Normal
0
21
false
false
false
MicrosoftInternetExplorer4
Letnisko jest i służy wiernie
jak najwierniejsze psisko.
Niemal widać błysk tęsknoty w jego oknie, gdy tam
zajeżdżamy. I tak ładnie uśmiecha się kwiatami w nowej drewnianej donicy, na
którą jednak nie czekałam miesiąc:)

Mąż
podchodzi, zgrzyta klucz w kłódce, szepczą
otwierane drzwi, rzucamy wysłużony plecak z ubraniami „na wszelki wypadek”,
torbę z jedzeniem, otwieram okno, włączam czajnik z wodą na herbatę. Herbata
jest zawsze z miętą z ogródka, cały dzbanek. Rozkładamy leżaki na patio – duży
zielony i malutki pomarańczowy. A Laurka otwiera szafkę w przedpokoju i zmienia
szmaciane butki na kalosze. Niezależnie czy pada czy nie. Gumowe kalosze są
najlepsze nawet na upały:)
To są nasze rytuały związane z tym
miejscem.
Potem każdy zajmuje się swoimi
sprawami.
Mężulek pracą przy budynku lub
meblach. Dzieci figlami i zabawą lub planowaniem nowych figli i zabaw. Ja robię
obchód ogródków, skalniaków, donic, doniczek. Sprawdzam co nowego zakwitło, co
się dzieje z liśćmi, czy nikt nie więdnie, nie choruje, nie prosi się o
przesadzenie, obrywam wilki przy pomidorach, zbieram ogórki, próbuję wywróżyć
czy jednak patisony w tym roku obrodzą, bo marnie wystartowały i kiedy będą
pierwsze maliny, przenoszę aksamitki na inne siedliska, wyrywam chwasty. Tymczasem
u mężulka świszczą wyrzynarki, terkoczą wiertarki, stuka młotek, szura paca,
jazgocze szlifierka, piszczy wkrętarka. Dzieciaki pryskają się wodą z małego
ogrodowego spryskiwacza, huśtają na huśtawce zawieszonej między brzozami, kłócą
o piłkę, budują bazy, ganiają z piskiem po podwórku.
Czasem nagle cichną i wtedy oboje
przerywamy pracę i zastanawiamy się co się stało.
Tak jak niedawno.
Widzę, że okrojone towarzystwo (
Ala na obozie harcerskim, Nusia u koleżanki) kucnęło pod sosnami i nad czymś
rozprawia. Podchodzę.
– Mamo, mamo!!! – wykrzykuje
Laurka usłyszawszy moje kroki – On umalł! – i pokazuje martwego ptaka.
– Znaleźliśmy go tu. – dodaje
Dusio – trzeba mu zrobić grób.
– Mamo, kto go ziabił? – chce
wiedzieć maluszek.
– Nikt. Śmierć. – odpowiadam kucając
obok nich.
– Musimy go pochować. – powtarza
znów syn.
Wysyłam go po moją ogrodową
łopatkę i w kilka chwil po sosnami powstaje mały kopczyk, a Dusio wciska obok
krzyżyk z dwóch patyków związanych kłaczkiem trawy.
– A może on nie był wierzący. –
żartuję niestosownie na pogrzebie.
– Pan Bóg go stworzył i Pan Bóg go
zabrał. – wyjaśnia poważnie młody grabarz.
– Kto go ziabił? – powtarza jak
echo Laurcia.
– Śmierć. – odpowiadam i wędrujemy
obie dalej na ławeczkę pod brzozę.
Tymczasem Dusio otacza grób kamieniami
i wykłada go korą, porządkuje teren i
wykopuje obok jeszcze jedną kwaterę.
– Jakby ktoś jeszcze umarł. –
tłumaczy kiedy go o to pytam.
Daję mu jeden mały krzaczek
aksamitek i sadzimy roślinę na miniaturowym cmentarzu.
– Ten ptasiek śpadł i umalł. – po
raz któryś opowiada córeczka. Ogromnie fakt przeżywa, ale bez strachu.
A potem wracamy na patio i znów
robi się głośno i szybko.
Mała śmierć jest jak kropla rosy.
Spływa nie burząc niczego, nie robi wyrw i żlebów w sercu. Szybko przykrywa ją drań bujnego życia.
/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}
