skala

 

– Idziesz już do domu? – pyta mnie Ewcia w szatni nauczycielskiej.

– Nie, lecę do przedszkola – śmieję się, zapinając kożuszek w pośpiechu. Spieszę się, bo mam pięć minut na przebiegnięcie, a na zewnątrz mróz i śnieg.

– A potem już koniec? – dopytuje ona.

– Nie. Później znowu wracam do szkoły na dwie lekcje, a potem znowu do przedszkola.

– Aaaa – kiwa ze współczuciem głową – To ten twój hardcorowy dzień?

– Nie – odpowiadam ubawiona – Wczoraj był mój hardcorowy dzień. Dziś jest zwyczajny:)

I uwierzcie mi, że to prawda.

Ten dzień nie jest hardcorowy w porównaniu z wczorajszym.

Wszystko zależy od miary, jaką przykładamy i od skali, w jakiej mierzymy😁

Może dlatego warto nasze życie przykładać czasem do wieczności, a naszą wielkość do potęgi Boga.

I od razu robi się lepiej.

 

światełka wróżki

 

No to teraz poszło już lawiną.

– Piękne – półgłosem rozmarzyła się Nusia siedząc na dywanie. Obok niej – rozciągnięty jak wąż – łańcuch nowych światełek na choinkę.

Dostałam je od Gosi na imieniny, bo – choć ja sama nigdy o tym nie pamiętam – wszyscy uparli się je obchodzić i od rana do nocy dostaję serdeczności, życzenia i prezenciki:)

Teraz Hania wpatruje się w małe drobinki o kolorze ciepłej bieli, jej szczupła twarz podświetlona od dołu wygląda jak liczko jakiejś wróżki. A drobinki jak krople rosy.

A potem zupełnie jak wróżka podrywa się i zaczyna przewieszać łańcuch na karniszu w wielkich drzwiach na taras.

– Żeby sąsiedzi zazdrościli – śmieje się pod nosem łobuzersko.

Najpierw bombki, potem kolędy, a teraz lampeczki.

„Niech jeszcze i to … niech jeszcze i to…” – jak mawiał Benedykt Koryczyński do cna zrezygnowany 🙂

 

 

 

dużo pracy

 

Dzisiaj bardzo pracowity dzień za mną. Szkoła i tym razem oprócz normalnych lekcji ( o ile mogą być normalne, gdy nauczyciel prawie nie mówi z powodu chrypki;), z jedną klasą zrobiliśmy sobie challenge świąteczny i produkowaliśmy w pocie czoła i konwulsjach śmiechu wieńce bożonarodzeniowe. Nie sobie a muzom bynajmniej, lecz na szczytny cel, czyli na kiermasz, który zasili skarbonkę Caritas, a docelowo będzie funduszem na zakup darów dla ubogich.

Poza tym Szlachetna Paczka się rozkręca❤️ Włączam się jako koordynator szkolny lub włączamy się jako rodzina od…

No właśnie nie pamiętam od ilu lat. Chyba od kiedy Paczka istnieje, bo gdy robiliśmy naszą pierwszą paczkę, Adaś miał ze 2 latka, a sama akcja była raczkująca. Teraz Adam jest chłopem z wąsem, a SzP to bujne dzieło niosące pomoc dziesiątkom tysięcy ludzi, a angażującym jeszcze więcej. To ogrom pracy, ale takiej niesamowitej, że serce rośnie ci do rozmiaru XXL, bo spotykasz tak wielu dobrych, wrażliwych ludzi, że masz wrażenie chwilami, że Królestwo Niebieskie już nastało:) Tych innych jest zdecydowanie tylko promil w społeczeństwie. Jeśli nigdy nie szykowaliście paczki, musicie mi wierzyć na słowo. Jeśli szykowaliście, to już o tym wiecie.

Tak więc paczka to numer dwa na mojej dzisiejszej liście.

A po powrocie do domu, chwila odpoczynku i szybko trzeba było wziąć się za pranie i sprzątanie. Bo jutro goście. Z noclegiem.

Teraz sobie tylko w spokoju zjadłam kubek kisielku żurawinowego. Nieco przekroczyłam z nim limit czasowy, bo powinnam jeść tylko do 20tej. Następny posiłek jutro o 14tej. Taka jest idea postu przerywanego 16/8. Bardzo dobra rzecz, choć gdy się o nim dowiedziałam, uśmiechnęłam się. W zasadzie żyję tak od lat:)

Zawsze ciężko jadło mi się śniadania, więc najczęściej pierwszy posiłek wychodził po pracy, czyli właśnie koło 14tej. Może to cała tajemnica dlaczego jestem taka szczupła;)

Tak więc przy tym kisielku pomyślałam, że napiszę na bloga, bo w weekend nie dam rady. Goście:)

Dobrze, że wszystko już posprzątane, Hania upiekła ciasto, jutro rano jeszcze przygotuję lekcje na poniedziałek. A na jutrzejszy obiad wjeżdża piec do pizzy Ferrari, więc goście będą sobie sami komponować obiad wedle uznania.

A Wam życzę dobrej soboty i niedzieli. Ostatniej w tym roku liturgicznym.

Czas splatać wieniec adwentowy🌲

Pierniki w połowie dojrzałe🫓🍯

Jak ten czas leci – zakończę mało odkrywczo😁

 

 

ciepły dzień

 

– Ale mieliście szczęście, że przyjechaliście – ekscytuję się – A tu spadło tyle śniegu!!!

Tak, Ala i Adaś przyjechali na weekend, a śnieg sypał przez cały piątek i sobotę. Jakby specjalnie dla nich.

W wielkim mieście, gdzie studiują taki śnieg szybko zmienia się w szare ciamkające błotko. Wiem, bo studiowałam w tym samym grodzie:)

Ale tu, na wsi śnieg utrzymuje się bardzo długo. Na polach, leśnych drożynach, zagajnikach, pod krzewami, w ogródku, na grubych konarach i cieniutkich gałązkach. Nawet na główkach ostu puszyste białe czapki.

– Wystarczy tylko go nie deptać i nie jeździć po nim – mówię, gdy lepimy we cztery bałwana.

Oczywiście, tam, gdzie toczyłyśmy kule, śniegu już nie ma, lecz zielenieje trawka. Ale dla tak szczytnego celu warto było zniszczyć nieco białej scenerii. Bo bałwan zaiste wyszedł nam przystojny.

– Zrobię mu jeszcze wydatne kości jarzmowe – oświadcza studentka kierunku medycznego, masując policzek bałwana:)

Potem jeszcze dostał w pakiecie grzywkę z tui, wąsiki z gałązek modrzewia, zgrabne uszka, srebrny szal i garnek na głowę.

Jeszcze trzeba go było oskubać ze złotych liści brzozy, które malowniczo wgniotły się podczas toczenia kul.

Wszak jeszcze dwa dni temu była tu złota polska jesień: świeciło słońce, a deszcz liści szeleścił zlatując jak motyle.

W końcu, ze zmarzniętymi rękami i pełne śmiechu po brzegi ust wracamy do domu.

Rzucamy mokre rękawiczki na grzejniki, podkładam do pieca, a Lalcia znowu wyszperuje płytę z kolędami. Bawimy się tak w chowanki już od kilku dni. Ja chowam, ona znajduję i włącza. A ja znowu chowam.

Może za słabo chowam?

Może nawet robię to specjalnie? 🙂 Kto wie jaki chochlik siedzi w mojej głowie;)

Więc kolędy już płyną, ale my – niesyte lepienia – przynosimy ze spiżarki mąkę, bierzemy drożdże i zagniatamy ciasto na bułeczki. Oraz drugie z gotowego proszku od Ksawerego. Przywiózł dziś na spróbowanie. To ma być włoski chlebek focaccia. Ozdabiamy go kawałeczkami szynki, a bułki – makiem i kminkiem. I siup do piekarnika.

Trzeba się spieszyć. Zmrok zapada, a nasi chłopcy za chwilę pewnie wrócą z montażu. Będą głodni jak lwy, a zapiekanki z obiadu zostało deczko.

I rzeczywiście – gdy dom wypelnia się zapachem świeżego chleba – drzwi otwierają się i w progu stają nasi sterani panowie.

Za oknem już nie sypie, w domu ciepło, kaloryfery, piekarnik, kolędy, lampki i świece dwoją się i troją, by było jeszcze cieplej.

Tylko biedny bałwan nieco przechylił się na boczek i trzeba było wybiec mu szybko na ratunek. Ostatecznie ocalał, podparty miotłą:)

Kończy się dzień, chrupią bułeczki, chleb rozrywany na kawałki jeszcze gorący. Dziewczynki oglądają bajkę, pijemy malinową herbatę i roiboos, malujemy jeszcze z Alusią obrazki akwarelami. Oczywiście kwiaty;)

Lampka rzuca nam krąg światła na stół.

*  *  *

Ktoś wokoło nas roztacza krąg światła. Ukrywa się za wszystkimi tymi cudami, zdarzeniami, rozmowami, za śniegiem, liśćmi brzóz, za zapachem chleba, bliskością bliskich, ogniem w piecu huczącym.

Ale ukrywa się równie nieporadnie jak ja ukrywam płytę z kolędami.

Może też chce być odnaleziony?

Kto wie jaki chochlik mieszka w Jego głowie?

🙂

 

radość z dziś

 

Wiedziałam, wiedziałam, wiedziałam.

Następnego dnia po powieszeniu bombek na drzewkach Lalcia – wobec naszego braku reakcji i protestu – grzebała długą i grzechoczącą chwilę w naszych skrzyneczkach z płytami CD, a potem włączyła staroangielską muzykę bożonarodzeniową!!! Przepiękne anielskie śpiewy, dzwoneczki i wszystkie te cudności, od których serce roztapia się szybciej niż miód w garnuszku. Płytę tę kiedyś kupiłam za 50 groszy w szmateksie.

– O nie!!! – zakrzyknęłam z salonu.

Ta zasada „daj palec, a urwie rękę” bardziej nawet sprawdza się w przypadku dzieci niż rekinów:)

Ale uniosłam się znowu cierpliwością ( długo trenowaną w domu i poza nim),pozwoliłam muzyce dograć się do końca i płytę schowałam.

Mądrość polega także na tym, by żyć dniem dzisiejszym, a nie marzeniami o tym, co przyjdzie jutro.

A jeszcze nie ma nawet Adwentu.

O śniegu nie wspomnę. Choć zdarza mi się już rano skrobać szron z szyby auta:)

DZIŚ też domaga się afirmacji i celebrowania.

Dziś jest dobre na książkę Whartona, świecę przy bukiecie drobnych chryzantem, bursztynową herbatę z ostrokrzewu afrykańskiego i kojącą muzykę z filmu „Notting Hill”. Dziś jest dobry deszcz drobno stukający w przewody wentylancyjne i zbieranie liści spod leszczyny. A potem wspólne oglądanie bajek o Żwirku i Muchmorku. Jak jedli kaszę;)

Jeśli uda mi się polubić deszcz, szybko zapadający zmrok, wiatr, żółte liście i całe to „dziś” , na pewno spodobami się także „jutro”, śnieżne zawieje, zapach mrozu i podkładanie drewna do pieca.

Poczuć się w swoim życiu jak ryba w wodzie, jak stopa w wygodnym, bo roczłapanym już kapciu.

Niczego sztucznie nie przypieszać, niczego zbyt brutalnie nie skracać, przetrzymać oczekiwanie i oczekiwanie oczekiwań, nie wydłużać czasu jak gumy, nie płakać, że „wczoraj” minęło, że dzieciństwo było takie beztroskie, budzić się co rano gotowym na wszelkie dobro.

Zauważyć choćby świetlik w drzwiach lśniący jak kryształ od wschodzącego słońca. Nie minąć obojętnie tego cudu.

Żadnego cudu nie ominąć.

A jeśli patrzysz zbyt daleko przed siebie, wypatrując czegoś na horyzoncie, na pewno przeoczysz coś, co masz pod stopami.

Albo nawet podepczesz.

 

 

piernikowe refleksje

 

Listopadowe urodziny Lalci to taki nasz znak przypominający, że czas wyjąć chomikowane już od jakiegoś czasu ingrediencje i zająć się ciastem na pierniki.

Rozpuszczamy w garnuszku miód, smalec i cukier. W międzyczasie ktoś już wsypuje do wielkiej miski mąkę i wbija jajka, a ktoś jeszcze inny z mozołem miele goździki. Stary młynek po dziadku znaleziony podczas licznych porządków, chrzęści i zacina się. Trzeba mocno kręcić korbą, by pokonać opór goździków i starej maszynerii.

Młynek jest u nas poszanowanym staruszkiem na emeryturze i wyjmowany oraz zaprzęgany do pracy raz tylko w roku. Zresztą, zapach goździków tak się w niego wtopił, że cokolwiek innego próbowanoby weń zmielić, pachniałoby goździkami.

Zauważyliście? Są w naszych domach takie przemioty. Tylko na jedną okazję. Wyjmowane raz w roku. Z pietyzmem przechowywane. Pełne znaczeń. Obrastające tradycją pokoleń.

Bo to, że „tylko raz w roku” nie odbiera sensu ich istnieniu.

*  *  *

Zmielone goździki w małym metalowym kubku miesza się z innymi wonnymi przyprawami: cynamonem, gałką, kardamonem i imbirem.

Drobinki korzennego zapachu rozchodzą się po wszystkich kątach domu, sygnalizując mu, że powoli czas przeciągnąć się i zacząć myśleć o świętach.

Powoli, naprawdę powoli.

Nie tak jak nasze córki, które powiesiły już parę nowych bombek na drzewkach beniamina w rogu pokoju:) Pozwoliłam im tylko bombki nanizać na niteczki, a one zrobily taki figiel przy okazji.

– Zaraz zdejmę te bombki – odgrażam się, pijąc kawę z mężem.

– Nie zdejmuj im. Niech zostaną – wstawia się mężulek:)

No to niech zostaną. Razem z zapachem piernikowym, który zagnieździł się już w zasłonach salonu i między kurtkami w przedpokoju.

Pewnych rzeczy nie wypędzisz już, choć nastały przed czasem dla nich stosownym.

Nawet Jezus to wiedział, napełniając stągwie winem w Kanie.

I cóż, że nie nadeszła jeszcze pora:)

Tylko pierniki wiedzą, że dojrzewanie jest ważne i trwa nawet parę tygodni.

I co roku trzymają się tego skrupulatnie.

 

 

rekolekcje nr 2

 

Kolejna choroba i kolejne rekolekcje. Tym razem wirus wywracający jelita od podszewki. Pewnie moje maluchy z przedszkola mi go sprzedały:)

Oby do jutra przeszło, bo mam dla nich przygotowane zajęcia o Polsce i biało – czerwonej fladze.

Tymczasem biało- czerwona powiewa na wietrze, umocowana drzewcem do paulowni, a pnąca róża przytrzymuje jej róg. Więc, gdy wieje wiatr, flaga napina się jak maszt żaglowca sunącego pełnym morzem.

Ja, nieco osłabiona tym nowym wirusem, obejrzałam sobie mszę on – line. Uwielbiam wyszukiwać sobie nowe kościoły, gdy jestem chora i uczestniczyć w mszach odprawianych setki, a nawet tysiące kilometrów stąd.

Jeden z cudownych owoców niedawnej pandemii, to właśnie te msze w niezliczonej ilości transmitowane z całego świata dla starszych, chorych i kalekich. Uczestnictwo w takiej mszy nieodmiennie przywołuje we mnie słodkie przypomnienie powszechności Kościoła. A to jedna z prawd tak często zapominanych.

Potem różaniec przy świecy zapalonej u stóp Matki.

Powrót rodzinki ze mszy, wspólny pyszny obiad, ciasto, kawa, krótki spacer z mężem po podwórku tylko. Przez stalowe niebo przedarło się jak przez zasłonę słońce, rozprysnęło się na złotych liściach brzóz. Znalazłam ostatnie kwiaty w trawie i skomponowałam może ostatni już bukiet tego roku.

– Nadają śniegi – oznajmił mężulek, gdy weszliśmy do ciepłego domu – Ale jeszcze nie u nas. – uspokoił.

– Pewnie w górach – próbowałam zgadnąć.

– Tak. Chyba tak.

Daleko jesteśmy od gór, ale to nie przeszkadza nam czuć w kościach śniegów, które tam spadły i w głowie – halnego, który tam wieje.

Siedzę teraz i doznaję rozterki, bo dwa pragnienia na raz ciągną mnie w dwóch różnych kierunkach. Albo zostać tu, pod góralskim wełnianym kocykiem w kwiaty i czytać dalej książkę o Ojcu Pio, której połowę już połknęłam wczoraj ( wspaniała!!!), czy też wspiąć się na antesolę, rozłożyć farby i pędzle i namalować kolejny portret Maryi lub Jezusa.

A może to nie są dwa różne kierunki? Może kierunek ten sam, tylko dwie różne drogi:)

Aż sama jestem ciekawa co we mnie zwycięży.

Dzielę się tym z mężem, a on od razu wpada na świetny pomysł:

– Bilokacja! Jak ojciec Pio!

🙂

Pomysł zaiste świetny, lecz w moim przypadku – niewykonalny.

Muszę więc kombinować jak zwykły śmiertelnik.

Może teraz – póki jeszcze światło dnia – pójdę malować, a nocą będę czytać i zasypiać ze słodkim uczuciem bliskości świętego zakonnika.

 

drzwi

 

Oglądałam ostatnio pracę pewnego artysty malarza, jego pociągnięcia pędzlem, jego dobór kolorów, jego nonszalancję w malowaniu. Oglądałam jego dzieła, patrzyłam na nie długo, śledziłam szczegóły.

I nagle coś się otworzyło. Jakby jakaś szkatułka wysypała mi się pod nogi. Zrozumiałam w jednej chwili to, czego nie rozumiałam od kiedy maluję.

Otworzyłam farby, wzięłam pędzle i zaczęłam malować inaczej.

Po prostu.

 

Pewne rzeczy są nam ułatwiane, pewne drogi wyznaczone na skróty, jak bonusy otrzymujemy niektóre poziomy, coś podawane jest nam jak na talerzu.

Czasem czujesz, że w twoim życiu otworzyły się na oścież jakiegoś nowe drzwi. Widzisz jasno i przejrzyście to, co dotąd było odległe i mgliście zarysowane.

I nie wiesz wtedy co masz robić, ale wiesz, że musisz się pospieszyć, bo te drzwi nie będą otwarte na zawsze. Albo z nich skorzystasz teraz, czegoś się nauczysz, wzniesiesz, przejdziesz, urośniesz, albo znowu się zamkną lub znikną na zawsze z twego pola widzenia.

I nie wiesz kiedy znowu przyjdzie taki moment, że staniesz u ich podwoi. I czy przyjdzie jeszcze kiedykolwiek.

* * *

Wiele lat temu modląc się przed obrazem Maryi w pewnym domu rekolekcyjnym, usłyszałam nagle w głębi duszy głos:

– Zawierz mi swoje życie, w zaczną się w nim dziać cuda.

Otworzyły się wtedy drzwi, których nigdy nie zapomnę. Drzwi do bardzo bliskiej i czułej relacji z Maryją. Nieco oszołomiona przekroczyłam je wtedy. I zmieniło się wszystko.

Naprawdę wszystko.

I naprawdę na zawsze.

Jakbym weszła parę pięter wyżej.

Nie, nawet nie weszła.

Jakbym została wwieziona windą – cytując Małą Tereskę.

Mój jedyny wysiłek to było przekroczenie drzwi. Potem one się zasunęły i po chwili znalazłam się na zupełnie innym poziomie.

Tak działa łaska Boża, gdy tylko odpowiesz: TAK.

Gdy tylko się zgodzisz, by zadziałała.

* * *

Oczywiście muszę tu od razu zacytować jedno z ulubionych zdań mojego męża, że „łaska buduje na naturze”.

Tak, to prawda.

Łaska jakby szukała tych, którzy starają się coś robić. Może im to nie wychodzić, przynosić mizerne efekty, a jednak starają się. I łasce to wystarczy. Nawet bardzo nieudolne wysiłki są jakby wyzwalaczem dla niej, by się rozlała.

Jej wystarczy jeden mały kamyczek, by zeszła lawina.

Bo przecież ja wciąż szukałam oblicza Pana, modliłam się, czytałam, byłam na rekolekcjach. Nie siedziałam z założonymi rękami, czekając aż Maryja coś zrobi za mnie, odmieni moje życie.

Bo przecież od trzech lat wciąż i wciąż maluję. Spędziłam za sztalugą tyle godzin, tyle farb wymalowałam, pędzli wydarłam do ostatniego włoska. Nie czekałam, że ktoś coś ześle mi z nieba.

Lecz to otwarcie drzwi jest czymś tak wielkim, że trudno to traktować jak zwykłą zapłatę za starania.

To coś więcej.

Bo w żaden sposób nie można zasłużyć na aż tak wiele.

I bardziej tu mówię o wierze niż o malowaniu obrazków:)

Ale to przecież wiecie. Znacie mnie nie od dziś.