– Więc jest pani zdecydowana zrobić to dzisiaj? – słodko pyta stojąca przede mną kobieta.
– Decyduję się od trzech lat. – odpowiadam z uśmiechem świadoma każdego z tych pięciu słów.
– Aaaa, rozumiem. To zapraszam.
* * *
Gdy się dobrnęło do statystycznej połowy życia, nadchodzi czas, by się pożegnać z pewnymi rzeczami.
I bynajmniej nie mówię tu o marzeniach. Bez marzeń jesteśmy martwi za życia. Trzeba je zachować na zawsze, ptaki nie pozbywają się skrzydeł. Choć – co zauważyłam – i marzenia z czasem dojrzewają i się zmieniają. Panta rei.
Tym, z czym ja postanowiłam się pożegnać to jedna z moich „ósemek”.
Decyzja nie była z kategorii pochopnych i dojrzewała we mnie od w/w trzech lat, bo wiadomo… ząb stracony w tym wieku już nie odrośnie, a i Zębowa Wróżka nie daje żadnej rekompensaty z tego tytułu:)
Wyjeżdżamy więc do stomatologa – chirurga ( sama nazwa aż zgrzyta w zębach; tych, które mi pozostały:)
– O której będą ci mamo wyrywać? – dopytują starszaki.
– O drugiej. – odpowiadam – A wy tu klękajcie na kolanka i pomódlcie się żeby mamusię nie bolało. – dodaję zapotrzebowanie na duchowe wsparcie.
Starszaki prychają śmiechem, a Lala, poczuwszy się jako vox populi, zupełnie poważnie wygłasza oświadczenie:
– Jak umalnieś, będom sie zia ciebie klękać. Ja teś będę sie zia ciebie klękać jak umalnieś.
Jak umarnę:)
W sumie śmierć i rwanie ósemek leżą gdzieś blisko siebie na skali doznań.
Ale nie umarłam i jem lody czekoladowe. Ponoć dobre na gojenie dziąseł i opuchliznę.
