Tańczymy z mężem na patio, jedenasta w nocy. Ktoś daleko, za lasem puszcza głośno muzykę, „Dziewczyny z Albatrosa”, jakiś festyn chyba, raz po raz strzelają sztuczne ognie.
Nad nami ognie prawdziwe – gwiazdy jasnymi oczami patrzą w nieodgadnioną noc. Przytulamy się i tańczymy parę chwil, kilka taktów, potem patrzymy w górę. Ćmy jak małe duchy latają nad nami, powietrze pachnie deszczem i floksami. Dzieci śpią lub nie- śpią na poddaszu.

Pokochać życie, przyjąć.
Nie tylko jasne dni, niepojęte noce też.
Oswoić ciemności, które nieodmiennie nas nawiedzają, jak noce nieodmiennie zapadają nad światem. Zatańczyć w mroku. Być wdzięcznym za wszystko.


:* jak dobrze, że jesteście…