ścieżką zapachu

 

Laurka myje liść. Nalewa na niego mydła i pociera go pod strumieniem wody z kranu.

– Co ty robisz? – pytam wchodząc do kuchni dziadków.

– Myję liść.

– A zamierzasz go jeść? – żartuję.

– Nie. Ale on tak ładnie pachnie. To liść orzecha. – tłumaczy wycierając liść ręcznikiem.

– Ummm – rozkoszuje się przykładając nosek – teraz pachnie dwoma zapachami. Zobacz – podtyka mi.

Wącham.

– Cudnie – mówię – Dwa zapachy: liść i mydło.

I nagle zalewa mnie potok wspomnienia z dzieciństwa. Wakacje u dziadków. Stary orzech. Jego cień. Jego zielone owoce. Jego liście. Ich zapach.

Teleportacja.

 

 

mała miseczka borówek

 

Jem borówki. Atramentowe krople połyskują na dnie glinianej miseczki.

20170804_120748

Można ją przechylić i wsypać do ust wszystkie naraz. Albo jeść owoce jeden po drugim delektując się ich smakiem.

Można żyć jednym haustem, ale można też brać sekundę po sekundzie w palce i przesuwać je świadomym ich ilości i daru.

Ja wolę ten drugi sposób. Wtedy czujesz się bogatszy mając tyle samo lub  dużo mniej niż inni.

Pieniądze ani konta w banku nie są miarą bogactwa. Kiedyś to tylko podejrzewałam. Teraz jestem pewna.

A bycie szczęśliwym niewiele ma wspólnego ze stanami emocjonalnymi czy zewnętrznymi okolicznościami. To decyzja. Taka sama jak wiele rzeczy w życiu. Jak miłość. Jak wierność.

Wbrew burzom wewnątrz i za oknem.

Decyzja, że znajdziesz szczęście w małej miseczce owoców i nie będziesz rozczarowany, że nie masz całego krzewu.

 

 

 

samolocik

 

Nagle w trawie pojawia się pomarańczowy papierowy samolocik. W chwilę za nim biegnie mój syn, a za nim z perlistym śmiechem Laurka. Jej czerwona spódniczka wznosi się jak płatki maku, a mały kucyczek podskakuje na głowie przy każdym susie. Łapią samolot i rzucają ponownie. Silne ramię syna

posyła go wielkim zamachem w dal. Przez chwilę mknie jak strzała, lecz nagle pomarańczowy szybowiec zatacza koło i zmieniwszy kierunek, zgrabnym szusem ląduje w trawie. Biegną i śmieją się z niespodziewanego manewru.

I znowu. I jeszcze raz. Zabawa dzieci i wiatru.

 

Papierowy samolocik.

Nasze plany. Po naszemu złożone, pchnięte naszą siłą, z lotem skorygowanym przez wiatr i celem osiągniętym niekoniecznie jak zamierzaliśmy.

Ważne, by być dzieckiem. I jak dziecko roześmiać się. Jak dziecko zgodzić, że nie wszystko ode mnie zależy. I dać prowadzić się Wiatrowi.

 

 

trzy garści poziomek

– Cio to? – pyta synek przyjaciół zaciekawiony stuknięciem o parapet.

– Różaniec – odpowiadam wypuszczając z dłoni garść czerwonych koralików.

Malec patrzy badawczo.

– Myślałem ze to poziomti – mówi:)

Urocze są te spostrzeżenia dzieci. Tak niewinne i tak zapadające czasem na samo dno szkatułki pamięci.

Od tylu lat poławiam te perełki, patrzę i słucham moich dorastających coraz bardziej dzieci i wciąż zadziwiam się jak Bóg przez nie przemawia.

Więc mój różaniec przypomina poziomki.

Co dzień trzy lub cztery pełne garście ich niosę. Nie wiem nawet czy daję Matce, czy raczej Od Niej otrzymuję. To chyba obopólne.

Prawie się z moim różańcem nie rozstaję. Zabieram go w podróż i do pracy. Był ze mną w szpitalu, gdy operowali mojego męża i w poczekalni przed gabinetem, w odwiedzinach u przyjaciół, w wielu kościołach, w ogrodzie i w lesie, na wycieczce.

Kiedyś tak nie było. Ani nie rozumiałam tej modlitwy ani nawet zrozumieć nie chciałam. Gardziłam tą formą pobożności, jej niewyszukaną formą, monotonią. Wyśmiewałam „klepanie” zdrowasiek i jarmarczność sznurów.

Łatwo pomylić prostotę z prostactwem i nie zadając sobie trudu wejścia głębiej ocenić po fasadzie.

Dziś?

 Nawet trudno mi określić jednym zdaniem jaką wartość ma dla mnie ta modlitwa. Jak jest cenna i sycąca, jak mnie przenosi przez najtrudniejsze momenty i jak towarzyszy w chwilach radości, jak przemienia.

 20170404_095208

Stryj mojego męża jest śmiertelnie uczulony na jad os. Jako rolnik nigdy nie rusza w pole bez antidotum. Ma je w ubraniu roboczym lub w schowku traktora.  Pamięta o tym bardziej niż o posiłku czy wodzie. Ratująca życie strzykawka z dawką adrenaliny.

Ja zamiast tego mam kilka garści poziomek. Mój różaniec. Bo jestem śmiertelnie uczulona na zło.

 

 

 

 

post scriptum

 

Po takiej chorobie wiesz już, że twoja droga nie jest z piachu, asfaltu czy brukowana kamieniem.

Co dzień rano spuszczasz nogi z łóżka i dotykasz stopami tafli wody.

Żyjesz tylko wiarą. Bardziej niż chlebem.

A największy wysiłek dnia nie ma nic wspólnego z twoim ciałem i jego muskułami. Ani z siłą twojego umysłu.

 Ufasz i schodzisz powoli pomiędzy fale patrząc Jemu w oczy. Tutaj nie ma już innych podpór, zawodzą papierowe łódki ludzkich kalkulacji. Wszystko spłonęło w pożarze.

Każdego dnia zaczynasz życie od nowa i każdego wieczoru kończysz je definitywnie. Jeśli zdarzy się jutro – to dobrze. Jeśli nie – nie będziesz się dziwił. Byłeś spakowany.

Spakowałeś swoje śmieszne laleczki ambicji i zwinąłeś długie sznury ludzkich planów. Opróżniłeś pudełeczka z napisami: „Ja chcę” i „Mnie się należy”.

Zostawiłeś tylko to, co naprawdę niezbędne w drodze – zaufanie Drodze.

 

20170714_110629

litania o świcie

 

 

Najbardziej lubię poranki i wieczory.

Są jak drzwi. Drzwi na dwóch krańcach korytarza. Gdy wchodzisz przez pierwsze z nich, jeszcze nic nie wiesz; gdy wychodzisz drzwiami wieczoru, już wiesz wszystko.

Lekkość i nadzieja poranka. Spełnienie i ulga wieczoru.

Na obu krańcach najłatwiej spotkać Boga. Bo oba zanurzone są w potokach ciszy.

Może dlatego zawsze gdzieś w zakamarkach marzeń mój przyszły dom miał korytarz przez środek i drzwi na przestrzał.

I tak jest. Dokładnie taki jest dom, który rośnie i rozkwita z dnia na dzień.

Miały też być okiennice. I są. Miały być malwy pod kuchennym oknem. I po latach mych zabiegów są. Piękne, o barwie jakiej nazwy nie znają moje usta. Miał był kotek rudy i najlepiej kotka. I oto pojawił się kilka dni temu jak na zamówienie. Miały być pelargonie wiszące w koszyczkach. I kwitną, zwieszając czerwone główki na ceglaną ścianę. Miał być migdałek – wiosenna różowa chmurka przy tarasie. Jest. Choć wielokrotnie ratowany od moniliozy. Miał być domek na drzewie dla dzieci. Od dawna go mamy. I ławeczka pod brzozą. I mur opleciony dzikim winem. I wiejski ogródek. I skrzyneczka z ziołami blisko domu. I mąż . I dzieci roześmiane.

Chodzę o świcie po sadzie zbroczonym rosą i odmawiam tę moją litanię. Świerszcze znów pryskają jak krople spod stóp. Motyle wirują w powietrzu.

IMG_20170621_202011_HDR

– Jak Ci dziękować za to wszystko? Powiedz mi. Jak mogłabym ja – malutki pyłek – podziękować Tobie? Nie znam takich słów ani gestów. Nie mam nic czym mogłabym Ci odpowiedzieć. – skarżę się Mu bezradnie.

– Mamo, dlaczego niektórzy ludzie nie wierzą, że Bóg jest? – pyta mnie najmłodsza córka.

– Nie wiem kochanie. – odpowiadam – Naprawdę nie wiem.

 Nawet teraz, świeżo zdjęta z krzyża, naprawdę nie wiem.

 

Ps. Przepraszam, że nie było mnie długo. I przepraszam, że nie wiem na jak długo przyszłam. Za Was też dziękuję. Za Wasze wsparcie w ostatnich miesiącach.