Jezus z perłą

Ten obraz chodził za mną długo. Chyba zrodził się parę lat temu w mojej głowie. Ale nigdy, w najśmielszych myślach, nie przypuszczałam, że mogłabym kiedyś sama go namalować.
Był tylko kliszą w wyobraźni, blaknącą z upływem czasu.
I ostatnio znów przyszedł do mnie wraz ze słowami:

„… a gdy ją odnalazł, oddał wszystko, co miał, by ją zdobyć”

i oto jest…

zapatrzony z miłością w tę, za którą oddał życie.

 

 

Słowo z zakładką od Agai

* * *

Oczywiście zakładka z brzozami:)

Niedawno minęło 10 lat od kiedy piszę „garniec pełen złota”, a WordPress uporczywie mi przypomina, że kończy się miejsce przewidziane na moje pisanie;) Coś się kończy, coś się zaczyna. Normalne życie.

Zastanawiałam się czy jest jeszcze ktoś z czytających, kto pamięta mój pierwszy blog, od którego wszystko się zaczęło. Miał tytuł ” W cieniu brzozy”.

Podziwiajcie zakładkę, którą wiele lat temu zrobiła dla mnie Agaja. I zamyślcie się nad Słowem. Wciąż mnie zadziwia jak On celnie wypuszcza strzały Słowa, jedną po drugiej. Co dzień – prosto w serce.

Mam taki swój własny rytuał, gdy kapłan zaczyna czytać na mszy Ewangelię. Mówię wtedy cichutko: 

– Przeorz moje serce.

Przeorz mnie swoim Słowem.

 

i On to robi🌹

 

 

 

obietnica

 

Mój mąż – w niedzielę przywieziony ze szpitala – już w poniedziałek rozbierał starą szopę na podwórku, we wtorek woził cegły, a dziś jak rączy jeleń poszedł w las i pole na cztery godziny. Mimo opadów śniegu z deszczem i pogody „pod psem”.

Nikt, kto nie jest wtajemniczony, nie domyśliłby się, że tydzień temu przeszedł poważną operację, a na boku ma 15cm szew.

 Ja więc jak obiecałam, tak zrobiłam.


Wenanty wespól zespół z innymi świętymi troszczy się o zdrowie mojego męża, więc siadłam do portretu świętego ( prawie:) zakonnika.

– Obiecałam ci Wenanty, to ci namaluję – powiedziałam mu i rozłożyłam pędzle – Tylko mi pomagaj, bo wyjdziesz brzydki – ostrzegłam lojalnie.

I zabrałam się do pracy…

cienie 

światło 

a w końcu…

santo subito:)

uprzedzając papieża Franciszka i wszystkie wolno mielące młyny kościelne … Wenantego nieoficjalnie kanonizowałam:)

 

 

 

 

 

poranek Marii


Siedzę przed olbrzymimi przeszkolnymi drzwiami tarasu, z kubkiem kawy, z odłożonym odmówionym już różańcem, siedzę i czekam: ubrana w piękną sukienkę, uczesana, z wytuszowanymi rzęsami, kolczykami z perełek, jasne kosmyki włosów błąkają się po policzkach.
Za szybą rześki zalany słońcem poranek, w donicy małe bratki odporne na chłody żarzą się barwami mimo nocnych przymrozków.


– Przejdziesz wszystko cokolwiek przed tobą położę, coraz piękniejsza … – powiedział mi kiedyś.


Wierzę Mu, choć własnym siłom nie ufam. Już nie.

*  *  *

Na drzewie migdałka obrzmiałe pączki kwiatów. Obrzmiewają gojące się rany mojego męża.
Znowu prawy bok przebity.
– Jeśli mogę z Nim tak współcierpieć, to dla mnie zaszczyt – wyznał, gdy odjeżdżał na operację.

Płakałam. 


Dziś, za chwilę jadę po niego. Z Nim.
Ubrałam się pięknie, uczesałam, umalowałam.
Dla obu moich Umiłowanych. Obaj zranieni, obaj piękni, obaj tęskniący.
Niedziela miłosierdzia.
Wszystko jest znakiem. Jego droga jest nimi usłana.
Biegnę po niej jak Maria Magdalena w tamten poranek.

Serce pała.