Wbrew pozorom zimne noce i poranne przymrozki przedłużają życie wiosny. Kwiaty jakby zatrzymaly się w pół słowa, w pół kwitnienia i wciąż cieszą oczy pięknymi barwami. Tulipany przekwitłyby już dawno, gdyby nie nocne chłody. Drzewa nie stałyby jak białe królewny w swoich muślinach, gdyby mróz nie dotykał ich każdego poranka.
Zresztą i same noce są tak potrzebne. A do tego deszcze, wiatry, mgły.
Wszystko ma swój cel i sens. Nawet to, co ciemne, szczypiące jak mróz i zmywające nam czasem głowę jak deszcz.

Nam jako ludziom trudniej jest uzasadnić noc niż dzień, dostrzec wartość wichury czy siekącego deszczu, trudniej zrozumieć krzyż niż wybuch śmiechu, chorobę niż zdrowie, śmierć niż trwanie, burzę niż pogodny dzień. Ale fakt, że nie do końca to pojmujemy, nie odbiera tym rzeczom wartości.
Bo przecież w śmierci może być prawdziwe życie, w chorobie – zdrowie, w ranie – uleczenie, w wichurze – uciszenie, w zimnie – otulenie, w słabości – siła, w płaczu – pocieszenie, w krzyżu – zbawienie.
Może być.
Choć nie zawsze jest. Nie zawsze.
Wszystko zależy od tego w jaki sposób to przeżywamy. I z kim.
Wpatrując się w Jego krzyż, coraz mocniej zawieszając swój wzrok na Nim, stapiając swoje serce z tkanką Jego krzyża, zrozumiemy tak wiele tak nowych rzeczy.
Nawet tak banalnych jak to, że przymrozki przedłużają piękno wiosny:)


Ale nawet nierozumienie nie jest takie złe. Byle z Nim.
Chyba dla mnie to jest największy krzyż – że nie potrafię pojąć do końca. Łatwiej mi zgodzić się na innego rodzaju deficyty. Ale ufam, że zasłona niezrozumienia też jest po coś. Bo mój ludzki rozum nie wytrzymałby ogromu Prawdy?
A ja właśnie bardziej, niż braku odpowiedzi, bałabym się odpowiedzi, które byłyby dla mnie (na teraz) nie do zaakceptowania, nie do uniesienia. Czyli, jak zwykle: ludzie się różnią…