Jestem w środku naszego sadu. Przy starym sczernialym ognisku otoczonym jeszcze starszymi czerwonymi cegłami.
„Gdyby tak przynieść zapałki i je podpalić – myślę – Są jeszcze suche gałązki, niespalone polana”.
Tymczasem promienie późno – popołudniowego słońca głaszczą czerwone szorstkie policzki cegieł, ślizgają się po lśniących zwęglonych resztkach drewna, prześwietlają jak sepi kliszę zetlałe dębowe liście, które tu nawiał wiatr. Wszędzie dookoła lśnią na trawach rozwieszone srebrne nitki pajęczyn.
– Babie lato powinno być na rozstaju lata i jesieni – podpowiada rozum. Ale serca to zupełnie nie obchodzi. Ono nie docieka po co, jak, dlaczego i kiedy jest właściwa pora.
Ono po prostu jest. Zanurzone w złoty blask, śpiew ptaków, szum wiatru. Jest jak pęcherzyk powietrza zatopiony w słoiku z miodem. W samym środku bursztynowej słodyczy.
Coraz dłuższe źdźbła trawy łaskoczą w gołe kostki nóg, powiew wiatru wplątuje włosy w rzęsy, zachód słońca sypie brokatem w oczy. Zaczynają łzawić i w nosie coś zaczyna szczypać.
– To pewnie alergia – mądrzy się znów rozum.
Ale serca to nie obchodzi. Ono lubi pławić się w pięknie, świetle i ciszy, nawet gdyby skończyło się to naiwnością i nieuleczalnym sentymentalizmem. Nawet gdyby ktoś używający rozumu nazwał je głupim i niedzisiejszym.
Serce sobie z tego nic nie robi.
Jest poza zasięgiem.
Poza zasięgiem kpin i komentarzy tego świata, mądrzenia się rozumu, prawideł etykiety…
Ono po prostu jest. Utopione w burszynowej słodyczy zapadającego kwietniowiego zmierzchu.
Spokojne i ciche.
🌳🌳🌳
I na koniec mój wiersz, który napisałam, gdy byłam nastoletnią dziewczyną…
17 maj 1992
Co mi tam!
pójdę do sadu
pod jabłoń kwitnącą
rosy wilgotne
z trawy postrącam
Co mi tam!
jak świerszcze usnę
na mokrej ziemi
z prochu powstałam
więc w proch się przemienię
Co mi tam!
w letniej sukience
z kwiecia białego
pójdę w głąb sadu
do Kochanego
Co mi tam!
* * *
Nic, zupełnie nic się nie zmieniło w moim sercu przez te wszystkie lata:)
🌳🌳🌳