zamiast

 

Pierwszego kwietnia, gdy odsłaniam lniane zasłony w sypialni, nie wierzę własnym oczom.
Jakby ktoś wykrzyknął śmiejąc się:
– Prima Aprilis!!!

Cały świat niespodziewanie ubrany w puchową pierzynę, spod której tylko tu i tam nieśmiało wychylają się pierwsze oznaki wiosny. Ta już zdążyła ukazać się nam tu w całej swej krasie świergotem ptaków, swawolami wiewiórek, powrotem niezliczonych kluczy, wierzbami płonącymi na czubkach na żółto, krokusami, pączkami liści, zapachem ornej ziemi.
A tu … Prima Aprilis!!!

Wieczorem zgasło światło i do białej scenerii pełnej tańczących płatków śniegu dołączyły nastrojowe chybotliwe płomienie świec. A jakże : adwentowych, bo takie właśnie podarował nam ostatnio Ksawery.
– Szkoda, że jednak zdjęłam te girlandy z domu – westchnęłam – ale trochę mi już było wstyd przy prawie 20 stopniach zostawiać stroiki z jedliny i kaliny.

Drugiego kwietnia rano po raz drugi nie uwierzyłam swoim zmysłom, gdy odsłoniłam zasłony:) Śniegu dosypało dwa razy tyle, a większość naszych przydomowych brzózek pokłoniło się aż do ziemi pod jego ciężarem. Wskoczyłam więc czym prędzej w ciepłe ubrania i uzbrojona w brzozową miotełkę, pobiegłam ratować drzewa. Omiotłam je z ciężkiego brzemienia tyle, ile zdołałam i próbowam je podźwignąć do góry.
Unieść ramiona brzóz, ich wiotkie ciała podźwignąć dłońmi palącymi od mrozu. Nigdy nie sądziłam, że będę to robiła.

Resztę dobytku roślinnego otrzepałyśmy już razem z dziewczynkami kilka godzin później. Nad nami strzelały drzewa, urywały się potężne konary w lesie obok domu, śnieg całymi łachami spadał w dół ze zduszonym hukiem, a na dach domu runął urwany czubek sosny.
Żywioł robił co mógł żeby nas przestraszyć.
Ale rudzik – jakby nigdy nic – zagadywał do nas na gałęzi, krokusy wystawiały żółte i fioletowe nosy ze śniegu, koty chodziły po naszych głębokich śladach zaaferowane tym, co robimy.

Cały dzień bez prądu, bez połączeń telefonicznych, radia, Internetu, pralki, odkurzacza, kuchenki, zmywarki, z piecem, który bez elektrycznej pompki swawoli jak pięcioletnie dziecko.
Ale przecież nie jest nam źle. Śmiejemy się, podgrzewamy herbatkę w czajniczku z lightem, wozimy drewno do pieca na sankach, gramy w grzybki, ścieramy kurze, sprzątamy, malujemy akwarelami ( ja – żółtego motylka oczywiście:), czekamy na naszych chłopców, którzy wracają z montażu… Zamiast obiadu są kanapki z pasztetem i ogórkiem, zamiast wiosny – śnieżna zima, zamiast słońca – adwentowa świeca, zamiast…


Zawsze jest coś w zamian.

I gdzieś ponad całym dniem unosi się ciepły obłoczek myśli, że ” wszystko jest łaską” i „wszystko dla naszego dobra”.
I wszystko jest adwentowym czekaniem. Całe nasze życie, czy grudniowe, czy kwietniowe, czy w skwarze lipca, czy szarugach listopada jest oczekiwaniem.

na coś, na kogoś, na Kogoś…

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *