Przesycenie ciszą.
Żyję tu nasiąknięta nią.
Mimo żniw, które wybuchły jak granat pewnego upalnego ranka i skończyły się po północy kilka dni później. Mimo nawoływań sąsiadów, którzy wychowani w olbrzymiej przestrzeni , próbują przeszyć ją na wskroś swym małym ludzkim głosem. Mimo ujadania psów czasem w nocy. Deszczu bębniącego jak dobosz po dachach i uszach liści. Mimo krzyku żurawi o porankach i zmierzchach – ich ptasiej żarliwej modlitwie. Mimo bzyczenia i buczenia, trzepotu, popiskiwania, szurania, tuptania, szelestu i wycia wiatru w kominie.
To wszystko zaiste nie przeszkadza by nasiąknąć ciszą aż do szpiku duszy.
A kiedy znużą mnie nawet ludzkie głosy biorę mój czerwony różaniec, mijam kalinę dumnie obwieszoną równie czerwonymi koralami, mijam trampolinę moich dzieci, kilka sosen, dąb prawie umarły, mijam górkę i przy górce jabłonkę, a potem skręcam w sad tak dziki, że poniekąd jest już lasem. Na jego obrzeżu jest mała polanka usłana trawą, osłonięta niemal ze wszystkich stron zielonym płaszczem drzew. Na tym kawałeczku zmieszczę się akurat ja, stado pracowitych mrówek, mały krzyżyk, który zrobiłam z brzozowych gałęzi i kawałek styropianu pod kolana.
Brzmi to może śmiesznie i na wyrost, ale nazywam to miejsce moją pustelnią.
Tutaj cisza wnika jeszcze głębiej. Nie miałeś nawet pojęcia, że można sięgnąć tak głęboko w człowieka; że to, co miałeś za sedno swej istoty, było tylko zasłoną dla dalszych korytarzy.
Cisza spada tu na ciebie jak jastrząb. Jesteś taki malutki wobec jej ogromu i siły. Poddajesz się od razu. Zanim mrugnie powieka, już jesteś w samym jej środku.
Patrzę na prosty krzyżyk. Dwa patyczki splecione kępką trawy. W palcach przepływa czerwony strumyk modlitwy do Matki. Zapraszam Aniołów, by stali obok, zapraszam bliskich zmarłych, zapraszam świętych, którzy od zawsze się mną opiekują i prowadzą przez wertepy życia. Modlimy się razem lub milczymy, wtapiając się w tę ciszę jak ziarenka piasku wtapiają się w żywicę płynącą z drzew.
Pamiętacie? Kiedyś pisałam o moim dziecięcym marzeniu. Obracałam w palcach grudki żywicy i zazdrościłam przypadkowo zamkniętym tam mrówkom czy innym owadom. Patrzeć na wszystko ze środka blasku – myślała mała Rut z tęsknotą niepojętą dla niej samej.
Teraz mam swoją grudkę żywicy. Zamykam się w niej codziennie. Na skraju dzikiego sadu.
Mój mąż i moje dzieci wiedzą, gdzie jestem, gdy mnie nie ma.

I może to przypadek, ale gdy wracam stamtąd, jabłonka, którą mijam, spuszcza mi kolejny dojrzały owoc.
Człowiek naprawdę potrafi dojrzewać tylko w ciszy.

