Masza i niedźwiedź

Zwołujemy się do wieczornej modlitwy. Zawsze o 21:00.
Jedni już klęczą, inni jeszcze idą.
Zbliża się szuranie nogami po chodniczku w przepokoju.
– Idę, idę!!! – zapewnia zbliżający się.
– Ty tato tak ciągniesz nogami po podłodze, że od razu wiadomo, że to ty idziesz – kwituje Lalcia po wejściu do sypialni taty niedźwiedzia.
Wszyscy wybuchamy śmiechem.


Zaiste niepoważne to tuż przed modlitwą;)

 

cisza popołudnia

 

W godzinie miłosierdzia odmawiamy wspólnie koronkę prosząc o pokój na Ukrainie.
Potem siadam w środku naszego sadu, w środku słonecznej polany poprzecinanej jak chłodnymi żyłami długimi cieniami gałęzi i drzew. Nagrzana deska ławeczki, miejsce po ognisku, czarne węgle na tle szmaragdowej już trawy. Ptasi śpiew otula mnie zewsząd, delikatny oddech wiatru przynoszący fale zapachu kwitnącej dzikiej śliwki , dreptanie mrówek pod nogami, a ponad tym wszystkim mruczenie szybowca.

Potrzebuję takich chwil, takich godzin, dni, lat, takiej wieczności.
Zauważyłam, że coraz bardziej potrzebuję ciszy i na coraz dłużej. Że mogę się w niej taplać z rokoszą godzinami jak dziecko zostawione w letnim strumieniu. Bez znudzenia, bez potrzeby wyjścia na brzeg, bez tęsknoty za ludzkimi głosami, bez żalu, że coś tracę.

Może tak dojrzewamy do innego świata.
Odcinamy kolejne cumy trzymające nas przy tym brzegu, coraz bardziej pewni, że tak trzeba, coraz bardziej wolni, gotowi, nasłuchujący. Aż pewnego dnia…

Czuję to.
Coraz bardziej naglący głos, który wzywa.
Nie opieram się mu.
W środku ciszy słyszę to wołanie tak wyraźnie.

A potem przychodzi mąż. Szukał mnie.
– Tu byłoby dobre miejsce na dom – pokazuję mu polankę.
Potem przynoszę kiełbasę, chleb, chrzan, jabłka, wino, bo widok ogniska – nawet wygasłego – przywodzi myśl o biesiadzie.
Za mną przychodzą córki, jedna z książką i kawałkami pizzy, druga dzwoni kostkami lodu w mrożonej herbatce.
I tak cisza i bycie samemu przemienia się w śmiech i kolację w sadzie.

Słońce opada coraz niżej, ptaki zmieniają repertuar na bardziej wieczorny. Czerwone wino odbija się refleksami na mojej dłoni, światło słoneczne rozszczepia się na rzęsach.

Żyję już popołudniem.

 

 

 

moc modlitwy

Św. Faustyna i Jezus, dnia 16 grudnia 1936 roku.

” Dzisiejszy dzień ofiarowałam za Rosję, wszystkie cierpienia swoje i modlitwy ofiarowałam za ten biedny kraj.
Po Komunii świętej powiedział mi Jezus:
Dłużej tego kraju znosić nie mogę, nie krępuj Mi rąk, córko Moja.
Zrozumiałam: gdyby nie modlitwa dusz miłych Bogu, to by już ten cały naród obrócił w nicość. O, jak cierpię nad tym narodem, który wygnał z granic swoich Boga.”
(Dzienniczek, 818)

pieśń pozostałych

 

Zostają z nami …
zegarek po tacie, płaszcz po przyjaciółce, turkusowe patery po babci, gipsowe anioły po drugiej, czasem kot w spadku po kimś bliskim, bywa, że plik listów przewiązany tasiemką, książka pełna podkreśleń, długopis wypisany po połowy, ulubiony fotel z przetartą tapicerką.
Zostają.
Niemi świadkowie.


Jak grób po Nim, i kamień i płótna i chusty.
Świadczą:
oni byli, to prawda,
oni odeszli, to też prawda,
oni są nadal – to największa z prawd. Tak Wielka, że aż niepojęta. Uwierz – jeszcze się spotkacie.

Oto pieśń rzeczy, które pozostały po tej stronie życia.
Słyszę ją czasem w idealnej ciszy. Gdy przecieram skrzydła z kurzu stareńkim aniołom, układam babeczki na paterach babci, wkładam wiosenną kurtkę Ewy, patrzę w sepi oczy mego taty z fotografii..

– Niech cię nie zwiedzie to, że my trwamy, choć oni odeszli. – mówią przedmioty – To nie my jesteśmy nieśmiertelne, lecz oni. Nadejdzie czas, że rozsypiemy się w pył, a oni powrócą.

Bądź pewna.

Czekaj.

 

waga rzeczy ważnych

Ile ważyły łzy Marii Magdaleny, gdy siedziała przy Jego grobie? A jej uśmiech, gdy Go rozpoznała?
Ile waży ludzka radość i smutek, rozpacz i szczęście, myśl, wiara, zwątpienie?

Są rzeczy niezmierzalne, a tak wielkie; rzeczy niezważalne o wielkiej wadze, rzeczy niedostrzegalne, choć prawdziwe, nienazywalne…

Jest On – prawie niedostępny ludzkim zmysłom, wagom, miarom, rozumowi, a jego imię: „Ja Jestem”.
Na to imię kolana oprawców zgięły się jak podcięte trzciny i padli przed Nim na twarze.
A wobec niej?
– Mario – słodkie, pełne czułości. Ptasi szczebiot, którym zakochany budzi swą umiłowaną.


Jaka więc jest?
Waga słów, waga miłości, waga szczęścia, oczekiwania, spełnienia, cierpienia.

Czy nie jest tak, że tylko to co błahe i drugorzędne daje się nam policzyć. Reszta, to co najważniejsze umyka spłoszone.
Przed miarką, wagą, słowem nawet.

Bo można policzyć strony książki, lecz nie dosięgnie się tak jej myśli, można oszacować liczbę czołgów i ofiar, miast zburzonych, lecz nie pojmie się tragedii wojny, można zliczyć pocałunki i nic nie widzieć o sile miłości…

Staję wtedy, opuszczam ręce i milczę poddając się tajemnicy.

 

dotknięcie prawdy

 

Wczoraj prawie rozpłakałam się w kościele, gdy ostatni raz przy śpiewie „Chwała na wysokości Bogu” dźwięczały wszystkie dzwony, dzwonki, organy. A potem już tylko wielka cisza.
Jakby On odszedł.
Ukrywałam łzy i drżenie ust, żeby nikt nie widział, nie domyślił się jaka to pustka dla mnie, gdy Go nie ma.

Dziś i jutro puste tabetnakulum, odarty ołtarz, dotknięcie nicości … jakby zabrakło płucom powietrza.
Musimy doświadczać czasem tej pustki, odarcia, by wiele zrozumieć, by łuski spadły z oczu, z serca.

Czym jest życie bez Niego?
Czym jestem bez Ciebie Jezu?

Życzę Wam i sobie odnalezienia w te dni prawdziwych odpowiedzi na prawdziwe pytania.
Błogosławionych Świąt🌺

Rut

 

podwójny dar

 

„Przeklęty mąż który w ciele upatruje swą siłę, a od Pana odwraca swe serce. Jest on podobny do dzikiego krzewu na stepie.”
( Jr 17, 5n)

Pewnie dlatego Bóg daje nam swoje dary w pakiecie z krzyżem.
„Dany mi został oścień dla ciała… – mówił św. Paweł – aby mnie nie wynosił ogrom objawień”.
Mawiają, że wielki Apostoł głoszący na całym świecie Ewangelię, być może chorował na epilepsję – chorobę w tamtym czasie bardzo wstydliwą i upokarzającą, bo traktowaną jak rodzaj szaleństwa lub opętania. Wyobrażam go sobie jak opowiada z ogniem w oczach o Jezusie i nagły atak padaczki rzuca go na ziemię na oczach słuchaczy. Ślina na ustach, które dopiero mówiły o Bogu. Jakie to musiało być bolesne, jaki oścień dla wykształconego, elokwentnego Pawła, gdy tłum rozstępował się ze strachem lub szyderstwem.

Krzyż jest zaporą dla pychy, sprawia, że za niedorzeczną traktujemy myśl, że cokolwiek pochodzi ode mnie, ze mnie, z mojego własnego geniuszu czy siły.
Jakiego geniuszu? Jakiej siły?

Otrzymałam w życiu wiele darów w pakiecie:
Dar wielokrotnego macierzyństwa i krzyż który sprawiał, że każda moja ciąża przebiegała na pograniczu życia i śmierci.
Dar wspaniałego męża wraz z krzyżem jego choroby nowotworowej, który przyszedł kilka lat temu i wciąż go niesiemy.
Dar, dzięki któremu umiem wspaniale opowiadać urzekając słuchaczy i słabiutki głos, który znika z upływem lat jak rzeka na pustyni.
Dar pisania i chorobę, która dziesięć lat temu zniszczyła stawy moich dłoni. Stawy zregenerowały się, ale do dziś z trudnością odczytuję własne pismo.
Dar malowania, a wraz z nim przetrącony kręgosłup, który nie znosi długiego ślęczenia nad sztalugą.

Dary i towarzyszący im jak opakowanie prezentowi krzyż.

A może odwrotnie: może to krzyż jest prezentem większym niż cokolwiek. Bo zachowuje od skażenia to, bez czego nikt z nas nie przejdzie owej ciasnej bramy. Zachowuje pokorę.

Aby mnie nie wynosił ogrom objawień – pisze Paweł.
Każdy z nas może tu dopisać swoje własne wyznanie: abym nie myślał, że sam napisałem książkę, abym nie sądził, że ludzie nawracają się dzięki mnie, abym nie przechwalał się, że dobrze sobie ułożyłem życie, abym nie żył w iluzji, że wszystko zależy ode mnie, żebym nie zapomniał o Bogu, Który daje mi każdy oddech…

Bym nie był podobny do dzikiego krzewu na pustyni, który myśli, że żyje, a już dawno umarł w środku, goniony wiatrem to tu to tam jak zmięta kartka.

Abym był jak potężne drzewo, które jest świadome, że żyje i szumi dzięki strumieniowi, w którym zanurza swe korzenie.

tylko dzięki Niemu …