* * *

Kolejna witryna sieci „blog.deon.pl”
* * *

– Jakoś much w tym roku nie ma – zdumiona niepomiernie stwierdza Laurka.
A za oknem zawierucha, raz deszcz, raz śnieg, a wietrzysko mroźne nieustannie.
Cała rodzina wybucha śmiechem:)
No tak, nie ma.
Aż się ten fragment z Biblii przypomina, jeden ze śmieszniejszych :
„w owym dniu Bóg zagwiżdże na muchy”.
* * *
– Ty musisz obok podpisu na obrazach pisać jeszcze datę, tak sobie pomyślałem – mówi Ksawery, oglądając najnowsze dzieło – Bo jak już będziesz sławna, to będzie ważne kiedy obraz powstał.
– Tak, tak – potwierdza Ala, która ostatnio Muzeum Narodowe nawiedziła w Krakowie – Matejko też tak robił.
Zaczynam się śmiać.
Są uroczy w tej swojej wierze we mnie.
– No, skoro mój kolega Matejko tak robi, to ja chyba też muszę – mówię filuternie mrużąc oko.

* * *
Mogę też liczyć zawsze na pokrzepienie, bo, gdy po malowaniu Andrzeja Boboli uskarżam się na kręgoslup, najstarsza córka śpieszy z wyjaśnieniem jakże logicznym:
– Boli, bo po Boboli:)
Nie ma to jak diagnoza przyszłego fizjoterapeuty.
Plasterek na moje skołatane serce:)
Ja i mój mąż co roku o tej porze oczekujemy na niego. Domyślamy się, że przyjdzie. Mniejszy lub większy, lżejszy lub cięższy. Przypominam sobie wtedy Jezusa, który szedł ostatni raz do Jerozolimy. Był świadomy, że każdy krok zbliża Go do krzyża.
Tak i my z niepokojem serca, które jak dzika spłoszona gołębica łopocze skrzydłami, przemierzamy dni, godziny i minuty dzielące nas od krzyża. Po ludzku niespokojni jaki będzie i czy damy radę go ponieść.

I przyszedł.
Wczoraj najmłodsza córeczka zagorączkowała, dziś nie poszła do szkoły, a wieczorem cała już była w kropki. Ospa. Tylko ona z całej naszej rodziny nie przechodziła ospy.
Uśmiechnęliśmy się z Michałem do sobie porozumiewawczo.
– Wielki Tydzień – powiedzial on.
– Tak, wczoraj znowu pojawiła mi się 21:37 – potwierdziłam – Jan Paweł już jest.
* * *

Krzyż to ogromna tajemnica. Przemierzyłam już niemal pół wieku, a ona wciąż jest przede mną zakryta. Zbliżam się czasem i wydaje się, że już znam odpowiedź, lecz potem okazuje się, że jestem jeszcze tak daleko od prawdy.
Wiem jednak napewno to jedno:
to, że nam Bóg błogosławi, to nie znaczy, że nie daje nam krzyży.
Wręcz przeciwnie: wydaje się, że On najobficiej, najszybciej, najskuteczniej błogosławi nam przez krzyż.
To wymowne, że gdy ojciec czy matka błogosławi swoje dziecko, kreśli mu znak krzyża na czole. Nie kwiatek, nie gwiazdkę i nie serduszko, lecz krzyż. Podobnie, gdy jesteśmy błogosławieni przez kapłana, on kreśli w powietrzu dwie belki krzyża. Jakby krzyż był dobrym życzeniem, darem na drogę, zabezpieczeniem, źródłem zwycięstwa.

Nie rozumiemy tego, lecz niejasne przeczucie kołacze mi się w sercu, że krzyż jest darem większym niż wszystkie inne tu na ziemi.
I bez niego nie potrafilibyśmy ani żyć, ani umrzeć.
* * *

* * *

Pierwszego kwietnia, gdy odsłaniam lniane zasłony w sypialni, nie wierzę własnym oczom.
Jakby ktoś wykrzyknął śmiejąc się:
– Prima Aprilis!!!

Cały świat niespodziewanie ubrany w puchową pierzynę, spod której tylko tu i tam nieśmiało wychylają się pierwsze oznaki wiosny. Ta już zdążyła ukazać się nam tu w całej swej krasie świergotem ptaków, swawolami wiewiórek, powrotem niezliczonych kluczy, wierzbami płonącymi na czubkach na żółto, krokusami, pączkami liści, zapachem ornej ziemi.
A tu … Prima Aprilis!!!

Wieczorem zgasło światło i do białej scenerii pełnej tańczących płatków śniegu dołączyły nastrojowe chybotliwe płomienie świec. A jakże : adwentowych, bo takie właśnie podarował nam ostatnio Ksawery.
– Szkoda, że jednak zdjęłam te girlandy z domu – westchnęłam – ale trochę mi już było wstyd przy prawie 20 stopniach zostawiać stroiki z jedliny i kaliny.

Drugiego kwietnia rano po raz drugi nie uwierzyłam swoim zmysłom, gdy odsłoniłam zasłony:) Śniegu dosypało dwa razy tyle, a większość naszych przydomowych brzózek pokłoniło się aż do ziemi pod jego ciężarem. Wskoczyłam więc czym prędzej w ciepłe ubrania i uzbrojona w brzozową miotełkę, pobiegłam ratować drzewa. Omiotłam je z ciężkiego brzemienia tyle, ile zdołałam i próbowam je podźwignąć do góry.
Unieść ramiona brzóz, ich wiotkie ciała podźwignąć dłońmi palącymi od mrozu. Nigdy nie sądziłam, że będę to robiła.

Resztę dobytku roślinnego otrzepałyśmy już razem z dziewczynkami kilka godzin później. Nad nami strzelały drzewa, urywały się potężne konary w lesie obok domu, śnieg całymi łachami spadał w dół ze zduszonym hukiem, a na dach domu runął urwany czubek sosny.
Żywioł robił co mógł żeby nas przestraszyć.
Ale rudzik – jakby nigdy nic – zagadywał do nas na gałęzi, krokusy wystawiały żółte i fioletowe nosy ze śniegu, koty chodziły po naszych głębokich śladach zaaferowane tym, co robimy.

Cały dzień bez prądu, bez połączeń telefonicznych, radia, Internetu, pralki, odkurzacza, kuchenki, zmywarki, z piecem, który bez elektrycznej pompki swawoli jak pięcioletnie dziecko.
Ale przecież nie jest nam źle. Śmiejemy się, podgrzewamy herbatkę w czajniczku z lightem, wozimy drewno do pieca na sankach, gramy w grzybki, ścieramy kurze, sprzątamy, malujemy akwarelami ( ja – żółtego motylka oczywiście:), czekamy na naszych chłopców, którzy wracają z montażu… Zamiast obiadu są kanapki z pasztetem i ogórkiem, zamiast wiosny – śnieżna zima, zamiast słońca – adwentowa świeca, zamiast…

Zawsze jest coś w zamian.
I gdzieś ponad całym dniem unosi się ciepły obłoczek myśli, że ” wszystko jest łaską” i „wszystko dla naszego dobra”.
I wszystko jest adwentowym czekaniem. Całe nasze życie, czy grudniowe, czy kwietniowe, czy w skwarze lipca, czy szarugach listopada jest oczekiwaniem.
na coś, na kogoś, na Kogoś…