witraż

Kawałeczki naszej wiosny jak kolorowe szkiełka…

układają się w witraż…

na gładkiej tafli oczu
na światłoczułej soczewce aparatu…

chwile ulotne bardziej niż nasiona osik

nieudolnie próbuję zatrzymać myślą, gestem, słowem

ocalić od zapomnienia mojego mój własny świat.

Gdy zamykam oczy, migają kolorowe szkiełka jak w tej magicznej lunecie, którą miałam jako dziecko.

Wiosna.

rozdarcie serca

Wielki Czwartek.
Gdy suniemy naszym vanem do kościoła, słońce świeci i życie rozgrywa się zwykłą partią szachów. Ludzie jeżdżą na rowerach, młode kobiety prowadzą wózki, dzieci skaczą na trampolinach, dwie sąsiadki rozmawiają oparte o płot,ktoś myje okna, ktoś jeszcze jedzie traktorem na swoje pole, ktoś kosi trawnik, psy ujadają, a pszczoły zajęte są pierwszymi kwiatami.
Tamtego dnia, ponad 2 tysiące lat temu, musiało być podobnie. Przecież nikt nie wiedział, że to czyjaś ostatnia kolacja, ostatnia modlitwa, ostatnie rozmowy.
W kościele tłum gęstnieje w ciszy. Blask jak płynny miód wlewa się przez otwarte drzwi do wnętrza. Wraz z nim wchodzi procesja. Brodaty młody kapłan trzyma wzniesiony wysoko Ewangeliarz. Serce mi drży na myśl, że to być może on będzie dziś mówił.

Nie myliłam się. Po odczytaniu Ewangelii staje w ciszy nad amboną.
Spuszcza oczy jakby wpatrywał się w nurt wody, jakby z niego czytał. Wzroku nie podnosi ani na chwilę, gdy mówi.
Mówi o Judaszu, naszych zdradach…
Przenikliwie i bez znieczulenia rozpruwa szew po szwie splątanie ściegi serca.

Nagle zaczyna opowiadać o pewnym hiszpańskim artyście, który pochwalił się w Internecie, że ponad dwieście razy udawał, że przyjmował Komunię, a potem ją wynosił i konstruował z małych hostii swoje dzieło sztuki. Sprzedał je potem za olbrzymią ilość pieniędzy. Wielokrotnie większą niż 30 srebrników. Sąd uniewinnił go, gdyż nie obchodził się źle z „ białym okrągłym obiektem”.

Tu brodaty młody ksiądz przerywa jakby zachłysnął się wodą. Nagłe milczenie zwabia wszystkie spojrzenia na jego twarz.

Wtedy pojedynczy szloch rozrywa jego pierś. Jeden jedyny szloch. Po męsku za chwilę stłumiony i wtłoczony spowrotem do rozdartego serca.
Po moim policzku potoczyły się łzy. Jak perły z zerwanej nici.
„Tak Cię miłuje” – pomyślałam.

Rzadko płaczę.
On na pewno też.
Jezus tej nocy płakał.

Tak się zaczyna historia tego Triduum.
Obrazem Płaczącego Kapłana.

Życzę Wam wszystkim, by te święta nie były tylko pobożnym wspominaniem, ale „byciem w środku”.
Niech nas rozedrą miłością i przemienią na zawsze.

misterium zmian

Niosę delikatnie za czuprynkę małe stworzenie.
– Misiu!!! – wołam męża zaszytego w stodole.
Zza starych wierzei słuchać regularne stukanie.
Acha – myślę – rąbie drewno na opał. I uśmiecham się do naszego wiejskiego życia.
Stworzenie dynda mi w ręku.
– Misiu, zobacz – pokazuję mężowi – chciałeś dosadzić w sadzie kilka brzóz. Mam tu jedną – prezentuję w półmroku drewnianego budynku – Wyrosła między cegłami na patio.
– Oooo, super!!! – cieszy się mąż – Poczekaj, zaraz posadzimy. Tylko to skończę.
Brzózka jest naprawdę mała, ale pięknie już zazieleniła się w zaciszu patio czyli naszego przydomowego tarasiku, na którym wszyscy czują się zacisznie.

To dokładnie to samo miejsce, gdzie kiedyś była obórka dla byka i dokładnie to samo miejsce, które z przerażeniem omijałam jako dziecko, bo byk nie zachowywał się ani przykładnie ani cicho. Łomotał rogami w drzwi i ryczał tak, że gęsia skórka pojawiała się na myśl co by zrobił z małą dziewczynką, gdyby z zagrody się wydostał.
A dziś stoi tu stolik, leżaki, krzesła ogrodowe. Dziś rosną tu kwiaty w donicach i moje dzieci i brzózki w szczelinach. Dziś tu grillujemy ze znajomymi, czytamy książki, pijemy kawę, Nusia jeździ na deskorolce, Lalcia rysuje kolorową kredą, Ala uczy się do matury, słuchamy muzyki, modlimy się, śmiejemy, jemy obiady.
W najśmielszych snach mi się to nie wyśniło, choć wszyscy, którzy mnie lepiej znają, wiedzą jakie potrafię mieć bujne sny:)

Dziś, gdy siedzę na patio, myślę z wdzięcznością, że nie ma miejsc niezmienialnych, nie ma ciemności tak ciemnej, by nie mogło jej przeniknąć światło, a my powinniśmy pozwolić się zaskakiwać dniowi jutrzejszemu.
Choć wcale nie bezczynnie założywszy ręce dzisiejszego dnia.

Bo przecież ktoś te kwiaty posadził, ktoś obórkę zburzył,taras wylał, ktoś stół ustawił, obiad ugotował, dzieci przyjął z miłością, książki i krzesła kupił…
Nic się samo nie zrobiło.

I paradoksalnie – wszystko to z nieba nam spadło.
Łącznie za małą brzózką, która już rośnie w sadzie i kiedyś – wierzę – zaszumi moim wnukom.

milczenie po dniu

– Po ludzku myślimy dziś, że za wcześnie… – docierają do mnie strzępki kazania.
Tubalny, proroczy głos odbija się od krzyżowego sklepienia kościoła.

Siedzę w tłumie zamyślonych ludzi. Wielu z nich znam dobrze, jeszcze więcej – tylko z widzenia.
Świat małego miasteczka jest swojski i na wskroś przenikalny wzrokiem i słuchem. Znasz tu wszystkich i wszyscy cię znają, znają twoich rodziców, kojarzą dziadków, wszyscy twierdzą zgodnie które rysy twarzy twoje dzieci mają po tobie… Kiedy kichniesz w swoim pokoju, nawet za zasłoniętymi zasłonami, następnego dnia ktoś powie ci: „Na zdrowie”.

A jednak…
Nie wiemy wszystkiego.
Nikt z nas nie przypuszczał przecież, że już nie wyjdzie nigdy na ulicę trzymając za rękę swoją kochaną żonę Agnieszkę.
Nikomu się nie śniło, że nie zatańczy w czerwcu na weselu swojej córki. Goście już zaproszeni.
Nikt nie przewidział, że nie usłyszymy już jego głosu.
No bo po ludzku był zdrowy, pełen sił i nic mu nie dolegało. Pracował, śmiał się, załatwiał wszystko co potrzeba. Następnego dnia jak co dzień miał iść do pracy. Pomyślał, że siądzie jeszcze na chwilę przy komputerze skoro cicho w domu i wszyscy poszli spać.
Nigdy już spać się nie położył.
– Wyglądał na tym fotelu jakby spał. – opowiadała żona, gdy znalazła go rano. Mówiła cicho, stłumionych głosem, oszołomiona tabletkami.
Miał 54 lata i – jak twierdzimy po ludzku – pół życia przed sobą.
Wszyscy skamienieliśmy na wieść o tej śmierci. Agnieszka jest naszą koleżanką z pracy, uczyłam oboje jej dzieci.
– Gdyby chorował – mówimy – można by się oswoić z tą myślą.
– Dlaczego taki młody? – pytamy rozgoryczeni.
– W takim momencie życia? Bez przygotowania?
– Jak sobie poradzi Aga?
Pytania splatają się w gruby warkocz z głuchym milczeniem, bo każda odpowiedź byłaby nieokrzesanym uproszczeniem.
I każdy z nas osobiście musi się zmierzyć z odkryciem, że NIC NIE WIEMY.
Oprócz tego, że każdy dzień może być ostatni. Że nie ma znaczenia ile masz lat, czy chorujesz, jakie stanowiska piastujesz i ile masz planów na przyszłość.

Za każdym dniem zamknij drzwi na klamkę jak się zamyka dom wychodząc.

– Miał tyle lat, co ja – mówi cicho pani Jola.
– Był tylko 9 lat starszy ode mnie – szepczę w odpowiedzi.

Szelest słów opadających jak liście.
Szelest wieńców układanych na grobie.

Zamknij dom na klamkę.
Każdego dnia zrób to, świadomy wagi gestu.

sosny

Jeden z moich różańcowych spacerów.

Lichą furteczką naprędce kiedyś skleconą wychodzę z sadu na drogę i dalej… Zaszywam się coraz bardziej w zieleń pomiędzy młode brzozy, wierzby, osiki i sosny. Mój wzrok ślizga się po gałęziach, zrudziałych zeszłorocznych pióropuszach traw, nieskazitelnym jak szlachetna stal błękicie wiosennego nieba…
W końcu wzrok zniża loty i opada pod trzewiki, w których przemierzam świat.
Zauważam coś, co mnie zdumiewa. Robię szybki skan w głowie. Potem porównuję go z faktem sprzed miesiąca.
„Jak to możliwe?” – myśl jak błyskawica przerywa wartki potok odmawianych „Zdrowaś”
U moich stóp, w twardej, gliniastej ziemi, na poły jeszcze skutej niedawnym mrozem,
wydane na pastwę wiatrów porywczych i nieubłaganego słońca,
walczące o każdą kroplę rosy z innymi roślinami,
rosną pięknie i prężą się kilkucentymetrowe siewki sosen.

Nikt ich tu nie chroni, nikt o nie nie dba, nikt nie osłania przed racicami leśnej zwierzyny, nikt nie podlewa, nie chucha, nie dmucha, nie obraca doniczki do światła…
Pamiętacie?
Miesiąc temu pisałam Wam o sosence, która przypadkiem wyrosła w doniczce obok mojej kamelii. Miała żyzną ziemię, była podlewana, miała ciepło i przytulnie, czasem nawet ją pogłaskałam po igiełkach przypominających piórka koperku. I odwracałam tak, by starsza kamelia nie zabierała jej całego światła.
Mimo to pewnego dnia zwiędła i umarła.
Teraz stoję zdumiona i porównuję te dwa obrazki.

Przychodzą mi na myśl wszystkie te chwile mojego życia kiedy wydawało mi się, że jestem zupełnie sama. Wszystkie te momenty zagubienia i strachu, paniki i łez rozpaczy, cierpienia i poczucia bezsensu. Wszystkie te kawałki życia, dni, tygodnie, lata cierniste i jałowe, wyschnięte jak pustynia, bez cienia ochłody i cienia nadziei. Wszystkie te noce ciemne i mroźne, które wydawały się nie mieć końca i świtu.
Pamiętam wszystko.
W najciemniejsze dni powtarzałam nieustannie słowa Pawła: „nauczyłem się wystarczać sobie w warunkach, w jakich jestem”.
A jednak przeżyłam. Urosłam. Zmężniałam.
Jestem.
Sosny nie rosną w puchu, lecz na jałowej ziemi. Dojrzewają na piaskach i wśród wichrów.
Wielu z nas jest jak one. Niektórzy rosną na wydmach; są tacy, którzy wysiewają się w szczelinę skały; żywioły obnażają im korzenie, wykręcają ramiona wichury. Ale oni trwają.
Ręka, która je chroni jest przemożna, silniejsza od każdej nawałnicy, precyzyjna, szorstka i pełna niezwykłej miłości.
Wie, że drzewo nie jest kamelią i nie będzie rozwijać się w porcelanowej donicy. Nie nauczy go czekania na konewkę z wodą, lecz jak pożywić się najmniejszą kroplą rosy. Jak przeczekać noc, mróz i podnieść się spod kopyt.
Dotrwać do świtu.

Jeśli choć przez chwilę poczuliście się w środku tej historii, wiedzcie, że ta opowieść jest o Was.