odpowiedni wstrząs umieszczał kulki na właściwych miejscach.

Wszystkie sensy się odnajdują, wiadomo już co, jak, po co, kiedy i dlaczego.

 

A najbardziej wiadomo, że nie jesteś sam z tym wszystkim, co nazywa się istnieniem.

 

Ludzie nazywają to przypadkiem, ja nazywam to inaczej:)

 

znalezisko

 

Rzadko kupujemy wędlinę w sklepie, ale w związku z faktem, że nasza, swojska się skończyła ( dla zainteresowanych animalsów – tak, ze świnki z uboju prawie rytualnego:), Miś kupił kawałek mielonki na kanapki.

A w kupczej mielonce, jak to w mielonce znaleźć można cuda:)

Zaaferowana Laurka przybiega z kanapką w jednej, a czymś tam – w drugiej rączce. Piąstkę rozluźnia, prezentuje tajemnicze, wyplute wcześniej coś i obwieszcza:

– W mielonce był taki mały kościotrupek.

 

Raczej kawałek kościotrupka sądząc po rozmiarze:)

 


środek

 

Rozgardiasz porannego pokoju.

Pęk polnych kwiatów wetknięty byle jak do wazonu- żniwo moje i Dusia przywiezione z wieczornej rowerowej eskapady, przekrzywiony różowy obrus na stoliku, sterta książeczek wczoraj czytana na dobranoc Laurce. Pod ścianą pękaty kuferek, z którego wyglądają kolejne tytuły dziecięcych lektur.

I jeszcze walizka z rozwartą paszczą i kilka innych tobołków u drzwi balkonu – świadkowie tego, że Nusia wróciła z tygodniowej zielonej szkoły. Gra na parapecie, kluczyki męża, który dziś wyjechał po nowe auto dla żony, koce na podłodze ratowane o piątej rano przed nawałnicą burzy.

A obok mnie kawa niedopita, malutki różaniec już odmówiony i tomik wierszy z rozpostartymi skrzydłami.

Siedzę jeszcze pod kołdrą i ogarniam wzrokiem cały ten pozorny bałagan. Nic tu nie jest na miejscu, a jednak… wszystko jest jak trzeba. Każda rzecz śpiewa o tym jak życie się tu pięknie i intensywnie toczy.

Czytam mojego mistrza:

 

dzień jest jak życie – pisze

na początku i na końcu

zawsze wiadomo o co chodzi

 

Tylko środek bardziej chaotyczny i z poukrywanymi sensami – dopowiadam sobie w duchu.

 

Rano i wieczorem wiem wszystko, jestem pewna celowości wszystkiego, co jest. Wiem, że nawet chaos jest po coś. Wszystko jest jasne i proste jak linia horyzontu zza której wychodzi słońce i za którą znika.

Koło południa zdarza mi się miotać i pozwalać miotać sobą wątpliwościom. Boję się, że nie ze wszystkim zdążę, że umknie mi coś istotnego i nie do odrobienia, że czau będzie za mało.

Jestem w środku mego życia. Chyba.

Muszę zaakceptować środka nieoczywistość. Wieczorem znów wszystko się wyciszy i wyjaśni.

 

 

 

 

 

 

 

 

ciepłe spędzanie czasu

 

Ciepło.

Gdy tylko mamy czas, spędzamy go na działce.

Zauważyliście? – czas spędza się jakby było to stado owiec sprowadzanych z gór. Białe obłoki spędzane przez juhasów. Cudny jest ten nasz język. Magiczny. Pełen świeżych jak majowa trawa skojarzeń.

Ale to była dygresja, tymczasem czeka kilka historyjek z ostatnich dni.

 

Pomiędzy dwiema brzozami jest zawieszona huśtawka. Na bardzo długich sznurach. Wprawiona w ruch umiejętnie, taktownie i długo daje złudzenie fruwania w przestworzach. Nie mnie, bo nie lubię akurat takich zaburzeń błędnika, ale Laurce daje złudzeń wiele.

I oto tatuś huśta ją, a jeden z wymachów jest tak zamaszysty, że dziecię – na poły przerażone i zachwycone wykrzykuje:

– Oj! Mało nie dostałam ZAPAŁU!!!

 

Siedzę na tarasiku. Zajęta tylko i wyłącznie byciem. Nagle zza budynku wybiega kolorowy kształt.

– Chodź mamo, chodź! – krzyczy zaaferowana córka.

– Po co? – pytam wyrwana z ciszy.

– Pokażę ci niespodziankę.

Nie chce mi się za skarby świata ruszać z tego miejsca, ale i tak nikt mi żadnych skarbów nie oferuje, więc … wkładam kroksy i idę.

– Zobacz – tajemniczo mówi Laurka i wskazuje na trampolinę – Ślady naszych niewidzialnych stóp:)

– Acha. – potwierdzam z tym samym inteligentnym zachwytem, z jakim podziwiano szaty cesarza, który był nagi.

Tylko dzieci widzą niewidzialne ślady. My potrafimy przeoczyć nawet te najbardziej widoczne:)

 

Udało się nam znaleźć osiem truskawek na naszym zagonku. Laurka jako najsprawiedliwszy wśród narodów rozdziela plon na całą rodzinkę.

– Jedna dla taty, druga dla mamy, trzecia dla mnie… – wylicza, odkładając owoce na stolik.

– Ja nie chcę. – zgłasza natychmiastową rezygnację tato.

– Ufff! – z ulgą wzdycha córeczka i szybko ładuje truskawkę do buzi:)

 

Ubieram rankiem najmłodszą córeczkę, a ona na to:

– Jak to dobrze jest mieć taką pracowitą mamusię:)

– I tatusia, prawda? – dorzucam.

– I pracowitego tatusia, który jeździ na działkę i majstruje – rozwija myśl pociecha.

 

 

Jak to dobrze mieć takie dzieci. To naprawdę błogosławieństwo. Od dzieci robi się ciepło w sercu i w tym cieple można spędzać czas jak baranki z hal.

 

 

istota drzewa

 

Mamy na działce paulownie puszyste, zwane inaczej cesarskimi drzewkami szczęścia.

Było ich więcej, ale przetrwały tylko trzy. Wszystkie wyhodowane z ziarenek, w tym samym czasie, ziemi i okolicznościach, podlewane ta samą ręką ( mojej teściowej, którą poprosiłam o wyhodowanie roślin).

Potem trafiły na działkę w miejsce zwane przez nas inkubatorem – zaciszne, żyzne, osłonięte przed wiatrem i zbyt ostrymi promieniami słońca.

Gdy podrosły, dwie sadzonki przeniosłam na docelowe kwatery – od frontu budynku. W wyobraźni już widziałam jak za lat kilka z okien będzie można podziwiać duże kielichy kwiatów, a piękny aromat zaplącze się w firanki przyszłego domu. Jedna sadzonka została w inkubatorze, bo miała być prezentem dla kogoś, kto również ma działkę.

Po jednym sezonie okazało się jednak, że drzewko tak wybujało, że żadną miarą nie da się go ofiarować nikomu, nie narażając go na śmierć. Przeprowadzka gdziekolwiek nie wchodziła w grę, więc zostało, coraz głębiej puszczając korzenie w żyzną glebę i wybijając pędy wysoko w przestworza.

Dziś jest drzewkiem dwukrotnie przewyższającym mnie samą, a tymczasem jego dwaj bracia – posadzeni na ubogiej glebie, narażeni na skwar i silne wiatry – mogliby by być nazwani co najwyżej krzewami.

Co roku trzy drzewa owijam na zimę. To najwyższe tylko tyle ile zdołam, malców opatulam szczelniej. Co roku drżę z obawy czy przetrwają i co roku wraz z wiosną odżywają na pędach pąki i moja nadzieja.

Kilka dni temu – siedząc na swoim zielonym leżaku – zauważyłam ptaka, który wylądował na gałęzi małego drzewka. Był pewny i spokojny jakby nie siedział pół metra nad ziemią, a wysoko w koronie olbrzymiego dębu.

„Wyglądasz jak krzew, mały i kruchy, – pomyślałam – ale ptak na gałęzi rozpoznał w tobie drzewo. Podobnie jak kobieta budzi się kobietą pod pierwszym czułym gestem mężczyzny, a mężczyzna – mężczyzną przy kobiecie, która mu zaufa.”

 

Nie jest ważne jak jesteśmy maleńcy, jak trudno nam było wzrastać, jak obeszło się z nami życie, nie są ważne wichury, które łamały nam gałęzie, susze, które spalały nas na popiół i zimno, które ścinało krew w żyłach. W samym środku jesteśmy tym, kim jesteśmy. I nic tego nie zmieni.

Nawet gdyby nigdy nie pojawił się ptak, który rozpozna w nas drzewo.