przyjaciele

Czasem długo nie piszę.
Wybaczcie.
Toczę ze sobą walkę, dzień po dniu.
Bo słowo jest dla mnie jak magnes, ma nieodparty urok, pulsuje w moich żyłach, uwodzi, szepce nocami…
Ale życie jest tak bogate, bujne… Próbować opisać to wszystko z kunsztem, na jaki zasługuje, zakrawa na szaleństwo lub pychę… Lecz nie napisać nic, byłoby czarną niewdzięcznością.
Między tymi dwoma biegunami upływa czas, gdy nie piszę.

Dziś wygrało we mnie coś, co sprawiło, że włączyłam komputer i dotknęłam gładkiej czarnej czcionki.
Póki jeszcze żyje we mnie wspomnienie minionych kilku dni spędzonych z naszymi przyjaciółmi i całego tego dobra i bogactwa, jakie do nas przywieźli.
Nie można tych chwil nie ocalić od zapomnienia.

Dlatego to zawsze ja biegam z aparatem, robię fotki, kręcę krótkometrażowe filmiki akcji, zapisuję zdania, wrażenia, blaski oczu, cień na twarzy…
Utrwalam, utrwalam , utrwalam w małej ciemni mojego serca. To co ulotne i kruche próbuję przenieść w wieczność.
Niewykonalne zadanie dla małej mrówki, jaką jestem. A jednak…

Cud przyjaciół zasługuje na nawet niezdarną próbę uwiecznienia.

* * *
Patrzę na cienkie palce Ewy. Jak sprawnie kroją marchewkę. Równe pomarańczowe krążki toczą się po desce. Tak samo rytmicznie brzmi nasza ściszona rozmowa. Szykujemy razem zupę krem z warzyw wg św. Hildegardy – pożywną i – co istotne – zdrową. Bo Ewa jest ciężko chora. Może pamiętacie, gdy ponad 2 lata temu prosiłam Was o modlitwę za nią, gdy zdiagnozowano u niej złośliwego raka piersi. Te dwa ostatnie lata to czas walki, zwycięstw i porażek, dobrych i złych wieści, ostatnio gorszych.
Teraz przyjechała z rodziną, by wspólnie świętować z nami naszą 20 rocznicę ślubu.
Kroimy sobie razem te warzywa i rozmawiamy o życiu – o tym, jakie jest piękne i że tak niewiele wiemy o przyszłości. Jesteśmy takie podobne, że aż czasem się z tego śmiejemy, bo już dziwić się przestałyśmy analogiom naszych losów i ścieżek. Antiochia i Aleksandria – mówimy tylko o sobie i uśmiech rozjaśnia nam twarz. Dwa skrzydła wiatru.

* * *
Wczesnym rankiem słyszę szuranie w przedpokoju. Uchylam na chwilę oczy i widzę dziwną postać ubraną w kilka swetrów i kurtkę, z kapturem na głowie i uśmiechem przyklejonym do twarzy. Kocim, jak mój własny. Postać mozoli się wciskając buty. Z racji, że jest godzina 6:30 uznaję, że to po prostu mój kolejny szalony sen i zamykam oczy.
O godzinie 8:30, gdy wstaję na dobre z łóżka ( długi weekend ma swoje prawa:)okazuje się, że dziwna postać siedzi na tarasie i jest to Anett. Wyszła skoro świt żeby poprzechadzać się po moim zaczarowanym sadzie.
– Jeszcze nigdy nie słyszałam żeby tyle różnych rodzajów ptaków śpiewało naraz – opowiada rozpromieniona i pokazuje milion zdjęć, które zrobiła moim ukochanym roślinkom.

Nie wiem jak to możliwe, ale ona zna mnie najlepiej na świecie. Na prezent daje mi porcelanową lalkę z second handu, kilometr starej koronki ecru, kilka coś-jakby serwetek, własnoręcznie namalowany obrazek, sadzonkę jaśminu i materiałowe kwiatki, a moje serce na ten widok eksploduje z radości. Jest jak siostra bliźniaczka, której prawie nic nie trzeba tłumaczyć. Gdy coś strasznie boli, piszę jej po prostu: : „Wiesz”. A ona odpisuje: „Wiem”. I to jest najszczersza prawda.
Gdybym miała ją porównać do czegoś to chyba do wodospadu – wciąż w ruchu, perlistego, z mnóstwem kolorów odbijających się w rozbryzgiwanych kroplach wody, radosnego aż do samej głębi.
A przecież Anett zmaga się z depresją.

* * *
Mąż Ewy robi nam niespodziankę i przywozi organy. Dlatego musieli przyjechać tym większym autem:)
– Ksawery – piszę do przyjaciela księdza – możesz przyjechać?
I Ksawery przekłada wszystko, co może przełożyć w swoim napiętym grafiku i przyjeżdża z dala na jedną małą godzinkę z darem największym, jaki może dać. Z Eucharystią.
Nasz dom na chwilę zamienia się w kościół, rozbrzmiewa liturgicznym śpiewem, chóralną modlitwą i szmerem słów, które mają moc przemieniać chleb i wino. Wraz z mężem wypowiadamy słowa, które 20 lat temu połączyły nas w jedno i dały fundament naszemu domowi. Łzy płyną po policzku. Słodkie łzy radości. Wokół nas ci sami przyjaciele i gromadka naszych dzieci.
I gdy widzę Ciało podobne płatkowi kwiatu w dłoniach Ksawerego, przylatuje do mojej pamięci Andrjusza – przyjaciel, którego z nami nie ma, a który za dwa dni w dalekim Lwowie powie „tak” Bogu i pragnieniu, które tak długo i mozolnie kiełkowało w jego sercu.
Bo z przyjaciółmi jest tak, że nie muszą być na wyciągnięcie ręki, a i tak są blisko.

* * *
Pewnego dnia znika nam mąż Anett. Wszyscy tu co jakiś czas znikają, więc się nie niepokoimy. Rozmowy toczą się soczyście jak jabłka, rozlewa się aromat herbaty koperkowej, którą nałogowo już popijamy, śmiechy dzieci oglądające stare filmiki z ich udziałem unoszą się pod sufitem.
Nagle pojawia się Martin. Cały rozanielony jakby spotkał Anioła.
– Co robiłeś? Gdzie byłeś? – witają go nasze pytania.
– Rąbałem drzewo –mówi łamaną polszczyzną, bo jest rodowitym Czechem – Ale było fajnie!!!
– Byłeś w stodole tyle czasu?
– Tak – odpowiada tonem człowieka, który właśnie spełnił się życiowo.

* * *

Ella przywozi wyciskarkę. Gromadnie jedziemy na targ po owoce i warzywa, a potem siadamy przy wielkim dębowym stole (tym z rysą), który nagle wydaje się taki malutki i wszystko obieramy i kroimy na sok. Soku trzeba zrobić cały gar żeby obdzielić tak liczne towarzystwo.
Zresztą – wszystkiego jest dużo. Ilości wprost hurtowe.
I zupy, i herbaty, i krzeseł z taboretami, które zostały zniesione z całego domu, i mokrych ręczników, koców, kołder, posłań, zdjęć pstrykanych ukradkiem i tych pozowanych na tarasie, prezentów, kwiatów, śmiechu, gwaru rozmów, tupotu stóp na schodach, uścisków, wspomnień, cytatów z książek, muzyki, wypraw samotniczych i towarzyskich do sadu, lasu czy ogrodu, aut na podwórku…
Wszystkiego w bród.

A najwięcej zwykłego ludzkiego ciepła, które otulało serce nawet w chłodne wieczory i rozgrzewało bardziej niż gorąca zupa.
Kiedy o tym piszę, wiem, że to wciąż za mało i nie takimi słowami. Że musiałabym napisać grubą księgę żeby nie zgubić tych dni. Ale nic więcej nie potrafię. Jestem jak źdźbło słomy, które marzy, by spisać historię wszechświata.
I muszę się pogodzić z moją niemocą i z tym, że tak niewiele donoszę w moich dłoniach do końca drogi.

Czasem jednak nawiedza mnie dziwna myśl czy przeczucie, że ktoś to gdzieś wszystko spisuje w języku, który potrafi wyrazić wszystko. I że nic, nawet włos, który spadł przy czesaniu, nie będzie zapomniane.

O ruttka

Szczęśliwa żona od 22 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na przyjaciele

  1. Anetta pisze:

    Wzruszyłam się… Dziękuję, że mogę na różne sposoby wciąż powracać do tych 2 dni, delektować się nimi jak czekoladką. Dziękuję za wszystko:*

  2. Agaja pisze:

    Wszelkiego błogosławieństwa na kolejne dwudziestki :).
    Piękne świętowanie.

    Ps. Podeślij mi proszę na maila Wasz aktualny adres 🙂

  3. To były bajkowe dni. Odpoczynek i nieopisana radość wspólnego bycia. Jak lekarstwo….

  4. To było jak bajka….I lekarstwo…
    Radość i bycie razem. Dzięki

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *