Najbardziej lubię poranki i wieczory.
Są jak drzwi. Drzwi na dwóch krańcach korytarza. Gdy wchodzisz przez pierwsze z nich, jeszcze nic nie wiesz; gdy wychodzisz drzwiami wieczoru, już wiesz wszystko.
Lekkość i nadzieja poranka. Spełnienie i ulga wieczoru.
Na obu krańcach najłatwiej spotkać Boga. Bo oba zanurzone są w potokach ciszy.
Może dlatego zawsze gdzieś w zakamarkach marzeń mój przyszły dom miał korytarz przez środek i drzwi na przestrzał.
I tak jest. Dokładnie taki jest dom, który rośnie i rozkwita z dnia na dzień.
Miały też być okiennice. I są. Miały być malwy pod kuchennym oknem. I po latach mych zabiegów są. Piękne, o barwie jakiej nazwy nie znają moje usta. Miał był kotek rudy i najlepiej kotka. I oto pojawił się kilka dni temu jak na zamówienie. Miały być pelargonie wiszące w koszyczkach. I kwitną, zwieszając czerwone główki na ceglaną ścianę. Miał być migdałek – wiosenna różowa chmurka przy tarasie. Jest. Choć wielokrotnie ratowany od moniliozy. Miał być domek na drzewie dla dzieci. Od dawna go mamy. I ławeczka pod brzozą. I mur opleciony dzikim winem. I wiejski ogródek. I skrzyneczka z ziołami blisko domu. I mąż . I dzieci roześmiane.
Chodzę o świcie po sadzie zbroczonym rosą i odmawiam tę moją litanię. Świerszcze znów pryskają jak krople spod stóp. Motyle wirują w powietrzu.

– Jak Ci dziękować za to wszystko? Powiedz mi. Jak mogłabym ja – malutki pyłek – podziękować Tobie? Nie znam takich słów ani gestów. Nie mam nic czym mogłabym Ci odpowiedzieć. – skarżę się Mu bezradnie.
– Mamo, dlaczego niektórzy ludzie nie wierzą, że Bóg jest? – pyta mnie najmłodsza córka.
– Nie wiem kochanie. – odpowiadam – Naprawdę nie wiem.
Nawet teraz, świeżo zdjęta z krzyża, naprawdę nie wiem.
Ps. Przepraszam, że nie było mnie długo. I przepraszam, że nie wiem na jak długo przyszłam. Za Was też dziękuję. Za Wasze wsparcie w ostatnich miesiącach.
