Ten obraz chodził za mną długo. Chyba zrodził się parę lat temu w mojej głowie. Ale nigdy, w najśmielszych myślach, nie przypuszczałam, że mogłabym kiedyś sama go namalować.
Był tylko kliszą w wyobraźni, blaknącą z upływem czasu.
I ostatnio znów przyszedł do mnie wraz ze słowami:
„… a gdy ją odnalazł, oddał wszystko, co miał, by ją zdobyć”
i oto jest…

zapatrzony z miłością w tę, za którą oddał życie.

Jaki uśmiechnięty 🙂
Riv, mam jeszcze tak niewprawną rękę, że ciężko było z tym uśmiechem;) ale skoro go widzisz, to znaczy, że się udało. Cieszę się.
Te słowa pasują też do mojej historii. Ale człowiek jest ciągle taki słaby, boi się, ciągle wątpi. A jednak codziennie mam dowody, że On wie, co robi, prowadzi i chroni. Można na Niego liczyć, naprawdę.
Rut, jestem nieodmiennie zachwycona Twoimi pracami:) Są takie piękne. Jest w nich po prostu dusza. Nie umiem inaczej tego wyrazić:)
Pięknej wiosny:)
mamo trójeczki, te słowa pasują do każdego, tylko nie każdy pojmuje jak wiele one znaczą, nie zawsze to rozumiemy.
Trudno mi się malowało te rany na Jego dłoniach i czole, czułam jakiś opór, ale wiedziałam też, że to jest właśnie cena, którą On zapłacił i że ona musi być na obrazie.