* * *

Motywy nadziei, E. Ronchi, M. Marcolini
Kolejna witryna sieci „blog.deon.pl”
* * *

Motywy nadziei, E. Ronchi, M. Marcolini
* * *

… sztuką jest dostrzec ją w chaotycznej plątaninie zdarzeń, sztuką jest ujrzeć ją w ciemności.
Lecz ona jest.
Niezależnie od czułości naszych zmysłów.
– O, żółty motylek!!! – wykrzykuję.
Wychodzimy właśnie w słoneczne popołudnie z niedzielnej mszy. Obok mnie moje dzieci, mąż, Andriej – przyjaciel z Ukrainy i jego troje dzieci.
– Wiesz – mówię do Sofijki, najstarszej z trojga – że jeśli jako pierwszego na wiosnę zobaczysz żółtego motylka, to będzie dobry rok.
Uśmiecha się.
– Butterfly? – pyta, bo słabo rozumie po polsku.
– Tak, yellow butterfly – potwierdzam – Będzie dobrze, wojna się skończy – mówię dziecku.

Przyjechali do nas w poprzedni weekend, odpocząć, zapomnieć, porozmawiać, pobawić się. Jeszcze nie wiedzą co dalej, czekają na wizę do Stanów, ale najchętniej wróciliby do Lwowa.
– Dzieci mówią, że nawet dziś mogą wracać – mówi Andriej – Bardzo tęsknią.
Andrzej zna polski, razem studiowaliśmy, był w Polsce 10 lat. Marko – średni syn też umie porozumieć się w naszym języku, więc skwapliwie tłumaczy co mówi rodzeństwo. Sofija zna dobrze angielski, a najmłodszy Romek – tylko ukraiński.
Ale dobrze im u nas, bawią się, grają z Laurą w gry, robimy wspólnie pizzę, dużo śmiechu, przekrzykiwania, nieustanne biesiady przy stole kuchennym. Sofija na brzegu stołu maluje akwarelami, zgadałyśmy się, że obie mamy artystyczne dusze, więc farby i pędzle szybko wjechały na stół. Chłopcy leżą na podłodze i rysują kredkami Laury. Wciąż proszą o nowe kartki i malują… Czołgi, rakiety, ludzi strzelających do siebie, samoloty, wozy bojowe i … ulubiony temat: śmierć i grób Putina.

Na każdym rysunku flaga Ukrainy, niebiesko – żółte serca, nawet kwiaty na grobie wroga są niebieskie i żółte.
– Andrzej, jakich czasów my dożyliśmy? – powtarzam, siedząc za stołem z dawno niewidzianym przyjacielem.
Ale to pytanie retoryczne. Nikt nie odpowiada.
– Może jutro zamiast obiadu zrobimy ognisko w sadzie! – wpadam na pomysł – Z kiełbaskami.
– O, dzieci będą zachwycone. One nigdy nie były na ognisku – rozpromienia się Andrzej – U nas nie ma takiego zwyczaju.
I robimy.
Kije, kiełbaski syczące nad ogniem, pieczone jabłka, nawet tradycyjna polska pieśń biesiadna „Hej sokoły omijajcie…”
– To pieśń o Ukrainie – tłumaczę dzieciom Andrzeja – U nas śpiewa się ją na każdym weselu i spotkaniu.
Chłopcy biorą kije i znów zaczynają walczyć nad dogasającym ogniskiem. Późne słońce krzesze nad nimi strumień purpurowego światła.
– Jak na obrazie Jezusa Miłosiernego – pokazuję mężowi zdjęcie, które wtedy zrobiłam.

– Jezu, ufam Tobie – zamyślam się w sercu – że te dzieci… że Andrzej… że Ukraina… świat… Ufam Tobie.
* * *
Od tamtego dnia widziałam już wiele żółtych motyli. Dziś jeden siadł na kępce bratków. Bratki też są dwukolorowe: żółto- niebieskie.
– Co oznaczają kolory na waszej fladze? – zapytałam przyjaciela.
– Niebieski to niebo, a żółty to … – usiłuje sobie przypomnieć słowo, którego już dawno nie mówił po polsku.
– Zboże? – pytam.
– Tak, pszenica.
Niemal od dnia rozpoczęcia wojny maluję obraz.
To Maryja – Królowa Ukrainy. Blada dziewczyna w żółtej szacie, z niebieskim welonem na głowie trzyma na szczupłej dłoni białego gołębia.
Kiedy to wszystko się skończy i gdy skończę obraz, chciałabym by trafił do tego kraju, zdruzgotanego i odartego jak Jezus na krzyżu.

Wierzę, że tak będzie. Wierzę, że niedługo.
Niebo znów będzie niebieskie, a pola zafalują złotym łanem pszenicy. Powróci śmiech i życie i pieśń.
Maryjo, Królowo Ukrainy módl się za nimi💙
* * *

* * *

to stanie się dziś o 17:00💙
Wczorajszy dzień…
Musiałam ochłonąć, by Wam o nim napisać. Bo takie dni, gdy ręką dotykasz nieba, nie zdarzają się codziennie.
I – gdy w końcu zrozumiesz co się stało – jesteś tak oszołomiony, że tracisz orientację czy żyjesz jeszcze tu, na ziemi, czy już poza nią.
Dwa dni temu pisałam, że wierzę w Paschę. Dziś mogę powiedzieć: widzę ją, stała się naszym udziałem!!!
* * *
Tyle modlitwy, tylu ludzi, którzy podnieśli ręce do Boga, by błagać o ratunek dla mojego męża. Tylu świętych szturmowanych prośbami w ciągu ostatnich dni, tyle rozmów z Nim, tyle pociechy w Bożym Słowie, tyle bezsennych nocy, ludzkich gestów dobroci, pamięci, ukrytych zrywów serc…
Ogromnie Wam dziękuję ❤️

Wczorajszy dzień to 22 marca. Każdy 22 dzień miesiąca jest szczególnym dniem Jana Pawła II – ukochanego opiekuna naszej rodziny i św. Rity – ulubionej świętej Ksawerego.
Święty papież zawsze daje nam subtelne znaki swej obecności, zwłaszcza, gdy nadchodzi w naszym życiu kolejny krzyż.
Wtedy w nieprawdopodobny sposób co dzień powtarza się znak godziny 21:37, godziny śmierci Jana Pawła. Nie da się tego po ludzku wytłumaczyć, lecz codziennie, jakby kierowani jakimś implusem, gdy wieczorem spojrzymy na zegar, budzik lub ekran telefonu – jest dokładnie godzina 21:37.
Pokazujemy to sobie jak się pokazuje klucz żurawi na niebie, uśmiechamy się i znowu wracamy do czytania książki, oglądania filmu, modlitwy, rozmowy.

Tak jest od lat. To jest jak jego podpis : ” Jestem z wami, pamiętajcie. Zawsze jestem z wami.”
Jest jeszcze jeden znak – białego gołębia. Pojawia się zdecydowanie rzadziej, ale jest bardzo ważny.
* * *
Wczorajszego ranka właśnie o tym rozmawialiśmy. O znakach obecności nieba w naszym życiu.
Ksawery postanowił odprawić specjalnie dla nas mszę o ocalenie Michała od choroby nowotworowej. Taką cichą, wcześnie rano, tylko kilka osób. Za wstawiennictwem świętej od spraw beznadziejnych – Rity.
Kilka dni wcześniej dał nam relikwie świętej żeby stale były przy łóżku Michała, żeby się przed nimi modlić. Co miesiąc ( właśnie 22 każdego miesiąca) w jego parafii jest nabożeństwo do tej świętej, na którym ludzie proszą ją o łaski i są błogosławione róże – symbol i znak rozpoznawczy świętej z Cascii.

– Jakoś Rita nie jest mi tak bliska jak Jan Paweł – wyznał mój mąż tego ranka, pijąc kawę.
– Jan Paweł daje konkretne znaki, po których poznajemy jego opiekę – powiedziałam.
– A Rita nie – stwierdził mąż.
I tak, pijąc kawę przed wyjazdem na mszę, porównywaliśmy oboje świętych, niepomni, że „niebo ma uszy”.
* * *
„Czy myłeś dziś ręce różnym mydłem?” – wysłałam sms do Ksawerego. Wracaliśmy już ze mszy świętej do domu, a mnie jedna rzecz nie dawała spokoju.
„Nie, antybakteryjnym” – odpisał.
” Bo hostia smakowała jak róża. Wiem jak smakują róże, bo jako dziecko jadłam ich płatki” – napisałam znowu.
„Rita” – następny sms był bardzo krótki.
– A twój kawałek jak smakował? – zapytałam męża.
– Normalnie, jak opłatek.
– Przecież wszyscy pięcioro jedliśmy tę samą hostię połamaną na kawałki. – myślałam na głos. – Więc to rzeczywiście Rita.
– A my narzekaliśmy przed mszą, że nie daje znaków – zaśmiał się mąż.

Ten smak.
Nie czekałam na coś takiego. Nie wiedziałam, że coś takiego jest możliwe.
Więc wprawiło mnie w zdumienie, gdy po przyjęciu Komunii wróciłam do ławki, uklękłam i …wtedy w moich ustach rozlał się intensywny smak pachnącej róży. Tak, ten smak miał zapach. Nie było smaku chleba, ani opłatka. Był smak i zapach różany.
Rita zrobiła dokładnie to samo, co zwykle robił Jan Paweł : złożyła swój osobisty podpis na naszym życiu, na naszym krzyżu.
Gdy więc mąż wyjeżdżał na wizytę do onkologa, wziął do kieszeni jej relikwie żeby była z nim w tej ważnej chwili, gdy zapadnie decyzja.
A ja błagałam w domu, leżąc krzyżem przed ikoną Rity: „Uratuj mojego męża”.
* * *
– To dziwne – powiedział lekarz, analizując wyniki ( sama w domu zrobiłam mu tabelę porównującą wszystkie badania z ostatnich lat) – te guzki prawie wcale nie rosną. Gdyby były złośliwe, rosłyby szybko. Może to jakieś zwykłe zmiany. Może pan tak po prostu ma. – zastanawiał się, zdziwiony.
– No cóż, jest taka ścieżka leczenia, że się nic nie robi – powiedział – tylko stała kontrola, bez żadnego leczenia. – Niech pan tak dalej trzyma, a kiedyś przestaniemy się spotykać – dodał, wyraźnie zadowolony.
Nie zlecił chemii, wyznaczył kolejne badanie i kontrolę za trzy miesiące żeby na pewno niczego nie przeoczyć. Tyle.

Krzyż został zdjęty z nas, a my z niego.
Ciemność rozpłynęła się w blasku łaski.
Pozostał w ustach smak róż, a w sercu wyryte słowa: „Jestem z wami”.
I poświęcona róża, którą Ksawery przywiózł wieczorem, po nabożeństwie.
– Ja już dziś dostałam różę od Rity – przypomniałam mu.
– Ta będzie dla Michała – powiedział.
* * *
Parę dni temu mąż przyznał mi się, że od 2 tygodni odmawia pompejankę o pokój na Ukrainie. Wtedy zrozumiałam skąd ten krzyż. Jeśli więc Bóg przyjął nasze cierpienie ostatnich dni, wysłucha także modlitwy.
Jeszcze wszyscy ujrzymy Paschę jakiej nie widziały tysiąclecia. Stanie się naszym udziałem.
I nie będziemy już mówić: „wierzę w zmartwychwstanie” , lecz powiemy: „widzę je, dotykam, czuję jego smak”.
Smak zwycięstwa Chrystusa🌹
Kucnęłam na placu sklepu ogrodniczego i wkładam do tekturowego pudełka małe doniczki w bratkami. Fioletowe, jasnożółte, z jasnym oczkiem pośrodku.
– Te kwiatki wytrzymają mróz? – ktoś obok zadaje mi pytanie. Podnoszę oczy, ale prawie nie widzę pytającego, gdyż za jego głową lśni jasna lampa wiosennego słońca.
– Tak – odpowiadam, mrużąc oczy – Wytrzymają mróz, kwitną nawet pod śniegiem.
– O, to dobre kwiaty – zauważa męski głos spoza kurtyny rozlewających się promieni.
– Tak – potwierdzam – I te drobne bratki kwitną cały rok aż do jesieni. – dodaję.
– Tak? – dziwi się głos.
A ja znów pochylam się nad pudełkiem i dokładam kolejne doniczki. Zastanawiam się też nad fenomenem mężczyzny, który tak interesuje się kwiatami.
Ale on odchodzi.

Ta rozmowa odżywa we mnie raz po raz, gdy wracam do domu i gdy sadzę bratki w doniczkach na tarasie i balkonie.
Czy była potrzebna bardziej memu rozmówcy, czy mnie przerażonej nowym krzyżem?
* * *
Czemu rozprawiacie o tym, że nie macie chleba? Jeszcze nie pojmujecie i nie rozumiecie, tak otępiały macie umysł? Macie oczy, a nie widzicie; macie uszy, a nie słyszycie? Nie pamiętacie, ile zebraliście koszów pełnych ułomków, kiedy połamałem pięć chlebów dla pięciu tysięcy? Odpowiedzieli Mu: Dwanaście. A kiedy połamałem siedem chlebów dla czterech tysięcy, ile zebraliście koszów pełnych ułomków? Odpowiedzieli: Siedem. I rzekł im: Jeszcze nie rozumiecie? ( Mk8, 14-21)

A pamiętasz Rut te przepaście przez które cię przeniosłem już tyle razy?
A pamiętasz wyroki śmierci, które zawiesiłem?
Pamiętasz wszystkie moje łaski i zmiłowania, gdy śnieg sypał w oczy i szron pokrywał serce?
Krzyże, które niosłem zamiast ciebie, a wraz z krzyżami i ciebie niosłem?
Czy jeszcze nie rozumiesz?
Nie pojmujesz do czego jestem zdolny?
Jakże nieskore są wasze oczy do widzenia, uszy do słyszenia, serce do ufania…

Gdy ktoś cię Rut pyta: Czy te drobne, niepozorne kwiatki wytrzymają mróz i śnieg?, odpowiadasz bez zastanowienia: tak.
Kto daje im siłę, by kwitły cały rok wbrew wszystkiemu?
Rut, o ileż bardziej dbam o ciebie niż o nie.
Ufaj.
Wybaczcie, że nie piszę długo.
Wielki Post jak zawsze jest dla nas krzyżową drogą i są takie dni, gdy upadamy i potrzebujemy trochę czasu, by pozbierać się, wstać i iść dalej.
Kiedy słyszę podczas drogi krzyżowej stacje pierwszego, drugiego i trzeciego upadku, to nie są to dla mnie puste słowa. Wiem co to upadać. Wiem co czuje ktoś, kto nie ma już sił, by się podnieść i chciałby po prostu umrzeć tam, gdzie leży.

A w tym roku myśleliśmy, że krzyż wojny na Ukrainie będzie jedyny.
Nie jest.
* * *
Parę dni temu mój mąż odebrał najnowsze wyniki badania tomografii. Wyraźnie widać, że choroba znów postępuje.
Patrzysz na tę kartkę z wydrukiem i strach jak wściekły pies w jednym momencie dopada serca. Potem przychodzi wyobraźnia i maluje obrazy używając tylko czarnej barwy. Nie śpisz, przestajesz jeść, prawie nie oddychasz, nie rozmawiasz. Jesteś jak martwy. Tylko serce kąsane strachem wciąż bije. Uparte serce.

I uparta, niezniszczalna nadzieja, która jednak przebija się w końcu przez najgrubsze warstwy ciemności i wybija zielonym pędem w górę. Jak moje wiosenne tulipany, szafirki, hiacynty, krokusy…

Dziś jest lepiej. Przed nami jedna wizyta, jutro druga, pewnie chemia, zmaganie, niepewność, walka, upadki i powstawanie od nowa. Droga krzyżowa.
Każdej wiosny jesteśmy orani jak ziemia pod zasiew. Od lat.
Ktoś mógłby powiedzieć: „mogliście się przyzwyczaić”. Lecz to nie jest proste znieczulić się na krzyż.
Ale wiemy, że krzyż nie jest ostatnim słowem Boga. Ani Jego celem. Jest tylko narzędziem takim samym jak pług.
Współczesne drogi krzyżowe mają już prawie zawsze stację XV : Zmartwychwstanie.
Myślę, że tylko taka droga krzyżowa ma sens. Tak jak krzyż Jezusa nie był Jego końcem, lecz początkiem zwycięstwa.
Wierzę – wielkim wysiłkiem woli i serca – że i nasza droga zakończy się Paschą.

Jak zawsze: proszę Was o modlitwę.
* * *

– Wiem, że Bóg wie, że o Nim myślę, że On wie, że o Nim myślę, że On wie, że o Nim myślę… i tak ciągle – mówi Laurka, gdy tłumaczymy jej wspólnie termin „mistycyzm”.
* * *
– Mamo, ja nie mogę tak siedzieć i nic nie robić – tłumaczy mi najstarsza córka przez komunikator, a w jej oczach lśnią już pierwsze krople rosy wzruszenia – Ja muszę tam jechać, bo sumienie mi mówi, że za mało pomagam.
Zakłada mundur i jedzie na granicę pomagać cały dzień.
* * *
– I uważaj na ten kwiatek, żeby go nie zgnieść – mówię do syna pokazując mu mały hiacynt jeszcze w pączku, który dla bezpieczeństwa zapakowałam w garnek.
Syn i mąż wynoszą do auta kołdry, poduszki, naczynia, mikrofalówkę, sztućce, obraz Maryi… wszystko dla naszych przyjaciół, którzy uciekli ze Lwowa i teraz są w Lublinie.
– Kwiatek – komentuje pod nosem syn – Produkt pierwszej potrzeby – mówi z ironią.
– Synu, nawet nie wiesz ile można dać ludziom nadziei i ciepła takim jednym zwykłym kwiatkiem – tłumaczę.

* * *
– To wciąż działa – mówię wieczorem do męża.
– Co? – pyta.
– Jak byłam mała i gdzieś się zraniłam i bardzo bolało, wbijałam mocno paznokieć w ciało w innym miejscu. I ten nowy ból znosił siłę tego pierwszego.
To wciąż działa.
Wojna sprawiła, że zapomniałam o twojej chorobie, o tomografii. To jest teraz taki nikły ból w porównaniu z tragedią wojny.
* * *
Kiedy wszyscy zasną, dom ucichnie, wymykam się spod kołdry, zapalam świecę w salonie i kładę się krzyżem na podłodze błagając Go o ratunek dla Ukrainy. A On pokazuje mi swoją olbrzymią ranę na ramieniu. Prawie zupełnie nieznaną, nieopłakiwaną, ukrytą.
I tak trwamy oboje, głęboko zranieni.

Kiedy co dzień przyjmuję Jego Ciało, mówię: „nakarm tym Chlebem tych, którzy umierają teraz z głodu w Mariupolu, oddaj im ten Chleb, Który właśnie mi dałeś”.
* * *
Każdego ranka budzę się z tą szaloną nadzieją…
Wyobrażam sobie tę piękną chwilę: przychodzi mój mąż, całuje mnie na „dzień dobry” i mówi cicho: Rut, wojna się skończyła.
* * *
Wiem, że On wie, że ja wiem, że On wie…
Kiedyś z tych kawałeczków rozbitego czasu wojny ułoży piękny witraż.

Wiem.