Dziś o świętym Antonim, bo naprawdę jestem mu to już od dawna winna.
Jest niesamowitym opiekunem. Bardzo cichym i 100- procentowo zainteresowanym każdym, najmniejszym szczegółem naszego życia.
Nie pomija też oczywiście spraw wielkich:)

kwiatek 1
Moja bliższa znajomość z nim zaczęła się w Padwie, u jego grobu. Byłam tam wieki temu, jeszcze na studiach, z moimi kolegami i koleżankami z roku. Oczywiście byłam zawsze wychowana w przeświadczeniu, że święty Antoni jest patronem od rzeczy zgubionych, więc wyciągnęłam jakże logiczny wniosek, że musi pomagać też w odnajdywaniu się zagubionych życiowo czy znajdowaniu rzeczy dobrych.
Stając przy jego grobie, byłam nieco zagubiona. Zupełnie nie wiedziałam jakie jest moje miejsce w życiu. Studia – to było dla mnie oczywiste były dobrą drogą, ale co po nich, co dalej?
I westchnęłam wtedy tylko w duchu: „Pomóż mi znaleźć moją drogę życiową”.
I choć westchnienie było cichutkie, Antoni ma doskonały słuch.
Miesiąc po powrocie z Włoch, mój dzisiejszy mąż zaprosił mnie na pierwszą randkę, a po 2 latach byliśmy małżeństwem:) Droga pojawiła się jak na zawołanie i wciąż prowadzi mnie przez życie. Już ponad ćwierć wieku.
* * *

kwiatek 2
Ostatnio w przedszkolu moja koleżanka Kasia szepnęła mi na odchodne:
– Rut, pomódl się proszę, bo dziś mamy występ, a ja zgubiłam litery do dekoracji. Wszystkie szafki już sprawdziłam. Nigdzie nie ma.
( Tak, tak, to poważny problem. Zrozumie to tylko ten, kto był nauczycielem lub organizował jakieś przedstawienie)
– Święty Antoni – podpowiedziałam i jej i sobie, a potem, obejmując ją ramieniem w progu sali, pomodliłam się króciutko – Antoni, pomóż Kasi znaleźć te literki. Wiesz, że są jej bardzo potrzebne.
I tyle. Musialam biec szybko, bo już czekali na mnie w szkole.
I na pierwszej lekcji dostaję sms od Kasi: Rut, mam literki! Antoni pomógł!
* * *

kwiatek 3
Którejś słonecznej niedzieli założyłam komplet biżuterii, który moja Alusia dostała od koleżanki. Było pięknie, więc po obiedzie poszłam pospacerować po podwórku i sadzie. Zajrzałam do wszystkich ogródków, okrążyłam wszystkie kwitnące drzewa w sadzie, zrywałam kwiatki. Lecz, gdy wróciłam do domu, nagle spostrzegłam, że nie mam jedego kolczyka. Ślicznego, srebrnego z czerwonym oczkiem.
Szkoda mi go było, więc natychmiast wyszłam z domu i jeszcze raz obeszłam wszystkie zakątki, teraz już schylona w pół i ze wzrokiem utkwionym w ziemi i trawie. I nic:( Sprawa beznadziejna. Kto znajdzie mały kolczyk na tak wielkiej połaci obrośniętej bujnie wszelkiego rodzaju roślinnością?
Smutna wróciłam do domu i – nie mając zbyt wielkiej nadziei – poprosiłam o interwencję Antoniego.
Trochę mi jednak wstyd wzywać świętego do spraw tak błahych i próżnych jak kolczyk. Bo mi się wydaje czasem, że ja mu gitarę zawracam takimi drobiazgami, a tam gdzieś na drugim końcu świata może mama szuka zgubionego dziecka, albo ktoś zgubił drogę do Boga.
Ale Antoni ma chyba nieograniczone możliwości i nie wyrzuca do kosza nawet najmniejszych petycji ani próśb, bo…
Po południu przyjechali znajomi, wypiliśmy herbatkę, zjedliśmy kawałek ciasta i chciałam mojej koleżance pokazać kwiatki, więc wyszłyśmy na dwór. I kilka kroków od progu domu krzyknęłam i podskoczyłam. Moja znajoma też odskoczyła, bo przestraszyła się, że zobaczyłam węża w trawie.
Ale powód mojego zaskoczenia był inny. W trawie coś lśniło. To zgubiony kolczyk patrzył na mnie figlarnie swym czerwonym oczkiem:) Jakby mi go ktoś podrzucił prosto pod stopy.
– Święty Antoni! – krzyknęłam i opowiedziałam koleżance całą historię.
* * *

kwiatek 4
Dziś siedziałam sobie wczesnym popołudniem na patio, odmawiałam różaniec, gdy nagle zauważyłam, że do sypialni wleciała pszczoła i obijając się o szybę, próbuje się wydostać. Okno było uchylone, ale ona nie mogła znaleźć szczeliny. Powinnam wstać, pójść do domu, zestawić wszystko z parapetu (czyli dużą figurkę Maryi i 20 doniczek z fiołkami – mam małą plagę urodzaju:) i spróbować ją wygonić, bo inaczej skończy się to jej śmiercią.
Tym bardziej, że widziałam ją walczącą o wolność już godzinę temu. Ale wtedy byłam zajęta sprzątaniem.
Teraz, na patio naprawdę nie chciało mi się znowu przerywać modlitwy. I tak już przerywałam ją kilka razy. A to żeby dokończyć zupę, potem żeby zebrać pierwsze pranie i rozwiesić drugie…
Więc szepnęłam tylko cicho w imieniu pszczoły: – Święty Antoni, pomóż jej znaleźć drogę wyjścia, żeby nie zginęła.
I – uwierzcie mi – nie minęła minuta, gdy nagle zobaczyłam ją jak wychodzi. Nieco otumaniona pokręciła się po szybie i odleciała.
Ach, Antoni!
I takich drobiazgów mogłabym opowiadać wam wiele.
* * *

kwiatek 5
Na koniec jednak opowiem Wam o cudzie uzdrowienia, jakiego doświadczyłam za przyczyną św. Antoniego w Radecznicy. To jest przepiękne miejsce, które odkryliśmy zupełnie przez przypadek wiele, wiele lat temu i do którego już tyle razy wracaliśmy. Jest w nim jakaś niezwykła siła przyciągania. Dodam, że jest to jedyne miejsce na świecie, w którym święty osobiście się objawił i sam poprosił żeby zbudować kościół, a on będzie rozdawał tam wielkie łaski. I rozdaje.
Mnie łaski zdrowia udzielił po tym jak pewnego grudnia połamałam rękę, idąc do kościoła. To było złamanie otwarte i jeszcze tej samej nocy byłam operowana, a w rękę wbito dwa haki dla stabilizacji kości. Długa rekonwalescencja, ręka usztywiona na wiele tygodni. Kiedy jednak zdjęto już wszystkie opatrunki, gips, wyjęto haki i wydawało się, że wszystko powinno być na dobrej drodze, pojawiły się uporczywe bóle w nadgarstku. Minęło już wiele miesięcy od operacji, a ból dokuczał mi co dzień i utrudniał najprostsze czynności.
I znowu nadarzyła się okazja, by odwiedzić Radecznicę. Nie, nie specjalnie, by prosić o uzdrowienie. Nawet o tym nie pomyślałam:) Po prostu już się stęskniliśmy za tym miejscem.
Ale gdy już klęczałam w ławce sanktuarium, nagle pojawił się znowu ten ból. Jakby sam się dopraszał interwencji. Więc poprosiłam: „Pomóż mi”.
Ból zaczął się zmieniać w ciepło otaczające całą dłoń, jakby ktoś chwycił mnie swoją ciepłą dłonią i ogrzał chore miejsce.
A potem ciepło i ból zniknęły.
Gdy wracaliśmy już do domu, auto zaczęło podskakiwać na wybitej drodze i nagle ból znowu chwycił za rękę. Lecz wiem, że wtedy potrzeba decyzji wiary, bo to jest pokusa do zwątpienia. Powiedziałam więc sama do siebie:
– Jestem zupełnie uzdrowiona. Moja ręka jest zdrowa.
Wtedy ból zniknął i nigdy więcej się nie pojawił w tym miejscu. A minęło już osiem lub dziewięć lat od tego czasu:)
* * *

Sami więc widzicie, że jestem wielokrotną dłużniczką świętego z Padwy. A mój dług mogę w malutkim procencie spłacić, opowiadając o nim i dodając innym ufności w jego opiekę i wstawiennictwo.
Mam nadzieję, że i wy poczuliście się otuleni jego dobrocią i troską.