ciasto na polance

 

 

 

Kilka dni feryjnych u dziadków na wsi.

Jest też Ella, ciocia słynąca z wypieków, wśród których najbardziej pożądanym przez dziatwę jest napoleonka.

Ciocia długo prosić się nie daje i wkrótce aromat świeżego ciasta wpełza po schodach na pięterko domu.

 

– Chodźcie na napoleonkę!!!!!!! – krzyczy Ella kusząco.

Zrywa się tętent niczym całego szwadronu wojska napoleońskiego. Dźwięczy uprząż, lśnią szable, wiatr podrywa końskie grzywy.

 Dzieci pobiegły na dół.

Został najmłodszy maruder, który nieco obawia się dziadkowych stromych schodów.

– Mamooo – jęczy – ja teś CHCIE NA POLANKĘ.

 

Na polankę:)

 

– I tak już zostanie. – mówi Ella zapoznana z faktem.

Wszyscy się śmiejemy.

 

Zostanie.

 

Zostanie wpisane w rodzinne archiwa, w pamięć potomnych, przenoszone będzie łódeczkami słów przez lata, ozdabiane wywijaskami szczegółów i komentarzy, szlifowane aż do połysku jak rodowe srebra.

 

Aż powstanie legenda. Bo legendy rodzą się czasem z ziarnka maku i jednego słowa, z jednego spojrzenia i gestu przelotnego.

 

Nie trzeba podbijać pół świata jak Napoleon, by przetrwać w opowieściach.

 

Dlatego piszę:)

 


bardzo dojrzała decyzja

 

 

 

– Więc jest pani zdecydowana zrobić to dzisiaj? – słodko pyta stojąca przede mną kobieta.

– Decyduję się od trzech lat. – odpowiadam z uśmiechem świadoma każdego z tych pięciu słów.

– Aaaa, rozumiem. To zapraszam.

 

*                   *                   *

 

Gdy się dobrnęło do statystycznej połowy życia, nadchodzi czas, by się pożegnać z pewnymi rzeczami.

I bynajmniej nie mówię tu o marzeniach. Bez marzeń jesteśmy martwi za życia. Trzeba je zachować na zawsze, ptaki nie pozbywają się skrzydeł. Choć – co zauważyłam – i marzenia z czasem dojrzewają i się zmieniają. Panta rei.

 

Tym, z czym ja postanowiłam się pożegnać to jedna z moich „ósemek”.

Decyzja nie była z kategorii pochopnych i  dojrzewała we mnie od w/w trzech lat, bo wiadomo… ząb stracony w tym wieku już nie odrośnie, a i Zębowa Wróżka nie daje żadnej rekompensaty z tego tytułu:)

 

Wyjeżdżamy więc do  stomatologa – chirurga ( sama nazwa aż zgrzyta w zębach; tych, które mi pozostały:)

– O której będą ci mamo wyrywać? – dopytują starszaki.

– O drugiej. – odpowiadam – A wy tu klękajcie na kolanka i pomódlcie się żeby mamusię nie bolało. – dodaję zapotrzebowanie na duchowe wsparcie.

Starszaki prychają śmiechem, a Lala, poczuwszy się jako vox populi, zupełnie poważnie wygłasza oświadczenie:

 

Jak umalnieś, będom sie zia ciebie klękać. Ja teś będę sie zia ciebie klękać jak umalnieś.

 

Jak umarnę:)

 

 

W sumie śmierć i rwanie ósemek leżą gdzieś blisko siebie na skali doznań.

 

 

Ale nie umarłam i jem lody czekoladowe. Ponoć dobre na gojenie dziąseł i opuchliznę.