Wybrać miejsce zupełnie przypadkowe, kierując się tylko kompasem serca.
Za zwichrowaną szopą, tuż przy stodole, przy jej słonecznym boku.

Usiąść na byle czym, jakaś resztka deski, płyty z rozbiórki starego budynku po dziadkach.
Tu się modlić w ukryciu.
Zbiec mężowi i dzieciom, wszystkim sprawom dużym i małym, nieważkim i naglącym, nawet własnym myślom i troskom.
Zachodzące słońce kolebie się w kołysce między wierzchołkami drzew, każdą nitkę trawy podświetla seledynowo, gra na strunach moich rzęs.

Szeptać tu „Zdrowaś…” polecając wszystko i wszystkich. Stopić się z tymi drobiazgami „nic nie znaczenia”: wiórkami po cięciu drewna, kilkoma baldachami krwawnika, mrówkami wędrującymi tam i spowrotem, resztkami ramy okna, przez które ktoś kiedyś wyglądał…
Wszystko przemija, ja również.
Wszystko jest okruszkiem, ja też.
Wszystko jest przypadkowe.
Wszystko jest ważne.
Każdy mój oddech, każdy mrówczy krok, każdy czerwony koralik mojego różańca, każdy włos na głowie.
Słyszę zamglone głosy.
Odległość sprawia, że się rozmazują. Mąż i syn stoją na szczycie budynku, na jego resztkach jak na szczycie góry, omawiają jak ukończyć rozbiórkę, jak zbudować nowe, lepsze, większe. Domyślam się bardziej niż wiem o czym mówią. Obok czarne drobiny niepomne, że to niedziela znoszą źdźbła na budowę mrowiska.

Siedzieć tak nieruchomo wśród tego wszystkiego, nie biec nigdzie, patrzeć i słuchać, przepuszczając dźwięki i i obrazy jak wodę. Na wszystko się zgodzić, o nic nie troszczyć. Własne myśli puścić na stumień jak się kładzie łódeczki z liści.
Trwać, choć jestem nietrwała.

Jak się zatrzymać, Rutt.
Jak zatrzymać myśli.
Piszesz, wiem. Po prostu zatrzymać się
Wiem Amo, to coraz trudniejsze. Świat pędzi coraz szybciej, ale musimy się nauczyć zatrzymywać. Żeby uratować siebie i innych.