trucizna

 

Taką opowieść z życia świętego Antoniego usłyszeliśmy kiedyś w Radecznicy.

Historia ta opowiada o tym jak niemalże zostal otruty.

Nawołując bowiem gorliwie do nawrócenia i piętnując grzeszne życie, naraził się pewnemu możnemu i proporcjonalnie do majętności niegodziwemu człowiekowi. Ten tak go znienawidził, że pewnego dnia urządziwszy przyjęcie, zaprosił nań świętego i kazał postawić przed nim talerz z zatrutą zupą.

Myślał, że w ten sposób za jednym zamachem pozbędzie się i wroga i wyrzutów sumienia, jakie w jego sercu wzbudzały kazania Antoniego.

Antoni jednak, zanim sięgnął łyżką po strawę, wstał i powiedział:

– Duch święty objawił mi, że kazałeś dodać do mojego talerza trucizny, ale teraz na twoich oczach zjem to, a Bóg wybawi mnie od śmierci.

Po czym krótko pobłogosławił stół i jedzenie i zaczął jeść.

Oczywiście eksperyment zakończył się szczęśliwie dla obu, gdyż Antoni w dobrym zdrowiu żył jeszcze wiele lat, a nikczemnik, który chciał go otruć, nawrócił się.

* * *

Podczas pandemii mój lekarz, który uważał, że covid jest wymyślony, chorzy udają chorych, umierający- umierają na niby, a szczepionka to trucizna, ostrzegał mnie, że jeśli się zaszczepię, umrę w 2024 roku, bo to jest już ukartowane.

– Umrze pani – straszył mnie.

– Liczę się z tym panie doktorze – odpowiadałam spokojnie, bo przecież każdy z nas umrze.

Zostałam zwyzywana przez niego od wariatek, a gdy zachorowałam na covid – wyśmiał mnie, że udaję i powiedział, że moje objawy to tylko wpływ pogody.

Podobnych ludzi spotkałam wielu. Może działali w dobrej wierze, lecz siali zamęt i panikę.

A ja musiałam się zaszczepić, ufając, że preperat – choć może nie do końca sprawdzony i nie do końca przebadany – nie uczyni mi krzywdy.

Musieliśmy się zaszczepić i ja i mój mąż, który w tym czasie miał być poddany kolejnej ciężkiej operacji związanej z nowotworem, i nasza najstasza córka, która pracowała wówczas w szpitalu.

Przypominałam sobie wtedy tę historię o Antonim i tak jak on polecałam siebie i moich bliskich Bogu.

” a jeśli by co zatrutego zjedli, nie będzie im szkodzić” – powiedział kiedyś sam Jezus.

Zaszczepiłam się dwukrotnie, też w dobrej wierze i pokładając ufność w tych słowach.

* * *

Ten lekarz zmarł nagle na początku tego roku.

Był mniej więcej w moim wieku, więc było to zaskoczeniem dla wszystkich.

Ja wciąż żyję.

Rok 2024 jeszcze się nie skończył, więc wszystko się jeszcze może zdarzyć. Ale póki co, żyję i dobrze się miewam:)

Jak Antoni po zatrutej zupie.

Bo, gdy nie mamy wystarczającej wiedzy ani doświadczenia, gdy nasz rozum zawodzi i jesteśmy w przysłowiowej kropce, nasz ratunek jest w imieniu Pana i w ufności w Nim pokładanej.

 

Ps. Codziennie modlę się o wieczny odpoczynek dla mojego byłego lekarza. Był dziwnym człowiekiem, mieszanką dobroci i jakiegoś szaleństwa. Nie było w nim pokoju. Jeśli będziecie pamiętali, to i Was proszę o modlitwę🙏

 

kwiatki świętego Antoniego

 

Dziś o świętym Antonim, bo naprawdę jestem mu to już od dawna winna.

Jest niesamowitym opiekunem. Bardzo cichym i 100- procentowo zainteresowanym każdym, najmniejszym szczegółem naszego życia.

Nie pomija też oczywiście spraw wielkich:)

kwiatek 1

Moja bliższa znajomość z nim zaczęła się w Padwie, u jego grobu. Byłam tam wieki temu, jeszcze na studiach, z moimi kolegami i koleżankami z roku. Oczywiście byłam zawsze wychowana w przeświadczeniu, że święty Antoni jest patronem od rzeczy zgubionych, więc wyciągnęłam jakże logiczny wniosek, że musi pomagać też w odnajdywaniu się zagubionych życiowo czy znajdowaniu rzeczy dobrych.

Stając przy jego grobie, byłam nieco zagubiona. Zupełnie nie wiedziałam jakie jest moje miejsce w życiu. Studia – to było dla mnie oczywiste były dobrą drogą, ale co po nich, co dalej?

I westchnęłam wtedy tylko w duchu: „Pomóż mi znaleźć moją drogę życiową”.

I choć westchnienie było cichutkie, Antoni ma doskonały słuch.

Miesiąc po powrocie z Włoch, mój dzisiejszy mąż zaprosił mnie na pierwszą randkę, a po 2 latach byliśmy małżeństwem:) Droga pojawiła się jak na zawołanie i wciąż prowadzi mnie przez życie. Już ponad ćwierć wieku.

* * *

kwiatek 2

Ostatnio w przedszkolu moja koleżanka Kasia szepnęła mi na odchodne:

– Rut, pomódl się proszę, bo dziś mamy występ, a ja zgubiłam litery do dekoracji. Wszystkie szafki już sprawdziłam. Nigdzie nie ma.

( Tak, tak, to poważny problem. Zrozumie to tylko ten, kto był nauczycielem lub organizował jakieś przedstawienie)

– Święty Antoni – podpowiedziałam i jej i sobie, a potem, obejmując ją ramieniem w progu sali, pomodliłam się króciutko – Antoni, pomóż Kasi znaleźć te literki. Wiesz, że są jej bardzo potrzebne.

I tyle. Musialam biec szybko, bo już czekali na mnie w szkole.

I na pierwszej lekcji dostaję sms od Kasi: Rut, mam literki! Antoni pomógł!

* * *

kwiatek 3

Którejś słonecznej niedzieli założyłam komplet biżuterii, który moja Alusia dostała od koleżanki. Było pięknie, więc po obiedzie poszłam pospacerować po podwórku i sadzie. Zajrzałam do wszystkich ogródków, okrążyłam wszystkie kwitnące drzewa w sadzie, zrywałam kwiatki. Lecz, gdy wróciłam do domu, nagle spostrzegłam, że nie mam jedego kolczyka. Ślicznego, srebrnego z czerwonym oczkiem.

Szkoda mi go było, więc natychmiast wyszłam z domu i jeszcze raz obeszłam wszystkie zakątki, teraz już schylona w pół i ze wzrokiem utkwionym w ziemi i trawie. I nic:( Sprawa beznadziejna. Kto znajdzie mały kolczyk na tak wielkiej połaci obrośniętej bujnie wszelkiego rodzaju roślinnością?

Smutna wróciłam do domu i – nie mając zbyt wielkiej nadziei – poprosiłam o interwencję Antoniego.

Trochę mi jednak wstyd wzywać świętego do spraw tak błahych i próżnych jak kolczyk. Bo mi się wydaje czasem, że ja mu gitarę zawracam takimi drobiazgami, a tam gdzieś na drugim końcu świata może mama szuka zgubionego dziecka, albo ktoś zgubił drogę do Boga.

Ale Antoni ma chyba nieograniczone możliwości i nie wyrzuca do kosza nawet najmniejszych petycji ani próśb, bo…

Po południu przyjechali znajomi, wypiliśmy herbatkę, zjedliśmy kawałek ciasta i chciałam mojej koleżance pokazać kwiatki, więc wyszłyśmy na dwór. I kilka kroków od progu domu krzyknęłam i podskoczyłam. Moja znajoma też odskoczyła, bo przestraszyła się, że zobaczyłam węża w trawie.

Ale powód mojego zaskoczenia był inny. W trawie coś lśniło. To zgubiony kolczyk patrzył na mnie figlarnie swym czerwonym oczkiem:) Jakby mi go ktoś podrzucił prosto pod stopy.

– Święty Antoni! – krzyknęłam i opowiedziałam koleżance całą historię.

* * *

kwiatek 4

Dziś siedziałam sobie wczesnym popołudniem na patio, odmawiałam różaniec, gdy nagle zauważyłam, że do sypialni wleciała pszczoła i obijając się o szybę, próbuje się wydostać. Okno było uchylone, ale ona nie mogła znaleźć szczeliny. Powinnam wstać, pójść do domu, zestawić wszystko z parapetu (czyli dużą figurkę Maryi i 20 doniczek z fiołkami – mam małą plagę urodzaju:) i spróbować ją wygonić, bo inaczej skończy się to jej śmiercią.

Tym bardziej, że widziałam ją walczącą o wolność już godzinę temu. Ale wtedy byłam zajęta sprzątaniem.

Teraz, na patio naprawdę nie chciało mi się znowu przerywać modlitwy. I tak już przerywałam ją kilka razy. A to żeby dokończyć zupę, potem żeby zebrać pierwsze pranie i rozwiesić drugie…

Więc szepnęłam tylko cicho w imieniu pszczoły: – Święty Antoni, pomóż jej znaleźć drogę wyjścia, żeby nie zginęła.

I – uwierzcie mi – nie minęła minuta, gdy nagle zobaczyłam ją jak wychodzi. Nieco otumaniona pokręciła się po szybie i odleciała.

Ach, Antoni!

I takich drobiazgów mogłabym opowiadać wam wiele.

* * *

kwiatek 5

Na koniec jednak opowiem Wam o cudzie uzdrowienia, jakiego doświadczyłam za przyczyną św. Antoniego w Radecznicy. To jest przepiękne miejsce, które odkryliśmy zupełnie przez przypadek wiele, wiele lat temu i do którego już tyle razy wracaliśmy. Jest w nim jakaś niezwykła siła przyciągania. Dodam, że jest to jedyne miejsce na świecie, w którym święty osobiście się objawił i sam poprosił żeby zbudować kościół, a on będzie rozdawał tam wielkie łaski. I rozdaje.

Mnie łaski zdrowia udzielił po tym jak pewnego grudnia połamałam rękę, idąc do kościoła. To było złamanie otwarte i jeszcze tej samej nocy byłam operowana, a w rękę wbito dwa haki dla stabilizacji kości. Długa rekonwalescencja, ręka usztywiona na wiele tygodni. Kiedy jednak zdjęto już wszystkie opatrunki, gips, wyjęto haki i wydawało się, że wszystko powinno być na dobrej drodze, pojawiły się uporczywe bóle w nadgarstku. Minęło już wiele miesięcy od operacji, a ból dokuczał mi co dzień i utrudniał najprostsze czynności.

I znowu nadarzyła się okazja, by odwiedzić Radecznicę. Nie, nie specjalnie, by prosić o uzdrowienie. Nawet o tym nie pomyślałam:) Po prostu już się stęskniliśmy za tym miejscem.

Ale gdy już klęczałam w ławce sanktuarium, nagle pojawił się znowu ten ból. Jakby sam się dopraszał interwencji. Więc poprosiłam: „Pomóż mi”.

Ból zaczął się zmieniać w ciepło otaczające całą dłoń, jakby ktoś chwycił mnie swoją ciepłą dłonią i ogrzał chore miejsce.

A potem ciepło i ból zniknęły.

Gdy wracaliśmy już do domu, auto zaczęło podskakiwać na wybitej drodze i nagle ból znowu chwycił za rękę. Lecz wiem, że wtedy potrzeba decyzji wiary, bo to jest pokusa do zwątpienia. Powiedziałam więc sama do siebie:

– Jestem zupełnie uzdrowiona. Moja ręka jest zdrowa.

Wtedy ból zniknął i nigdy więcej się nie pojawił w tym miejscu. A minęło już osiem lub dziewięć lat od tego czasu:)

* * *

Sami więc widzicie, że jestem wielokrotną dłużniczką świętego z Padwy. A mój dług mogę w malutkim procencie spłacić, opowiadając o nim i dodając innym ufności w jego opiekę i wstawiennictwo.

Mam nadzieję, że i wy poczuliście się otuleni jego dobrocią i troską.

 

 

takie kwiatki:)

 

Siedzimy niedzielnym rankiem przy stoliku w salonie. Na stoliku koronkowa serweta, na serwecie szklany wazon, w wazonie pęk białego i liliowego bzu pachnie. Jego słodki zapach miesza się z czarnym gorzkim naszej kawy. Mężulek pije ze swojej ulubionej filiżanki z wymalowanym kwiatem magnolii, a ja jak zawsze – z mojego małego kubka w bratki.

– O!!! – wykrzykuję nagle zza bukietu – mam szczęście!!! – i sięgam po upatrzony mały biały kwiatek.

– Ja też!!! – niespodziewanie z drugiej strony bukietu odkrzykuje mąż.

I oto dwa białe kwiatki bzu lądują na mojej dłoni.

– Nie, to pewnie bez szlachetny – powątpiewuje w nasze szczęście luby.

Więc żeby się upewnić przeszukujemy skrupulatnie wszystkie gałązki. Ale nie. Tylko te dwa kwiatki tam były:)

Tak więc oficjalnie możemy dziś stwierdzić, że…

ZNALEŹLIŚMY SZCZĘŚCIE🌸🌸🌸🌸

 

 

życie wiosny

 

Wbrew pozorom zimne noce i poranne przymrozki przedłużają życie wiosny. Kwiaty jakby zatrzymaly się w pół słowa, w pół kwitnienia i wciąż cieszą oczy pięknymi barwami. Tulipany przekwitłyby już dawno, gdyby nie nocne chłody. Drzewa nie stałyby jak białe królewny w swoich muślinach, gdyby mróz nie dotykał ich każdego poranka.

Zresztą i same noce są tak potrzebne. A do tego deszcze, wiatry, mgły.

Wszystko ma swój cel i sens. Nawet to, co ciemne, szczypiące jak mróz i zmywające nam czasem głowę jak deszcz.

Nam jako ludziom trudniej jest uzasadnić noc niż dzień, dostrzec wartość wichury czy siekącego deszczu, trudniej zrozumieć krzyż niż wybuch śmiechu, chorobę niż zdrowie, śmierć niż trwanie, burzę niż pogodny dzień. Ale fakt, że nie do końca to pojmujemy, nie odbiera tym rzeczom wartości.

Bo przecież w śmierci może być prawdziwe życie, w chorobie – zdrowie, w ranie – uleczenie, w wichurze – uciszenie, w zimnie – otulenie, w słabości – siła, w płaczu – pocieszenie, w krzyżu – zbawienie.

Może być.

Choć nie zawsze jest. Nie zawsze.

Wszystko zależy od tego w jaki sposób to przeżywamy. I z kim.

Wpatrując się w Jego krzyż, coraz mocniej zawieszając swój wzrok na Nim, stapiając swoje serce z tkanką Jego krzyża, zrozumiemy tak wiele tak nowych rzeczy.

Nawet tak banalnych jak to, że przymrozki przedłużają piękno wiosny:)

 

modlitwa z wyobraźnią

 

Jednym z powodów dla których modlitwa jest skuteczna w walce z szatanem jest to, że modlitwa działa na wyobraźnię. Jeśli zalewasz swoją wyobraźnię myślami o tych wszystkich świętych rzeczach, to demony się zmywają. One nie chcą mieć żadnego kontaktu ze świętością, więc uciekną.”

( z konferencji ojca Rippergera, Yt: Egzorcysta o demonach, poziomach walki duchowej i Naszej Pani)

 

Ten fragment o modlitwie jest jednym z tych, który zauroczył mnie najbardziej podczas słuchania tej konferencji.

Od razu wyobraziłam sobie pokój wypełniony świętymi obrazami, figurkami świętych, zapalonymi świecami, z krzyżem i stacjami drogi krzyżowej na ścianach, aniołami, monstrancją itd.

Tak, jeśli podczas modlitwy naprawdę rozmyślamy o Bogu, nasza wyobraźnia staje się takim pokojem. Wszystko tam zaczyna przypominać o Bogu. I wtedy złemu to się musi bardzo nie podobać.

Dlatego łatwiej jest żyć i starać się o świętość, gdy modlimy się naprawdę gorliwie i z zaangażowaniem naszych myśli. Stajemy się wtedy miejscem świętym, przybytkiem, a do takiego miejsca nie wolno było wchodzić byle komu.

Dlatego tak ważne są święte rozmyślania, przeżywanie Męki Pańskiej, rozważanie tajemnic różańca, czytanie biblijnych fragmentów. Wszystko to nas wypełnia i nagle spostrzegamy, że nie ma już miejsca wolnego na złe myśli, niepokoje, narzekania, osądy, knowania, zazdrość, chęć zemsty, gniew… Brakuje miejsca na zło, więc ono się wynosi.

* * *

Polecam Wam bardzo przesłuchanie całej konferencji, bo znajdziecie tam o wiele więcej mądrości i porad nt. modlitwy, umartwienia i zaufania Bogu i Maryi oraz trwania w wierze, nawet w tak trudnych czasach jak nasze.

 

spiżarnia

 

Pamięć każdego z nas można porównać do dużej spiżarni, z półkami wypełnionymi przetworami. Mnóstwo słoików, wiele z nich stoi z samego brzegu. To najświeższe wspomnienia, stoją w zasięgu wzroku. Inne, sprzed lat lub nawet dekad, zagubione gdzieś w głębi półek, w całkowitej ciemności, zapomniane i przykryte kurzem. Są tak głęboko i z tak dawna, że zupełnie zapomnieliśmy o ich istnieniu. Ale są, choć nikt o nich nie wie.

Przetwory, jak to przetwory, mogą być dobre i smaczne albo niecałkiem nieudane lub zepsute.

Słodkie wspomnienia, miłe chwile, błogie doznania, pamięć dobrych słów i zdarzeń, życzliwych ludzi stoją tuż obok cierpkich chwil, gorzkich doznań, słonych łez, rozczarowań i porażek. Radość obok żałoby po czyjejś śmierci. Duma obok wstydu. Poczucie bezpieczeństwa obok przerażenia. Odkrycia obok zagubień.

I zasadniczo nie jestem za otwieraniem tych zepsutych konfitur i sfermentowanych kompotów.

Bywa czasem taka konieczność, bo zaczynają jątrzyć się jak rany lub wybuchną same i trzeba posprzątać, umyć półkę, poukładać wszystko od nowa.

Ktoś nie może poradzić sobie z jakąś traumą, relacją, przeszedł załamanie nerwowe lub zachorował na depresję. Wtedy trzeba poszperać na półkach, otworzyć delikatnie to, co trzeba, pomóc sobie uporać się z tym.

Ale nie jestem za tym, by wyciągać po kolei wszystko, co złe i bolesne, podważać wieczka i wszystkiego próbować od nowa. Nie wiem czemu miałyby służyć tego typu porządki.

Skuszona kiedyś przez Ellę pojechałam na weekend z warsztatami psychoterapeutycznymi.

Tylko 3 niecałe dni. Praca w kilkunastoosobowej grupie pod okiem doświadczonego psychologa, opowiadanie o sobie, wyciąganie wspomnień, mówienie o trudnych doświadczeniach. Już pierwszego dnia pierwsze osoby płakały, ja rozpłakałam się rzewnie pod koniec drugiego. Byłam zupełnie rozbita i zdziwiona tą reakcją, bo oto nagle otworzyła się prawie 20-letnia rana śmierci mego taty. Szlochałam jak dziecko.

I do dziś nie wiem po co to było. Po co otwierać stare rany? Czemu to służy?

Nie jest sztuką otworzyć wszystkie słoiki w spiżarni. Sztuką jest sprawić, by potem spiżarnia przez lata nie była przeniknięta nieprzyjemnym zapachem.

Poznałam – na tych samych warsztatach – osobę, która od dwóch lat była w tzw. terapii i niemal wszystko już zdążyła otworzyć. Była z tego bardzo dumna. Poza tym była oschła, miała kwaśną minę i wypowiadała się z wyższością kogoś, kto jak twierdziła, był „przez lata i przez wszystkich wykorzystywany i teraz będzie sam decydować i robić, co chce licząc się tylko ze swoimi potrzebami”.

Było w tej postawie coś trującego i nieludzkiego.

A atmosfera przebywania w towarzystwie tej osoby przypominała nieco atmosferę przenikniętej stęchlizną piwniczki. Była odpychająca.

*  *  *

Może więc lepiej zaakceptować fakt, że życie każdego z nas to naprawdę zbiór bardzo różnych chwil. Są one gdzieś w nas, płycej lub głębiej ukryte. Nie musimy ich wszystkich smakować po wielokroć. Nie musimy zwłaszcza rozdrapywać ran. Ktoś Jeden zna je wszystkie, nosi je w swojej pamięci i dłoni. Jeśli zakrywa niektóre kurzem niepamięci, robi to po coś. Prawdopodobnie osłania nas i ratuje w ten sposób.

 

Jak niemowlę w Twoim ręku dusza moja. Otulone bezpiecznie przed tym, co mu zagraża.

Jak niemowlę.

 

 

 

 

 

Pielęgnujcie przypadkową życzliwość

i piękne czyny pozbawione sensu”.

( Mariusz Szczygieł, Zrób sobie raj)

Te słowa przeczytałam niedawno i przypomniałam sobie pewnego upośledzonego chłopaka, którego niemal co dzień widziałam na mszy w naszym kościele. Pewnego dnia pojechałam wcześniej z Lalcią, kupiłam jej gałkę loda i siedziałyśmy na ławeczce pod kościołem. Ona jadła, a ja wygodnie sobie usiadłam, bo do mszy było jeszcze trochę czasu. I nagle pojawił się on. Przechodząc obok, zatrzymał się, uśmiechnął szeroko i powiedział: „Ładna jest pani”. Potem odszedł kilka kroków, po czym odwrócił się i z jeszcze szerszym uśmiechem dodał: „I córeczka też ładna”.

A gdy podszedł już pod same drzwi kościoła, zanim wszedł do środka, wziął wycieraczkę i porządnie ją wytrzepał. Zupełnie jakby był gospodarzem tego miejsca i miał o nie staranie.

 

Przypadkowa życzliwość i piękne czyny poznawione sensu.

Jeszcze tylko upośledzeni i małe dzieci wiedzą jak to robić.

A my? Czy jeszcze nas stać na nie?

Na takie drobnostki ozłacające świat.

Czasem, gdy nikt nie widzi, przechodząc przez sad, muskam ustami rozwijające się pączki kwiatów i liści. Te pocałunki nie mają żadnego sensu, ale czy rzeczywiście są niepotrzebne?

Czasem schylę się i pogłaszczę miękkie futerko mchu, uwolnię jakiś kwiat przygnieciony uschniętym zeszłorocznym liściem. Czy to są gesty bez znaczenia?

Pomóc żukowi wstać, podeprzeć zwiędnięty kwiat, powiesić czyjąś kurtkę, bo spadła, pocałować dłoń śpiącego męża, narysować palcem serduszko na szybie mijanego na parkingu auta, zostawić piękną zakładkę w książce oddanej do biblioteki…

 

Wszystko przypadkiem i zupełnie bez sensu:)

 

 

biedronki

 

W całym domu pelno biedronek. Spały sobie cicho w kącikach swoim snem zimowym, a teraz budzą się i niemrawo ruszają w nowy sezon. Przysypiają jeszcze co pół kroku jak moje córki nastolatki, gdy je zbudzimy do szkoły:)

Wiosna zresztą podobna w tym roku. Są dni, gdy chyba zapomina się jeszcze obudzić i od rana do południa szaro i buro, a nawet mroźnie. Ale popołudnia już prawie zawsze wypełnione słońcem, kolorami i trelem ptaków. Spaceruję więc wśród tego bogactwa, zamykam niektóre z nich w fotograficzne kadry, dla innym próbuję znaleźć stosowne słowa. Lecz słów, jak to bywa w takich przypadkach, brakuje. Choć nasz język ojczysty zasobny jest w nie bardzo. O wiele bardziej niż angielski np., gdzie na próżno szukać takich określeń jak podmokła łąka, rosochate wierzby, płowa sarna, obrzmiałe pąki czy zaspana biedronka:)

Otworzyłam dziś okno szerzej, by te śpiochy pobudzić i powyganiać na dwór. Ileż można się karmarzyć i udawać, że lampa sufitowa to słońce, a spacery w doniczkach z fiołkami to przechadzka po łące?

To żadne życie dla biedronki, w doniczce, pod żarówką:)

Okrawki życia.

Czy i my nie lubimy się nimi karmić? Czasami całe lata i wiosny i jesienie i zimy.

Malowane obłażącą farbą scenografie. Namiastki prawdy.

 

Dlatego może bywa tak i w naszym życiu, że ktoś nagle otwiera okno, robi przeciąg aż firany fruwają i strzepuje nas ręką, byśmy poderwali się do lotu i odnaleźli to, do czego jesteśmy stworzeni.

 

pokrzywy

 

Jeśli ktoś sądzi, że walka z wiatrakami jest mozolna i nierówna, powinien spróbować walki z pokrzywami:)

Właśnie jestem po kolejnym starciu z nimi. Cała zgrzana i zmęczona wyciąganiem z ziemi długich i mocnych jak wielometrowe sznury korzeniami. Co wiosna wyzywam je na pojedynek i co wiosna pokonuję. Ale jaka satysfakcja uporać się z tym wszystkim i spojrzeć za siebie na ciemny szmat ziemi uwolniony z ich objęć. Choć wiem, że w głębi zostały jeszcze cienkie jak nitki korzonki, które z czasem nabiorą sił i znowu pojawią się zielonymi parzydłami nad ziemią.

Trudno. Przyjdę jeszcze raz. I jeszcze raz. Ile będzie trzeba.

 

 

 

 

 

 

 

Więc walczącym z wiatrakami, polecam najszczerzej zacząć potykać się z pokrzywami.

To przynajmniej realna walka i namacalne ręką skutki. Widzisz, doświadczasz i długo czujesz na swojej skórze, że odniosłeś kolejne zwycięstwo.

Żadne tam wymysły i fantasmagorie.

Rzeczowa, twarda rzeczywistość.

Żadne tam z motyką na słońce. Z motyką lepiej trzymać się blisko ziemi:)