Normal
0
21
false
false
false
MicrosoftInternetExplorer4
/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}
Sama nie wiem ile razy budziłam się wczoraj w nocy.
Kilka, a może kilkanaście.
Pamiętam tylko, że raz patrzył na mnie ciekawski pyzaty
księżyc opatulony wokół pierzyną chmur. Potem – w podobnej puszystej scenerii –
mrugała jakaś jasna gwiazda. A na koniec – mignął mi mężulek wyślizgujący się z
morza poduszek i kołdry.
Za pierwszym razem uśmiechnęłam się przypominając sobie
naszego kolegę Tomasza, który buduje dom i cieszy się z lampy księżyca, bo
dłużej może machać łopatą na działce. Mrugająca gwiazdka przypomniała mi o
Stelli, która jednak żyje, odezwała się i nie dość, że zdementowała wieści o swym
zgonie to dodała, że miewa się lepiej. Trzymaj się Stello:)
Kiedy się obudziłam na dobre było ciemno i była piąta. Końmi
by mnie nie wyciągnęli z ciepłej pościeli w taki chłodny poranek, ale na
szczęście nie musieli. Moje poczucie obowiązku ma siłę pociągową większą niż
stado dzikich mustangów, a że lampka kontrolna świeciła się w mózgu oświetlając
wielki baner z napisem: ALA JEDZIE NA WYCIECZKĘ!!!, stado ruszyło z kopyta:)
Na szczęście ubrania zapobiegliwie naszykowałyśmy wieczorem.
Wystarczyło tylko dorzucić bluzę, kamizelkę ( ubranie na cebulkę to podstawa),
odnaleźć plecak, wpakować weń prowiant, zaradzić coś na nagłą biegunkę i ból
brzucha, zlecić zjedzenie śniadania, popicie czymś ciepłym i już…
…można było wysłać mężulka i córkę w siną dal, a samej wypić
poranną kawę, uprzednio nakarmiwszy i ukoiwszy małego ssaka przy cysiu.
Takie chwile kiedy można się zatrzymać na chwilę zdarzają
się bardzo rzadko.
Dni zaczynają się wcześnie i kończą bardzo późno.
Wieczorem, po kąpaniu, muszę uspać przy cysiu Laurkę, potem
modlimy się z dziećmi, przepytuję z czegoś Alę albo sprawdzam jej jakąś pracę,
czytam Nusi bajkę i idę do Dusia na chwilę przytulić się i porozmawiać. Na
koniec – jeśli nie wyniknie coś nowego np. Laurka przebudzi się i wymaga
ponownego usypiania – idę jeść kolację. I dopiero wtedy, zaszywając się pod
kołdrę czuję, że dzień można zamknąć.
Śpię po kilka godzin w ciągu nocy, bo rzadko kładziemy się
spać przed 11-tą, a zawsze wstajemy koło 6-tej. W międzyczasie zaliczam mniej
lub więcej karmień.
Pokłady „niedospania” odkładają się we mnie tygodniami jak
muł na dnie rzeki. Spowalniają każdy ruch i myśl. Szczególnie wtedy, gdy dzień
jesienny, szary, deszczowy też wygląda jakby zasypiał.
Czasem myślę, że gdybym tylko mogła, położyłabym się i
przespała całą dobę. Nie ma jednak takiej opcji. Za to dni kręcą się szybko jak
kołowrotki, nić zdarzeń nieustannie się przesuwa, śmiga wrzeciono.
Ale sam siebie zadziwiasz i zaskakujesz znajdując siły
jeszcze i jeszcze. Niewyczerpane zdaje się złoża sił i mocy. Jakbyś była jakimś
herosem nieznanym w żadnej greckiej mitologii.
A nie jesteś. Nikt nie napisze o tobie poematu, nikt nie
uwieczni cię w nieśmiertelnych strofach. Bo o czym tu pisać? O tysiącu
zmienianych pampersach, o ładowaniu prania, o robieniu herbaty, o pośpiesznym
stukaniu obcasów na szkolnym korytarzu, o przywożeniu i odwożeniu dzieci?
Księżyc i gwiazdy śmieją się nad głową.
