nieziemskie moce;)

 

Syn – gdy przyjeżdża do domu – przywozi stertę prania. Na szczęście wszystko jest czarne, więc ładuję pralkę, piorę, rozwieszam. I gotowe.

– Ale przecież wy macie pralkę na stancji? – zaczynam dochodzenie.

– No tak – odpowiada syn – I ja nawet piorę, ale – nie wiem dlaczego – po moim praniu i tak wszystko śmierdzi potem. A jak ty upierzesz, to pachnie.

– Płyn do płukania – podpowiadam z uśmiechem.

– A poza tym – kontynnuje syn – u nas pranie wisi i wisi i dalej jest mokre, a tu – powiesisz i już jest suche jak pieprz.

🙂

To ci zagadka🤔

Czasem czuję się jak czarodziejka:)

 

 

mały jeż

 

Pewnie też macie takie dni, gdy następuje kumulacja jakiegoś dobra, zadowolenia i gdy czujecie się „wygłaskani” za wszystkie czasy.

 

Ja wczoraj miałam taki dzień. Gdy jedna ze starszych klas wyznała nagle, że moje lekcje są ciekawe. Gdy pierwszaki, stęsknione za mną po mojej chorobie, dopadły mnie na korytarzu jak stadko kurcząt i zaczęły się tulić, wyznając miłość na wszelkie możliwe sposoby. Gdy koleżanka, w której grupie przedszkolnej niestety już nie uczę, westchnęła: „tęsknimy za tobą, i ja, i dzieci”. Gdy inna napisała późnym wieczorem sms: „czy mówiłam ci już, że jesteś cudowna?”.

A potem jeszcze mąż i jego ramiona na jeszcze lepsze zakończenie dnia.

Zasypiałam wczoraj jak mały jeż, otulony stertą ciepłych liści. Umoszczony aż po uszy w zadowoleniu.

Są takie dni, kiedy jesteś zasypany dobrem aż po czubek głowy, kiedy życzliwość porywa cię jak wezbrana rzeka.

Pamiętam jak Ewa nazywała to „cukiereczkami”.

Pewnie powinniśmy się bez nich obywać, lecz z jakiegoś powodu Bóg wie, że są nam potrzebne i czasem – zupełnie bez okazji – sypie nam w zanadrze całą ich garść.

To zadziwiające jak długo można potem żyć dzięki nim i jakie ciemne noce przetrzymywać, zapalając sobie samo wspomnienie o nich.

 

Na przykład tym, że ktoś od kilku dni z życzliwością, starannie wiesza moją kurtkę na specjalnym wieszaku, bo ja z braku pętelki, wieszam ją zarzucając rękawem na haczyk. Dziś zostawiłam też pulowerek w szatni i on też był pieczołowicie powieszony na wieszaku, pod kurtką:) Zupełnie nie wiem kto to, choć parę podejrzeń mam. Lecz jest ich zbyt wiele, by odgadnąć komu podziękować. Będę więc chyba musiała przykleić do wieszaka karteczkę:

„Dziękuję Ci dobry człowieku za Twoją dobroć dla mnie i mojej kurtki” 🙂

Więc, nie szczędźmy sobie dobrych słów, ciepłych gestów, nie hamujmy serca, gdy pragnie kogoś pogłaskać lub utulić.

Nie wstydźmy się powiedzieć: tęsknię, jesteś kochana, modlę się za ciebie, pamiętam, śpij dobrze, nie martw się …

Wtedy każdemu z nas kumulacje dobra będą zdarzały się coraz częściej.

I łatwiej będzie znieść największe słoty, cmoktając cukiereczki w stercie ciepłych liści:)

 

 

Miasto Święte

” Pozwoliłeś nam z oddali pozdrawiać Święte Miasto” – tak dziś usłyszałam w liturgii mszalnej.
Nie twierdzę, że tak właśnie to jest zapisane w Mszale, lecz, że tak właśnie dotarły te słowa do mojego serca:)

Świętość to jest także znieść prozę życia na tym świecie, choć pochodzisz z innego. Dotykać tej ziemi z jej szorstkością, brudliwością, hałaśliwością i nie dać temu wniknąć wgłąb.

Często doświadczam tego dysonansu.
Gdy spaceruję po wiosennym sadzie, dotykam piskląt liści i kwiatów, chłonę ptasią melodię i nagle słyszę  przeciągły jazgot piły w lesie. Jakby mnie ktoś wyrwał ze snu i rzucił gwałtownie o ziemię.

Gdy patrzę przez okno, pijąc powoli kawę. Za szybą wirują liście zrzucane przez drzewa jak ubranie. Oddycham oddechem jesieni. I nagle drzwi pokoju otwierają się i wchodzi mój mąż. Rzuca pęk kluczy na stół, potem się przebiera, z hukiem zamyka drzwi szafy. Jest to taki rodzaj uczucia jakby ktoś zbudził cię w środku nocy, waląc metalowymi pokrywkami.

Gdy wsiadam do auta świeżo wybudzona, jeszcze ze snopem ciszy w głowie, przekręcam kluczyk w stacyjce i nagle uderza we mnie huk radia ustawionego na cały regulator, a jego newsy ze świata zaczynają kąsać jak stado szerszeni. Chwila popłochu i osłupienia nim dotknę palcem przycisk i uciszę chaos.

Gdy opowiadam podczas lekcji o rzeczach tak cudownych i głębokich i tak ważnych dla mnie, że prawie otwieram na oścież serce, i nagle… mój wzrok zatrzymuje się na uczniu, który wydrapuje na ławce wulgarny rysunek.
Co za ból. Jakby ktoś przeszył cię na wylot ościeniem. I jaka samotność.

*  *  *

Nikt nigdy nie opowiada o tych drobnych cierpieniach i umieraniach naszych. O tych ukłuciach tak drobniutkich, że giną w natłoku zdarzeń. Niczym są przy wojnach, kataklizmach i ciężkich chorobach, więc nigdy ich nie wspominamy. Jednak… jest to ból, który  na każdym kroku przypomina, że nie jestem stąd, że nie pasuję do tej ziemi.

Wszystko to trzeba znosić. Po wielokroć. Mniej lub bardziej cierpliwie. Dotykając, a nie dając się dotknąć. Widząc, słysząc, odczywając, lecz nie dając nic zburzyć w głębi swego serca. Zachować wrażliwość, świeżość, ciszę, wiarę, nadzieję, miłość.

Iść po cieniutkiej, chwiejącej się nitce do przodu.

Bo powiedziałeś, że droga jest wąska, lecz czasami nie ma nawet gdzie oprzeć stopy.
I nieustannie pada deszcz.

Drobne krople rozbijają się o  głowę. Jest ich miliony.

Czasem czuję jakbym dostała zbyt kuse paltko na szarugi tego świata.

Lecz idę.
W dali widzę Święte Miasto, z którego pochodzę.