prawdomówne serce

 

 

Sezon chorobowy.

Drapanie w gardle , katar i kaszelek suchy.

Nusia bierze tabletkę Strepsils i ssie z lubością. Toż to prawie cukierek. Zauważa tę lubość w trybie natychmiastowym Lalunia.

– Ja teś mogę? – pyta słodziutko – Teś mnie boli galdło. – tu na potwierdzenie chwyta się dłonią za szyjkę dramatycznym gestem bohaterów Szekspira.

– Nie. – mówię – Ty okłamujesz. Nieładnie tak okłamywać mamusię.

– Ale … – zająkuje się schorowana – Moje sielcie mi mówi, zie boli.

Faktycznie, serce jest jednym z bliskich sąsiadów gardła:)

 

 Trzeba by jednak niektóre podszepty serca poddać badaniu wariografem:)

 

 

 

 

 

niedostrzegalna granica

 

 

 

 

Wiosna nadchodzi.

Bujna, światłoczuła, wrażliwa. Gdzieś tam dudni w żyłach wciąż nagich drzew, wibruje w gardziołkach ptaków, słania się niemrawo jak właśnie obudzony motyl, rozcina twardą ziemię seledynowymi wierzchołkami wzrostu, niemalże pęka na gałązkach bzu.

Krajobraz jeszcze równie szary i martwy jak późną jesienią, a jednak to tylko pozór śmierci.

Wszystko okaże się nieco później.

Przypominam sobie pewną naszą zimową podróż. Jedną z tych dłuższych niż na działkę.

Szpalery przydrożnych brzóz. Ich smukłe, białe ciała, długie warkocze.

Wszystkie jednakie.

Najbardziej bystre oko nie dostrzegłoby różnicy, najczulsze ucho przyłożone do pnia nie wyśledziłoby, gdzie przebiega granica .

Wszystkie jednakie póki nie przyjdzie wiosna.

Bo wiosna odsłoniła tajemnicę kto umarł , a kto nadal żyje.

Gdy jechaliśmy po raz kolejny tą samą drogą …

pomiędzy pięknymi spowitymi w zieleń drzewami, stały nagie szkielety tych, które nigdy już miały  nie zaszumieć.

– To one umarły? – zaszeleściło mi w głowie.

Dopiero wiosną wszytko stało się jasne. Kto żyje, a kto w środku obumarł.

 

 

I pomyślałam:  życie tutaj jest niczym innym jak jedną dłuższą zimą, wszyscy z pozoru wyglądamy jednako: chodzimy, jemy, pracujemy, śmiejemy się, dzieci rodzimy, kariery robimy, domy budujemy…

 Najbardziej bystre oko nie dostrzeże, najczulsze ucho przyłożone do czyjejś piersi nie wyśledzi granicy.

Dopiero gdy nadejdzie wiosna, okaże się kto pozostał żywy, a kto umarł dawno temu.

 

Obym, gdy przyjdzie ta wiosna, ustroiła się w zieloność, … bo nie mam żadnej pewności, że już nie jestem martwym kikutem. I póki trwa zima i nie stopnieje ostatni płatek śniegu, nigdy jej mieć nie będę.

 

Jeśli z zielonym drzewem to czynią, cóż się stanie z suchym?

Wiosna nadchodzi.

 


talenty

 

 

 

Szykujemy się na promocję tomiku wierszy. Na imprezę jesteśmy zaproszeni jako rodzina sławnej poetki i prozaiczki Alicji – jednej z autorek dzieła.

Dusio raczej się nie wybiera. Nie te klimaty. Może, gdyby pomiędzy wierszami były pokazy jakichś maszyn, narzędzi czy motorów:)

– Andersen. – śmieje się, patrząc na siostrę.

Nagle błysk geniuszu prześlizguje mu się przez lśniące źrenice.

– Under sen – powtarza – POD SNEM. – tłumaczy z melancholią.

 

A jednak!!! Ziarno poezji w każdym drzemie.

 

 

Promocja jest kunsztowna i oprawna jak wielki brylant w osobistości znane i jeszcze bardziej znane. Przemawiają mówcy i ich przedmówcy, rodzeni i przyszywani „ojcowie sukcesu” literackiego. Po kolejnej finezyjnej przemowie Laucia nie wytrzymuje. Zeskakuje z bordo fotela sali kinowej i oświadcza bez cienia kompleksów:

– A telaś ja ide.

 

Ledwom ją powstrzymała.

Choć może niepotrzebnie. Jej przemowa z pewnością byłaby gwoździem programu:)

 


 

Ps.

–  Napisałem dziś na lekcji wiersz o rodzicach. Nawet mi się udał. – z udawaną rezerwą opowiada Dusio po powrocie ze szkoły.

 

A jednak!!!

Ziarno poezji w każdym drzemie. Trzeba je tylko obudzić.

Wiosna jest dobra na budzenie ziaren.

 

 

 

 

 

przed żywiołem

 

 

 

Cała zgraja tuż przed porannym odlotem. Przedpokój pęka w szwach. Tylko Ala wciąż na górze. Maruder etatowy.

– Ala jak zwykle na szarym końcu. – komentuję wdziewając juz kożuszek.

Obok Nusia zapina kozaczki, a Dusio zasuwa kurtkę.

Zasuwa i uśmiecha się pod nosem.

 

– A ty niby mamo zawsze na kolorowym początku? – rzuca retorycznie w geście solidarności z siostrą:)

Zaczynam się śmiać pobita własną bronią.

– Ach, ty mój synu.

 

To tylko zefirek. Czasem zrywają się wielkie huragany.

 

Powoli uczę się bycia rodzicem dzieci nastoletnich. Różnie mi to wychodzi, bo to jak atak na ośmiotysięcznik K2 po wspinaczkach na Nosal:)

 

Wciąż pamiętam jak sama byłam nastolatką. To w sumie było tak niedawno:) Myśl, że nie ma takiego sztormu, który nie ma końca, mnie uspokaja. W panice, na pokładzie popełniamy wiele błędów, ale wszystko wliczone jest w cenę.

Stoję na pokładzie, patrzę na nadchodzący żywioł, ciemniejące niebo nad horyzontem. Nagłe przechyły czasem zwalają mnie z nóg, wycie wiatru w wantach przyprawia o ciarki na plecach. Nadchodzi. Czas dojrzewania moich dzieci.

 

 

 

 Wszystko wliczone jest w cenę:)

 

 

 


piąte krzesło u stołu

 

 

 

Stół dla tak licznej rodziny musi być wyposażony w wiele miejsc postojowych.

Niestety, gdyśmy go kupowali kilka lat temu, w komplecie znajdowały się tylko 4 krzesła. Przez jakiś czas to wystarczyło. Potem obywaliśmy się przy pomocy taborecików dostawianych, gdy rodzina – zwykle raz w tygodniu, w niedzielę – w pełnym składzie zasiadała do obiadu. Stół wyjeżdża wtedy na środek, a taborety ustawiane są przy jego krańcach.

Ciągle jednak śniło mi się po nocach krzesło a’la fotel tatusia Muminka ( takie z bocznymi poręczami), które stałoby na stałe z czoła stołu i zachęcało do liczniejszego i dłuższego biesiadowania. I oto – zupełnie niespodziewanie – nadarzyła się okazja . Znalazłam krzesło, podobne do tego ze snów, w sklepie z holenderskimi meblami. Śliczne, w jasnym drewnie, tapicerowane i dostojne niemal jak tron królewski.  Krzesło trafiło do naszej zielonej kuchni. Od razu oczywiście wszyscy członkowie rodziny orzekli zgodnie i chórem:

To dla mnie.

I byłby to pewnie pierwszy raz, kiedy wszyscy byli zgodni co do jednego, gdyby jednocześnie nie było to sześć wzajemnie wykluczających się praw własności.

I tak powstał mały problem, chwilami urastający do rangi wojen domowych podjazdowych:)

A może – podsiadanych:)

Zaraz też pojawił się problem drugi.

Mężulek po bliższych oględzinach uznał, że krzesło nazbyt góruje nad pozostałymi.

– Utnę mu nogi i będzie niższe. – zaoferował ku zgorszeniu reszty familii.

Najbardziej jednak wzburzona była córka najmłodsza, czemu dała wyraz w tych słowach:

–  Nie dośtanie wtedy do podłogi!!!

 

Co racja, to racja.

Arystokracie nie ucina się nóg:)

 


plik z pastą truskawkową

 

 

Jako łup wojenny z podróży do dziadków przywieźliśmy różową pastę do zębów. Pasta jest wyjątkowo smaczna, bo truskawkowa i wystarczyło jedno słodkie pytanie Laurkowe, by stała się jej wyłączną własnością.

W związku z tym, że po pierwsze primo – jest różowa, po drugie primo – truskawkowa, a po trzecie primo – od dziadka, stanowi rzecz drogocenną, a informacja gdzie akurat się znajduje, jest z rodzaju tych danych, które mogą uratować życie i zdrowie reszty rodziny. A znajdować może się dosłownie wszędzie, bo też wszędzie jest przez trzylatkę targana, wciskana, przechowywana i zapominana.

Toteż, gdy kątem oka zauważam różową tubkę z krokodylem, natychmiast i bez udziału woli włącza się tryb skanowania i zapisywania informacji na dysku.

Pasta różowa – w kącie za kanapą – różowe pudełko z pamiątkami”.

Zapisz.

Plik zapisany pomyślnie.

W razie palącej potrzeby, natychmiast włącza się tryb odszukiwania pliku z danymi. Szuuuuu….- szeleszczą synapsy na złączach.

Jest. Znalezione.

 

Takie operacje w mózgu rodzica zachodzą automatycznie.

 

Kiedy to sobie uświadamiam, zaczynam się śmiać, bo to prawie jak obłęd:)

– Ty też tak masz? – pytam mężulka leżącego obok na kanapie. Pytam z nadzieją, bo nic tak nie uspokaja jak świadomość, że obłęd jest zbiorowy, a więc staje się normą:)

– Pewnie. – potwierdza skwapliwie wspólnik mego szaleństwa. – Pamiętam też gdzie jest jej szczoteczka, fioletowa torebka, kolorowanka z rodziną…

 

Tymczasem jednak w trakcie naszej krótkiej pogawędki zachodzą istotne zmiany.

– Oooo, jeśt moja paśta!!! – wykrzykuje maluszek znad różowego pudełka i wynosi pastę w siną dal.

Szuuuu… – ożywiają się synapsy.

 

Plik kasuj. Pasta różowa nie jest w kącie na różowym pudełku. Lokalizacja nieznana.

 

Póki co:)

 

 

Też tak macie?

 

…bo nic tak nie krzepi jak świadomość, że obłęd jest zbiorowy:)

 

 

pokój z południowym oknem

 

 

 

Pokój Ali jest takim miłym, jasnym pomieszczeniem z dużym południowym oknem, widokiem na łąkę i rzekę w dali, z białą ścianą w duże kwiaty o fantastycznych kształtach.

Ale najlepsze w pokoju Ali jest to, że jest nieco na uboczu. Z daleka od salonu, w którym zawsze panuje zbiorowe szaleństwo, gra muzyka, ktoś ogląda bajki w TV, a podłoga zasłana jest wszystkim, co udało się na nią znieść w trakcie jednej doby.

 

Pokój Ali to taki azyl.

Czasem się w nim chowam. Cichutko zamykając drzwi, tak, by szczęk klamki mnie nie zdradził.

– Mamo, mamo!!! – wybuchają niemal natychmiast odgłosy paniki trzylatka.

– Mama jest w pokoju Ali – instruuje usłużny tata.

Chrup. Szczęka naciskana klamka.

– Mamo, tu jeśteś!!!! – chyba nawet Pan Kolumb nie umiał zakrzyknąć tak radośnie i odkrywczo na widok domniemanych Indii, które potem okazały się Ameryką:)

– Tak, schowałam się tu przed tobą. – wyznaję bezwstydnie.

– Dlaciego śchowałaś się od mnie???! – z wyrzutem w głosie szczebiocze Laurka – Psiecieś jeśtem FAJNA:)

 

Scenka druga. To samo miejsce akcji. Jasny pokój z południowym oknem.

 

– Lala będzie tu słuchać piosenek na laptopie. – komunikuję Ali pogrążonej bez reszty w lekturze „Emilki ze Srebrnego Nowiu” – Nie będzie ci przeszkadzać. – dodaję, bo jako doświadczona matka mola książkowego wiem, że nawet wybuch granatu w pobliżu nie byłby sygnałem do natychmiastowego wynurzenia się ze świata fantazji.

Lecz jakże się mylę!!!

– Będzie. – budzi się z letargu starsza siostra.

– „Pieski małe dwa” będą ci przeszkadzać? – nie dowierzam.

– Tak, będą.

– Ale jesteś… – zaczynam, lecz ktoś inny, z wysokości mego prawego biodra kończy zdanie.

– ALE JEŚTEŚ OKLUTNA.

 

Lala. Ofiara, której nie udzielono azylu:)

 


funkcja czujności

 

 

 

Przy kuchennym stole.

 

– Masz słodkie oczka. – komplementuje Nusia zaglądając pod świetlistą grzywkę Lali.

– A jak otwoziłam dzisiaj oćka, to mamy i taty nie było na poduśkach, bo pośli do kuchni. – wspomnieniowo , ale „w temacie” dodaje słodkooka.

 

Bo najważniejsza cechą oczek jest nie ich słodkość, a zdolność zauważania tak istotnych szczegółów jak ten, że rodzice zbiegli z łóżka:)

 

 

 

a oto portret bohaterki opowiadania:)

 

rys. Ala.