Siedzę przed olbrzymimi przeszkolnymi drzwiami tarasu, z kubkiem kawy, z odłożonym odmówionym już różańcem, siedzę i czekam: ubrana w piękną sukienkę, uczesana, z wytuszowanymi rzęsami, kolczykami z perełek, jasne kosmyki włosów błąkają się po policzkach.
Za szybą rześki zalany słońcem poranek, w donicy małe bratki odporne na chłody żarzą się barwami mimo nocnych przymrozków.

– Przejdziesz wszystko cokolwiek przed tobą położę, coraz piękniejsza … – powiedział mi kiedyś.
Wierzę Mu, choć własnym siłom nie ufam. Już nie.
* * *
Na drzewie migdałka obrzmiałe pączki kwiatów. Obrzmiewają gojące się rany mojego męża.
Znowu prawy bok przebity.
– Jeśli mogę z Nim tak współcierpieć, to dla mnie zaszczyt – wyznał, gdy odjeżdżał na operację.
Płakałam.
Dziś, za chwilę jadę po niego. Z Nim.
Ubrałam się pięknie, uczesałam, umalowałam.
Dla obu moich Umiłowanych. Obaj zranieni, obaj piękni, obaj tęskniący.
Niedziela miłosierdzia.
Wszystko jest znakiem. Jego droga jest nimi usłana.
Biegnę po niej jak Maria Magdalena w tamten poranek.
Serce pała.